AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
10 lat Wrotycz Records


Czytano: 1842 razy


Galerie:

Wrotycz Records w tym roku świętowali dziesięciolecie działalności. Twórczy dorobek wytwórni niejednego słuchacza muzyki alternatywnej wprawi w zachwyt. Przewinęło się przez nią dziesiątki producentów i zespołów, są źródłem wielu muzycznych odkryć. Wrotycz 10th Anniversary Festival to impreza uświetniająca oraz podsumowująca dokonania minionej dekady. Wybór ostatecznego składu festiwalu stanowił dla organizatorów niemałe wyzwanie. Ostateczne 7 projektów, pojawiło się przed publicznością, a był to przekrój od folku i noeofolku, poprzez dark ambient i dark synthpop po harsh ambient, co tylko obrazuje różnorodność Wrotycz Records. Całość wypadła bardziej niż rewelacyjnie; poczynając od rodzimego Contemplatron ze zwieńczeniem w wykonaniu włoskiego Spiritual Front.

W zgiełku obowiązków, stosie demek do odsłuchu i masy projektów w kolejce, miałam to szczęście by zająć Iwonie chwilę czasu na sympatyczną pogawędkę w temacie festiwalu, nieznanych ciekawostek z kuchni wytwórni oraz ploteczki o zespołach ;)
 
1. Wrotycz Records wczoraj i dziś; czyli jak oceniacie swoje początki z perspektywy dzisiejszego doświadczenia?

WR: Przede wszystkim cieszymy się, że udało nam się przetrwać te 10 lat. Dla nas to fantastyczna przygoda, hobby, przynoszące ogrom radości. Mamy szczęście, że będąc parą dzielimy te same gusta muzyczne, cieszymy się z wyjazdów na te same festiwale, jesteśmy zgodni (prawie w 100% ;)) odnośnie wydawanych projektów.
W ciągu 10 lat bardzo zmienił się rynek muzyczny, a jeszcze bardziej sposób dystrybucji muzyki. Internet rządzi światem. Nagrywanie, promocja, wydawanie – staniało, stało się bardziej powszechne. Dzięki temu dostęp do muzyki, szczególnie tej alternatywnej, stał się łatwiejszy. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Z drugiej strony – nagrywa każdy, kto ma wystarczająco dużo samozaparcia, stąd coraz trudniej znaleźć projekty naprawdę wartościowe.

Mp3, darmowy streaming, w dużej mierze wyparły tradycyjne nośniki, w rozmowach z wydawcami z całej Europy powtarza się narzekanie na słabszą sprzedaż i coraz mniejsze nakłady. My jednak nadal wierzymy w nośnik materialny, staramy się spełniać fantazje naszych artystów i sami pragniemy, aby nasze wydawnictwa nie tylko dobrze brzmiały, ale były też po prostu ładne. Może jesteśmy pod tym względem dinozaurami? Możliwe, niemniej jednak czujemy się z tym wspaniale.

2. Z pewnością macie wiele momentów, które sprawiają, że kręci się łezka w oku, są jakieś, którymi chcielibyście się podzielić?
 
WR: Czasami żartuję, że na emeryturze napiszę bestseller "Wrotycz Records od kuchni" ;) Rzeczywiście, dzięki naszej działalności, zwłaszcza związanej z organizacją koncertów, udało nam się lepiej poznać artystów, których bardzo cenimy. Po bliższym spotkaniu okazywali się świetnymi ludźmi, szybko nawiązującymi kontakt. Większość z nich nocowała u nas w domu, bawiła się z naszymi dziećmi; razem jedliśmy, zwiedzaliśmy miasto, z niektórymi spędzaliśmy wspólnie wakacje. Mamy mnóstwo wspomnień, anegdot, przyznam jednak, iż traktujemy je zbyt osobiście, by się nimi dzielić tak oficjalnie. Mogę za to opowiedzieć anegdotę o naszych dzieciach, o tym, jak kontakt z różnymi zespołami zmienił ich postrzeganie świata. Rozmawiałam kiedyś z naszą córką o płycie Lany del Rey, dokładniej o utworze "Summertime Sadness", którego często słuchałyśmy razem w samochodzie. Moja sześciolatka powiedziała "Wiesz, mamo, fajnie, że Lana przysłała nam tą płytę. Może zaprosicie ją na koncert? Może spać w moim łóżku, ja pójdę do brata na materac".
 
3. Gratuluję świetnej imprezy z okazji Waszego 10-lecia! Festiwal okazał się być sporym sukcesem, jak wyglądały przygotowania? A może planujecie powtórkę?
 
WR: Dziękujemy! Ogromnie cieszymy się, że udało nam się w ten sposób celebrować nasze 10-lecie. Na początku impreza to był taki żart, pomiędzy naszym kolegą z Paryża i Stephanem z Sunday Strain. Później stwierdziliśmy, że w sumie to fajny pomysł, że chcemy się spotkać z ludźmi, których poznaliśmy w ciągu minionej dekady. Nigdy wcześniej nie organizowaliśmy wydarzenia na taką skalę. Na szczęście mieliśmy wsparcie Julii, siostra Szymona, która profesjonalnie zajmuje się produkcją imprez, w tym muzycznych. Największa przeszkodą do pokonania była lokalizacja, przez co musieliśmy zmienić datę festiwalu, ostatecznie wszystko dobrze się potoczyło, bo Pawilon Nowej Gazowni okazał się być miejscem idealnym na naszą rocznicę.

Bawiliśmy się na tyle rewelacyjnie, że rzeczywiście chcielibyśmy powtórzyć taką imprezę. Serdecznie zapraszamy 11 kwietnia 2015 do Pawilonu Nowej Gazowni! 
 
4. Sami jak oceniacie festiwal? Jako organizator i uczestnik.

WR: Jesteśmy totalnie zadowoleni, mimo zamieszania oraz oczywistych obowiązków podczas imprezy, bawiliśmy się naprawdę dobrze. Mamy nadzieję, że wszyscy uczestnicy także. Każdemu życzymy tak udanych rocznic. Organizacyjnie – spore wyzwanie i natłok pracy przed festiwalem, ale już w dniu imprezy bardzo odciążyła nas Julia – to dzięki niej wszystko było zapięte na ostatni guzik. Muzycy, których gościliśmy, to dla nas pierwsza liga bez względu na kolejność, w jakiej grali. Jesteśmy zaszczyceni, że chcieli dzielić z nami ten wyjątkowy dzień. W tym miejscu chcemy podziękować wspaniałej publiczności – za otwartość, spontaniczność, klasę! Oraz za wszelkie gesty sympatii, które w tym dniu odebraliśmy – m.in. przepyszne czekoladki ;)
 
5. Ciekawostki zza kulis? Oczywiście wszystko zostaje między nami i czytelnikami ;)

WR: Znowu próbujecie nas namówić do plotkowania ;) Zdradzę, że z zespołami spotkaliśmy się już w piątek na kolacji u nas w mieszkaniu, było bardzo, bardzo miło. A anegdoty? Na festiwal przyjechał legendarny Roger Karmanik, twórca kultowej wytwórni Cold Meat Industry, stanowiąca niewątpliwy wpływ na nasze gusta muzyczne. Gitara Simone ze Spiritual Front zaginęła podczas lotu – na kilka godzin przed koncertem nie byliśmy pewni, w jakiej formie zespół wystąpi, na szczęście przewoźnik dowiózł ją tuż przed próbą dźwięku. Sunset Wings w poniedziałek po festiwalu dał drugi koncert w… przedszkolu naszej córki.
Aleks z Sunset Wings poznał Stephana z Sunday Strain, co zaowocowało wspólnym działaniem muzycznym. Na afterparty koleżanka z Poznania i kolega z Berlina zaprzyjaźnili się zdecydowanie bliżej. Rozważamy zmianę hasła reklamowego naszej wytwórni z "Wrotycz Records. Sounds Good" na "Wrotycz Records. Connecting people" ;)
 
6. Pomagacie wielu zespołom rozwinąć skrzydła, jak to jest sami szukacie nowych artystów, którzy mają coś w sobie lub są obiecujący, czy wykonawcy sami się do Was zgłaszają?
 
WR: Dostajemy trochę demówek, linków z kawałkami do przesłuchania. Czasami niestety bywa tak, że nie mamy czasu wszystkich przesłuchać. Nie wszystkim dajemy radę odpisać, za co bardzo przepraszamy. Szukamy także sami, czasami w rozmowie ze znajomymi słyszymy o nowym projekcie, bywa, że ktoś kogoś nam poleci… Nie ma jednej, sprawdzonej reguły, działamy instynktownie. Ile zespołów tyle historii, ale w 99% jest to miłość od pierwszego usłyszenia. Bo wydajemy tylko tę muzykę, która naprawdę nam się podoba, mimo swojej różnorodności.
 
7. Wizja przyszłości?
 
WR: W tej chwili z Sunset Wings, Antlers Mulm i Red Painted Red pracujemy nad wydawnictwami, które ukażą się w kolejnych tygodniach i miesiącach. Sunset Wings i Antlers Mulm są już znane polskiej publiczności, Red Paited Red to mega intrygujący projekt z Anglii, bardzo się cieszymy na tę współpracę. Poważnie myślimy o powtórzeniu festiwalu, rozmawiamy już z pierwszymi zespołami i całość wygląda wielce obiecująco. Pracujemy nad odświeżeniem strony internetowej Wrotycz Records – po 10 latach dojrzeliśmy wreszcie do sklepu z prawdziwego zdarzenia. Powinien ruszyć za kilka tygodni. Przyszłość? Przyszłość jest zawsze jasna.
Autor:
Tłumacz: kantellis
Data dodania: 2015-03-02 / Wywiady




Najnowsze komentarze: