AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Castle Party 2005


Czytano: 24678 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Zacznę od tego iż niestety nie miałem w tym roku możliwości spędzić na CP całych trzech dni a tylko 2, wiadomo że na każdego w końcu przychodzi ta pora kiedy pojawia się w życiu praca i tak zwane urlopy ;) Ale ta relacja nie o urlopach...

Dzięki horrorowi komunikacyjnemu dotarliśmy o 9 rano w sobotę, co mnie ruszyło to że na miejscu w Bolkowie było pusto, tak wiec można było przypuszczać ze dnia poprzedniego była dobra impreza i większość ludzi spała ze zmęczenia lub kaca, lub też po prostu ludzi jeszcze nie było. Jak się okazało obie wersje były prawdziwe. W tym roku na CP bardzo dało się odczuć małą ilość fanów muzyki alternatywnej. Owszem po Bolkowie kręciła się spora ilość „czarnych ludzi” ale na zamku było ich niewielu, poza tym uważne oko mogło zauważyć że pora ilość osób miała albo akredytacje albo opaski tylko na jeden dzień festiwalu. Z tym średnio optymistycznym akcentem zaczął się dla mnie festiwal i koncert Disharmony, który wypadł średnio, muzycznie nieźle ale było widać ze muzycy strasznie się męczyli w słońcu. Dodam ponadto ze publiki było bardzo mało, a ja się zacząłem zastanawiać już na całkiem poważnie czy na tym CP nie będzie ludzi... Po krótkiej przerwie i zapowiedzi DJ Bizarre’a na scenie pojawiło się nasze polskie wcielenie Diary of Dreams czyli Agonised By Love, a pod sceną pojawiło się trochę więcej ludzi, choć nadal mniej niż zazwyczaj. Miałem okazję widzieć parę razy koncerty ABL i powiem tyle że zagrali nieźle i pomimo tego że również doskwierało im słońce to jednak starali się zagrać dość żywiołowo i mają za to u mnie plusa. Lahka Muza – to trzeci zespół jaki grał tego dnia, nie jestem złośliwy ale powiem że zdecydowanie wolę słuchać niż oglądać tę kapelę, może dlatego iż zawsze zastanawiam się czy wokalistka nie zdaje sobie sprawy, że ma już swoje lata i mogła by ubrać troszkę bardziej zakrywający strój, ponieważ w tym którym się pojawiła wyglądała delikatnie ujmując niesmacznie. Muzycznie nie było źle, ale jednak po paru kawałkach poszedłem zwiedzić sobie wewnętrzny dziedziniec zamku ponieważ monotonia razem ze słońcem wisiała w powietrzu. Przy okazji znalazłem dokładną rozpiskę z zespołami której zrobiłem zdjęcie i to było najważniejsze zdjęcie przez cały fest, żeby niczego nie ominąć – jednym słowem bardzo przydatne! Właśnie z niej wyczytałem, że następnym zespołem będzie The Last Days of Jesus, zespół który obił mi się o uszy ale nie znałem go za dobrze. Pierwsze miłe zaskoczenie dnia, wokalista dał z siebie chyba wszystko, i muzycznie, i choreograficznie, za co publika była mu bardzo wdzięczna gromkimi oklaskami. Fotografowie jacy byli pod sceną też byli w swoim żywiole ponieważ gesty, miny i ogólna dynamika jaka panowała na scenie dawała duże pole do popisu, dla najlepszego zrozumienia o czym mówię polecam zaglądnąć do naszej galerii. To był pierwszy naprawdę bardzo dobry występ tego dnia, dzięki temu koncertowi zostałem umotywowany do tego aby zapoznać się z dyskografią tegoż zespołu, co zapewne uczynię na dniach. Dalej na scenie pojawił się brytyjski zespól Attrition, który był drugim i zarazem ostatnim miłym zaskoczeniem tego dnia. Brzmienie i wokale połączone ze specyficznym tańcem wokalistki, zrobiły niezłe wrażenie, nie tylko na mnie ale i na publice która swoją droga mniej więcej w połowie koncertu The Last Days Of Jesus. Wracając do angielskiej kapeli zastanowiła mnie tylko reakcja części publiczności, ponieważ gdy robiłem zdjęcia podczas pierwszego utworu, a zespół zaczął odgrywać swoje intro, kilka osób stojących blisko barierek zaczęło wykrzykiwać, że nie przyszli tu żeby słuchać muzyki z „Pasji”... hmm ktoś najwyraźniej nie zna kompletnie twórczości Attrition, niech żałuje. W każdym razie na szczęście zespól nie zrozumiał tych kilku obelg i kontynuował swój show dalej. Osobiście uważam ze to był jeden z trzech najlepszych koncertów całego festiwalu. Dalej na scenie pojawia się Epica. Wyrzymałem dwa kawałki zanim wyszedłem, cóż jakbym chciał posłuchać metalu to bym pojechał na Metalmanię, choć o dziwo jednak publika się świetnie bawiła machając włoskami... I tu się mi nasunęła kolejna refleksja, dokąd zmierza Castle Party i ludzie jacy na ten festiwal mają przyjeżdżać? Z ta refleksją udałem się na wewnętrzny dziedziniec zamku aby pożreć porcję smażonych pierożków ruskich, które chodziły za mną przez cały dzień, a teraz umotywowany przez zespół do nie-siedzenia pod sceną, postanowiłem zrealizować ten niecny plan. Tak więc stan konta w portfelu został uszczuplony o pięć złociszy a ja z dziką satysfakcją pożarłem pierożki dodam jako ciekawostkę że kolega był zszokowany widokiem mnie jedzącego ;) Tu trzeba przyznać, że chociaż pod względem gastronomicznym w tym roku było nieźle, ceny sensowne, jedzonko dobre i w końcu po tylu latach próśb i gróźb inne piwo niż młotek (dla niekumatych. Hammer). Tak więc podładowany nową porcją energii i pchnięty wiatrem jaki się zerwał, poszedłem pod scenę na występ Cruxshadows. Nie zostałem zaskoczony początkiem występu, czyli faktem iż Rogue rozpoczął koncert siedząc na barierce oddzielającej publikę od sceny i tym że jednocześnie śpiewał, i wspinał się na rusztowania sceny. Tak robi na każdym koncercie, ale ci którzy tego nie wiedzieli byli zadowoleni z tego faktu. Przez te akrobacje ilość fotografów pod sceną była ograniczona bardzo drastycznie, i niestety nie doczekałem się swojej kolejki ponieważ zerwał się silny deszcz a ja w trosce o aparat udałem się do kwatery. Z relacji innych osób wiem, że koncert przerwano kilkanaście minut później... Jak można się domyśleć koncert Camouflage się nie odbył ze względu na silną ulewę i nagły zanik prądu jaki opanował Bolków... Fani byli bardzo zawiedzeni, szczególnie że wielu z nich długo stało w deszczu pod sceną i nawoływali zespół do tego żeby zagrał. To tyle jeśli chodzi o dzień pierwszy festiwalu. O całkowitej ciemności w mieście i rwących potokach wody nie ma co się rozpisywać.

Kolejny dzień, zaczął się od opadów deszczu, które na szczęście uspokoiły się przed koncertami. Biorąc pod uwagę małą frekwencję z dnia poprzedniego byłem ciekaw czy po tej małej powodzi ilość ludzi na zamku się uszczupli, jednak schemat się powtórzył i tak jak od rana było prawie pusto tak im bliżej wieczora tym więcej ludzi było pod sceną. Forgotten Sunrise i Holodne Sonce pamiętam jak przez mgłę, po prostu zagrali i zniknęli. Muzyka nie przemówiła do mnie kompletnie i nie wywarła żadnego wrażenia wiec trudno mi coś napisać o tych dwóch zespołach. Cytadela mimo iż „zimnofalowa” jednak miała kilka humorystycznych akcentów. I dobrze publika była w większości zadowolona, zarówno z poczucia humoru typu stwierdzenie „a do tego utworu zsamplowaliśmy kroki człowieka chodzącego po moście”, jak i muzyki i specyficznego image jaki zespół posiadał. Dalej pojawia się kolejny nietrafiony przeze mnie zespół czyli Stormmoussheld – metal, a jak już mówiłem Metalmania odbywa się kiedy indziej i w innym miejscu. Następnie pojawia się Final Selection, które akurat znam, ze względu na ich niedawne wydanie nowego albumu który, miałem okazję posłuchać. Niemcy wypadli całkiem nieźle choć mimo wszystko troszkę lepiej brzmią na CD, ale mimo wszystko zaprezentowali najlepszy kawałek twórczości jaką posiadają w swoim dorobku i jak było widać publika była zadowolona. I w końcu zespół na jaki czekałem cały dzień... Grendel... z hukiem na scenę wpada drobnej postury młody chłopak, jednak energia z jaką porwał publikę mogła by się pomieścić kilku dobrze zbudowanych trzy-paskowcach ;) Jak można się domyśleć nikt w tłumie nie stał jak wryty, każdy choć przytupywał do rytmu jaki był wybijany poprzez zespół. Kolejne utwory doprowadziły tłum do przyjemnego wrzenia i wszystko byłoby wspaniale gdyby nie fakt iż było słychać iż nagłośnienie nie wytrzymywało tego co zespół chciał pokazać... Jednym słowem głośniki czasami charczały, a to psuło cały efekt, choć mam nadzieję że niewiele osób zwróciło na to uwagę. Właściwie mogę powiedzieć że na Grendelu dla mnie festiwal się kończy, ponieważ Scream Silence wypadł dla mnie raczej średnio, zespół się starał, ale nie trafił w moje gusta. Podobnie Renata Przemyk, choć może to dlatego, że akurat nie jestem jej fanem. W każdym razie oba zespoły przyciągnęły niezłą ilość widzów pod scenę, tak więc moja subiektywna ocena ma w tym momencie małą wagę. W przerwie miedzy koncertem Renaty Przemyk a gwiazdy wieczora czyli zespołu Wolfsheim, było słychać złośliwe dowcipy na temat tego czy dziś też spadnie deszcz i ostatecznie gwiazd na festiwalu nie będzie. Jednak ku radości publiki deszcz nie spadł a niemiecki band zagrał przez ponad półtorej godziny, bisując trzy razy. Ja już nie doczekałem bisów ponieważ, rozdrażnił mnie jeden szczegół, mianowicie że wokalista czytał teksty piosenek!! Na zdjęciach nawet widać, że wokalista ma przed sobą ustawione teksty w czymś w rodzaju książki lub śpiewnika. Jak na gwiazdę festiwalu to jest to co najmniej dziwne zagranie. To jednak nie zmieni faktu ze wielu osobom występ się podobał, bisy były, deszcze nie spadł, tylko w zamian za to zrobiło się strasznie zimno. Ale to nic, ludzie wytrzymali do końca koncertów a następnie rozpierzchli się po klubach aby pobawić się do białego rana. Warto wspomnieć, że w klubie Sorrento (dawnym Blue Ice) zaprezentował swój set Grendel i z tego co widziałem porwał nim ludzi równie mocno co swoim koncertem.

Zamiast podsumowania na koniec zostawię do rozważań jedno pytanie, mianowicie co będzie za rok z Castle Party? W tym roku było widać, że było dużo mniej ludzi niż rok temu, że były zespoły mniej znane i nie było jakiś super-gwiazd, a cena karnetów i jednodniówek, była zaporowa dla wielu osób... Z własnych obserwacji dochodzę do wniosku że za rok może dwa lata cena CP zrówna się z cenami zachodnich festiwali takich jak Mera Luna czy Wave Gotik Treffen, gdzie jak wiadomo skład jest zdecydowanie mocniejszy...

Tymi słowami kończę swój wywód na temat największego festiwalu muzyki gotyckiej w Europie środkowej i wschodniej... Oby za rok było lepiej, zarówno frekwencyjnie i muzycznie, tego życzę i organizatorom i uczestnikom...
Autor:
Tłumacz: Dobermann
Data dodania: 2005-10-09 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: