AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Antimatter - Legendary Mick Moss + Leafblade


Czytano: 5520 razy


Wykonawca:

Galerie:

Jest wtorek, godzina 19:46, lekko zmarznięta wlekę się do Johnnego Rockera, myśląc, że nawet jeśli koncert będzie beznadziejny to wreszcie zobaczę ten legendarny klub. Tłum przed wejściem wprawia mnie w zdumienie, bilety ze standardu wyprzedane, ludzie biją się o miejsca stojące. Wiedziona dobrym instynktem przebijam się do przodu, słyszę tylko jakieś "sorry" za plecami, wiem już, że to jeden z muzyków. Chwila krzątaniny wokół sceny, na niej dwa krzesła, futerały, mikrofony i to wszystko spowite czerwonym światłem reflektorów. Nagle dobiega mnie głośna zapowiedź tego co będzie się działo, a po chwili przed mikrofonem staje Wojciech Tokarz z Gothart.pl Label, cichym, trochę nieśmiałym głosem zapowiadając wejście na scenę pierwszej gwiazdy wieczoru – Leafblade. Publiczność milknie.

Leafblade słyszałam po raz pierwszy w życiu. Nie sądzę, aby miało się to powtórzyć w najbliższej przyszłości, aczkolwiek jedna piosenka bardzo utknęła w mojej pamięci. Była nią "Dragonfly" zaśpiewana przez znakomity duet Seana Jude’a oraz Pete’a Gilchrist’a. Muzyka Laefblade jest bardzo osobista, sentymentalna i wzruszająca. Jednakże dla mnie wszystkie utwory były zbyt do siebie podobne, podciągnięte pod jeden wzór. Osobiście uważam, że twórczość ta pasowałaby raczej do kieliszka, niż na koncert. Ale muszę także przyznać, że zrobili na mnie pozytywne wrażenie, bo kiedy zamykałam oczy przy tej właśnie emocjonalnej "Ważce" miałam wrażenie, że unoszę się wysoko, wysoko ponad główkami kwiatów. A jak wystąpienie wypadło technicznie? Powalająca gra gitar, dwa cudowne głosy… aczkolwiek brak tego czegoś, co sprawiło, że wchodzący po zaledwie kilkunastominutowej przerwie Antimatter wrył mnie w posadzkę Johnnego Rockera.



Przerwa między zespołami była rzeczywiście krótka. Michael Moss wtargnął na scenę i bez zbędnych ceregieli opowiedział zbereźny dowcip. Szybko złapał kontakt z publicznością, którą to rozbawił, a następnie wywołał w niej przyjemne, werbalne dreszcze. Kiedy uderzył w struny, powietrze zadrżało i mocny głos Mick’a wyśpiewał The Last Laugh. Pierwsza piosenka nie wprawiła mnie co prawda w zachwyt, ale kolejne In Stone, Over Your Shoulder i w końcu Black Sun doprowadziły mnie i chyba nie tylko mnie do totalnego zahipnotyzowania charyzmatycznym głosem Moss’a i kameralnym nastrojem jaki panował w lokalu. Sam wokalista w trakcie koncertu popijał wino. Nie byłoby to warte mojej uwagi, ale pierwszy raz w życiu widziałam jak muzyk w trakcie koncertu pije wino z kieliszka! Warto także zaznaczyć, że przez cały występ pierwszemu głosowi Antimatter akompaniował wokalnie także Pete Gilchrist. Panowie znakomicie się na scenie uzupełniali, piosenki były pełne charyzmy, emocji, czuło się narastające napięcie, a publiczność – siedziała i stała jak wryta. W pewnej chwili usłyszałam ze sceny Working Class Hero w wykonaniu Mick’a Moss’a i bądź co bądź zrobiło na mnie tak olbrzymie wrażenie, że z trudem łapiąc oddech wsłuchiwałam się w wibracje jakie roznosiło powietrze. Byłam absolutnie zachwycona. Później usłyszałam jeszcze cały szereg innych utworów m. in. Everything You Know Is Wrong, The Weight Of The Word, Saviour, Legions, A Portrait Of The Young Man oraz powalający numer Angelic. Ciężko mi powiedzieć, czy utwory były wykonane na dobrym czy złym poziomie jeśli chodzi o technikę, ponieważ nie znam się na muzyce, a już tym bardziej na muzyce, której na co dzień nie słucham. Wiem tylko tyle, że kiedy Moss zareagował na bis, wyszedł do nas raz jeszcze i odśpiewał Power Of Love to było naprawdę coś wielkiego, niesamowite muzyczne przeżycie i wydarzenie jednocześnie.



Ogółem koncert oceniam bardzo pozytywnie. Tym pozytywniej, że był to w zasadzie pierwszy taki występ w tym roku, na którym byłam. Co jeszcze na plus? Na mnie wrażenie zrobił przede wszystkim Michael Moss, aczkolwiek to właśnie Pete Gilchrist przez cały koncert przykuwał mój wzrok. I bynajmniej nie myślę tutaj o jego atrybutach fizycznych, a raczej o fenomenie posiadanej przez niego maniery – ruchów, śpiewania i stylu. Chciałabym, aby każdy koncert na jaki pójdę okazywał się być takim przyjemnym zaskoczeniem. Plusem całego przedsięwzięcia był także lokal, którego wysoki standard dodawał tylko smaczku do całej zabawy. Na minus oceniam jedynie publikę, która w pewnym momencie postanowiła rozpocząć kawiarniane dyskusje, przeszkadzając reszcie słuchaczy w należytym odbiorze tej niezwykłej muzyki.


Strony:
Autor:
Tłumacz: Jowa
Data dodania: 2008-05-30 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: