AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Amphi Festival 2006


Czytano: 56706 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Kolonia 22-23.07.2006

Tym razem w tej wielkiej podróży w poszukiwaniu 'wielkiego być może' sceny dark independent zaniosło mnie w dość odległe tereny, a konkretnie do pięknego miasta nad Renem, czyli do Kolonii. 14 godzinna podróż w upale to nie było jakieś specjalnie kojące uczucie, a jednak patrząc na to z perspektywy mogę śmiało powiedzieć, że mimo zmęczenia, rozpłynięcia się parokrotnego po germańskich autobahnach i co to ukrywać, kosztów dość wysokich, było warto.
Cały festiwal miał miejsce w amfiteatrze Tanzbrunnen - dość duże terytorium parkowe skupione wokół sadzawki w której , ekhem – pardon – pływały sobie w najlepsze całkiem apetyczne kaczki:)  Znajdowały się tam dwa miejsca gdzie odbywały się koncerty - scena główna na wolnym powietrzu chociaż osłonięta od deszczu i teatr gdzie grały zespoły w sobotę wieczorem. Całkiem to miła odmiana po lotniskach tudzież polach wykopaliskowych wszelkiej maści i gatunku. Festiwal rozpoczął się w sobotę o godzinie 14.50

SOBOTA

Przybyliśmy na festiwal dość, prawdę powiedziawszy, zmaltretowani, bo pogoda była wybitnie niesprzyjająca – duszno jak w grobowcu Tutenchamona, deszcz kropił i grzmiało od czasu do czasu. Ale nie przejmowaliśmy się wcale, ponieważ wkrótce na głównej scenie zjawił się Andy Krueger z zespołu Melotron, który podczas całego festu pełnił funkcję konferansjera i zapowiedział This Morn' Omina – zespół na który czekałam i którego udział w feście w dużej mierze skłonił mnie do przyjazdu. Występ nie zawiódł moich oczekiwań – panowie rozstawieni na dwóch poziomach po bokach z bębnami oraz M.Goedrijk królujący na górze wprawili tych, którzy zdołali dotrzeć na czas w ruch. Energiczne pulsujące rytmy to był wspaniały pomysł na przebudzenie publiczności i uświadomienie jej, że rozpoczął się ostry trening dla ich wycieńczonych upałem ciał :) Panowie zagrali m.in. numery z płyty “ les passages jumeaux”.

Następnie na scenie nastąpiła zmiana dekoracji (pojawiły sie metalowe siatki i mikrofon z łańcucha)  i zespół Cephalgy  rozpoczął swój koncert. Image zmienił się nieco – w zeszłym roku panowie występowali na biało, tym razem królował kolor czerwony, ale okulary z diodami i zapał oraz energia zostały te same. Oprócz energetycznej i nieco agresywnej muzyki w stylu kawałka “Deine Seele” czy “ Finde deinen Dämon “ za jedną z osłoniętych krat tańczyła pewna niewiasta na końcu rozrywając osłonę; było to dość stylowe i ubogaciło wizualną część koncertu.

No a później na scenie zjawili się welle:erdball i muszę przyznać, że po tym koncercie lepiej rozumiem miłośników zespołu, jako że to, co prezentowali na scenie było mówiąc najprościej genialne! Począwszy od muzyki (wymienię tu tylko kilka zaprezentowanych utworów “ Tanzpalast 2000”, “Das Souvenir”, “Arbeit Adelt” czy “Ein Mensch Aus Glas') , poprzez show – po bokach stały dwie panie, ucharakteryzowane na manekiny w sukniach z lat 30-tych, które zajmowały uwagę publiczności bądź to machając flagami,  bądź  pokazując tablice z napisami, czy też rzucając piłki w stronę publiczności (było to dość zabawne, w pewnym momencie publika przerzucała się nimi z zespołem – piłki były zamiast koszulek, bo jak stwierdził wokalista 'piłki kosztowały po 50 euro, koszulek już nie będzie' :p)  – generalnie nie było chwili przerwy na scenie cały czas się coś działo. Bardzo ciekawy koncert – i muzycznie i wizualnie, dynamiczny, według ustalonego rytmu.

Unheilig – drugi z kolei zespół, który przyciągnął mnie do Kolonii to była lawina charyzmy, fantastycznych dźwięków i pewnej specyficznej energii, którą tak lubię, a którą tylko niektóre zespoły potrafią emanować podczas koncertów. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów na feście – połączenie świetnej zabawy, nieprawdopodobnie ożywczej muzyki i genialnego spektaklu na scenie. Z tyłu gromnice, na przedzie Der Graf o wspaniałym diabolicznym image'u, wyrazistej, 'teatralnej' mimice, błyskający białymi soczewkami w stronę publiczności i poruszający się tanecznie po całej scenie – to było to! No i te porywające numery: “ Freiheit “, “  Maschine”, “ Astronaut “, “Ich will alles”, “Sage Ja” czy “ Luftschiff “ żeby wymienić tylko kilka. W pewnym momencie ochrona rozdała wszystkim sztuczne ognie i kiedy na całej widowni zapaliły się ogniki był to doprawdy niesamowity widok! Świetny koncert, bardzo widowiskowy i dopracowany.

Po tym koncercie ruszyliśmy żwawo w stronę 'Teatru' rezygnując z koncertów The 69 Eyes, Subway to Sally oraz VNV Nation ( niestety to są pewne wybory, a w teatrze przewidziano jedynie 700 miejsc, więc zapowiadała się ostra walka). Miejsce to było bardzo stylowe samo w sobie – na suficie żyrandole, dźwiękowcy na galerii, wspaniałe oświetlenie,  na scenie organy i najlepsze ze wszystkiego – żadnej kratki oddzielającej od sceny, żadnego marginesu bezpieczeństwa dla artystów ( hehe :>) więc staliśmy dokładnie przy niej i jeśli ktoś chciał mógł rozwiązać Andy'emu LaPlegua sznurowadła jeśliby go naszła ochota ( i gdyby Andy miał sznurowadła, a nie miał) ;p Tak czy inaczej ustawiliśmy się tuż przy scenie i czekaliśmy na rozwój wypadków. W międzyczasie grali DJs: Nighdash, Marco oraz Ronny, więc niektórzy pląsali, ale większość, tak jak my, trwała dzielnie przy scenie pilnując miejsca.

Wkrótce na scenie pojawił się pierwszy z zespołów: Lola Angst. Dwóch panów – jeden przy organach, drugi przy komputerach oraz dwie baletnice jako oprawa koncertu, cała kompozycja tonąca w przytłumionym świetle robiły dość interesujące wrażenie.

Po dość długie przerwie, wystąpił japoński zespół Calmando Qual,  który niedawno również można było podziwiać w Warszawie. Panowie zaproponowali na scenie mieszaninę będącą ucztą wizualno – dźwiękową: obie rzeczy w ekstremalnym wydaniu. Silne, artystyczne makijaże, zabawa modą oraz ogłuszające, momentami kakofoniczne pasaże – wszystko to zachwyciło publiczność, która domagała się bisu 3 razy ( i było jej dane:)

Następnie, we wzrastającej temperaturze (zapewne po części z powodu szybkości muzyki, a po części wypakowania lokalu po brzegi) na scenie pojawił się Andy LaPlegua mocno w stylu Irokeza i rozpoczął swoje tradycyjne musztrowanie publiczności głosem, ruchem i bitem ( śledziliśmy Andy'ego wzrokiem nadzwyczaj pilnie – a poruszał się dość żwawo po scenie, machaliśmy rękami bez opamiętania i wywrzaskiwaliśmy ile sił w płucach, chociaż na jakieś zbytnie demonstracje nie było ani miejsca ani dostatecznej ilości tlenu zdaje się).  Naturalnie w kwestii firmy Combichrist, jak się pewnie można spodziewać usłyszeliśmy m.in “This shit will fuck you up”, “I'd like to thank my buddies”, “Blut royale” “I woke up in the rain of blood” a  także jeden z utworów z nowej płyty.

Ostatnia odsłona tego wieczoru należała do moich osobistych faworytów – Diary of Dreams, którzy zaprezentowali 'the best of show' i jak sama nazwa wskazuje zagrali swoje hity (m.in. Chemicals, O' Brother Sleep, Giftraum, Retaliation, Traumtänzer)  osnuci dymem, przygaszonym światłem i aurą skupienia ( tutaj mocno przesadzam, niektórzy 'fani' urządzili sobie na scenie biwak siadając tyłem do wokalisty i pijąc colę czy inne tam napitki mniej lub bardziej wyskokowe pełen luz – nie wiem co tam ludziom przyświeca w takich momentach, w każdym razie wyglądało to zabawnie:).Bisów nie przewidziano i panowie wykonali odwrót ze sceny kończąc tym samym część koncertową.

Po koncercie DoD odbyło się afterparty, które rozpoczęli The Retrosic. Ale ponieważ nie mieliśmy sił zostać na pohulance, więc też i relacji z afteru nie będzie :)

NIEDZIELA

W niedzielę panował nieznośny skwar tak więc nie harcowaliśmy zbytnio pod sceną, choć przyznam, ze w pewnych momentach ustać na miejscu było ciężko.

Dzień Boży rozpoczęli panowie z Frozen Plasma nie oszczędzając się pomimo upału i serwując publiczności płynne, taneczne rytmy i kojący głos wokalisty. Nagrodziły ich lecące w ich stronę pluszowe misie.

Następnie na scenie zainstalowali się pokaźnych rozmiarów zespół Faun, mieli bardzo interesujący wystrój sceny – wizualizacje, mikrofony oplecione bluszczem i ciekawy image: można by pomyśleć, że to świta Bachusa przywędrowała do Tanzbrunnen i odprawia swoje szalone orgie. Mnogość instrumentów i wartka akcja na scenie nie pozwalały sie nudzić, pomimo iż nie jestem szczególną wielbicielka tego typu muzyki.

Po owych jakże ciekawych instrumentalizacjach scenę przejęli Włosi z Dope Stars Inc. oznajmując już na początku, że mają zamiar skopać nam tyłki i tak dalej, więc przynajmniej było wiadomo czego się spodziewać. W sumie siedziałam po ich koncercie bez problemu, więc chyba nie całkiem im się udało. Bądź co bądź wokalista robił wszystko żeby rozruszać publikę, angażował ich do klaskania i śpiewania, tańczenia oraz generalnie rozruchu, a muzyka, która temu towarzyszyła była mieszaniną elektroniki i gitar w dość szybkim tempie. Panowie zagrali  m.in “Make a star”, “Rebel riot”, “Theta Titanium” oraz “Generation Plastic”.

Spółka Fixmer/McCarthy nie wymaga chyba specjalnych rekomendacji: już w momencie instalowania na scenie z widowni dobiegały słynne pokrzykiwania w” stylu  mccarthy'ego” oraz nawoływania. Sam koncert porwał mnie i zbił z nóg – genialnie było usłyszeć wreszcie “ Freefall” czy “Destroy” na żywo. Cała setlista z tego koncertu przedstawia się następująco: Look To me (nowe), Freefall, Pistol whipper (nowe), And then Finally (nowe), Love the night (nowe), Destroy You want it. Jak więc widać zagrali sporo nowego materiału. Fantastyczny koncert z “maszerującym” McCarthy'm i dźwiękami, które postawiły na nogi tych, którzy omdlewali już w tym upale osuwając się z wolna na ziemie po barierkach zduszeni przez napierający tłum.

Po tym koncercie nastąpiła runda koncertów zespołów, z którymi muszę przyznać nie miewam zbyt wiele do czynienia, ale których profesjonalizm, energia, dopracowanie i dynamika występów i niewątpliwy talent wzbudziły pełen szacunek. Były to Letzte Instanz oraz Samsas Traum. Pierwszy z nich to “indywidualistów wielu” na scenie ( i wszyscy na boso :), charyzmatyczny wokalista i wybuchowa mieszanka skrzypiec, gitary, elektroniki i wibrującego głosu Holly'ego. Samsas Traum kojarzył mi sie bardziej z metalowym graniem, ale przyznaję szczerze – ten koncert skłonił mnie do zapoznania się z cała dyskografią zespołu, a nawet do tłumaczenia ich tekstów, które to wokalista wyrzucał z siebie w imponującym tempie. Wariackie granie, ale wzbudziło niesamowity aplauz publiczności.

Koncert kolejnego zespołu  - Negative – przesiedzieliśmy pod ściana w cieniu obserwując życie festiwalowe i próbując zregenerować się odrobinę. Na kolejnych koncertach największą przyjemność sprawiło nam obserwowanie rozbujanej publiki reagującej żywo na koncert And One ( koncert w zasadzie nie różnił się od tego na WGT, co nie znaczy, że nie rozgrzałam sobie podeszew butów tańcząc do “Military Fashion Show”, “Deutschmaschine” czy “Panzermensch”) i Schandmaul. Ten ostatni zespół dał wspaniały koncert, chociaż również w stylu muzycznym, którego specjalnie nie kocham – mimo to ich umiejętność rozgrzania publiczności, organizacja sceniczna i siła ekspresji były powalające.

Podsumowując krótko Amphi Festival 2006, chciałabym jedynie powiedzieć, że taki skład, dopracowanie, uprzejmość osób zajmujących się organizują festiwalu, wspaniali, kulturalni, pomocni ludzie i genialna atmosfera skłaniająca do zabawy nawet w 39 stopniowym upale to jest ewenement i świetne doświadczenie. Jeśli tylko dożyjemy, to w przyszłym roku znów przejedziemy te 900 kilometrów żeby się tym wszystkim ponownie nacieszyć i użyć co nieco powalającej muzyki :)

Tekst został opublikowany za zgodą yesternight.pl

Autor:
Tłumacz: khocico
Data dodania: 2006-08-06 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: