AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Castle Party 2012


Czytano: 18731 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Raz do roku w niewielkim miasteczku Bolków na kilka dni ogniskuje się "źródło mroku". O tym jak daleko potrafi się rozpełznąć niech świadczy fakt, iż do tej niepozornej miejscowości ściągają mroczne dusze nie tylko z całej Polski, ale także z wielu zakątków Europy.
Tak, kolejna edycja Castle Party za nami. Jakie wspomnienia, jakie wrażenia i jakie oczekiwania na przyszłość rozbudziła tegoroczna odsłona festiwalu? Jeszcze nie wybrzmiała ostatnia nuta, a już pojawiło się tysiące głosów w tej sprawie. Trudno zachować obiektywizm, trudno ogarnąć wszystko, ale spróbujmy, raz jeszcze, już z ostudzonymi emocjami, przyjrzeć się temu, co w ostatni weekend lipca działo się w Bolkowie.
Tegoroczna edycja festiwalu rozpoczęła się czwartkową rozgrzewką w postaci imprez zorganizowanych w bolkowskich klubach. Nowością było zaadaptowanie i zorganizowanie imprezy w budynku byłego kościoła ewangelickiego.
Jeżeli chodzi o kilka ostatnich chwil poprzedzających festiwal, to nasuwa się refleksja, iż mijają one nie bez cienia niepokoju. Z niepokojem spoglądamy w niebo, z niepokojem na opóźnienia pociągów. Aż wreszcie docieramy na miejsce, nasłuchujemy pierwszych dźwięków i oddychamy z ulgą. Osobiście dotarłam do Bolkowa w piątek i tego to dnia festiwal rozpoczął się z pełną parą. W piątek Bolków po prostu płonął. Żar niemiłosiernie sączył się z nieba i trudno było znaleźć przed nim schronienie. Wczesnym popołudniem na bolkowskich ulicach właściwie pustki, nieliczni przemieszczają się szybko w poszukiwaniu cienia, a ci, którzy już go znaleźli, zastygli w nim nieruchomo. Około godz 14:00 na rynku rozpoczął się występ teatru Terminus A Quo. Aktorzy właściwie pojawili się znikąd. Ubrani w czarne garnitury niezauważalnie wmieszali się w tłum i rozpoczęli swój spektakl początkowo budząc konsternację, z czasem coraz większe zainteresowanie. Terminus A Quo jest teatrem eksperymentalnym, a w Bolkowie zaprezentowali spektakl "GO!"



Po tym specyficznym wstępie można już było udać się na zamek gdzie na dużej scenie od godziny 15:00 w spiekocie słońca gościł wrocławski projekt dark/harsh elektro H.Exe, inicjujący festiwalowe koncerty. Ostro i wulgarnie, H.exe mimo upału zdołał poderwać publiczność do tańca.



Kolejny artysta na scenie to Vigilante, jeden z ważniejszych przedstawicieli muzyki industrialnej w Ameryce Południowej. Elektryczno-metalowe mixy wywabiły ukrywających się w cieniu fanów, tak że pod sceną zrobiło się jakby tłoczniej. Koncert spodobał się na tyle, że publiczność domagała się bisu, który, ze względu na ścisły harmonogram festiwalu, nie mógł się odbyć.



Kuszące wydaje się stwierdzenie, iż piątkowa scena należała do polskich kobiet, tego dnia bowiem zagościły na niej jedyne w swoim rodzaju przedstawicielki gatunku. Jako pierwsza z nich Desdemona. Urokliwy wokal Agnieszki Leśnej, muzyczna moc – w ten oto sposób brzmiały utwory z najnowszej płyty zespołu "Endorphines".



Występ Digital Factor, przedstawiciela niemieckiej sceny EBM to przede wszystkim mocny pulsujący beat. Tuż po nim kolejna legenda polskiej sceny – Artrosis. Wśród nowych utworów nie zabrakło największych przebojów takich jak "Nazgul", "Pośród Kwiatów i Cieni", "Szmaragdowa Noc". Były momenty melodyjne i nastrojowe, jak również nieco ostrzejsze. Wielbiciele powinni być zadowoleni.



Zgoła inne dźwięki popłynęły ze sceny za sprawą Leather Strip, który zafundował nam powrót do elektroniki. Rytmicznie i tanecznie, wśród publiczności zapanowało wyraźne poruszenie. Ordo Rosalius Equilibrio nieco zgasił ten entuzjazm. Stosunkowo monotonny występ zespołu działał nasennie. Wśród utworów m.in. "Mercury Rising" z ciekawą linią melodyczną, "Three is an Orgy", "Four is Forever", "Reaping The Fallen", "The First Harvest".



Jako gwiazda wieczoru wystąpił Closterkeller. Koncert rejestrowany był w celu stworzenia koncertowego DVD. Usłyszeć można było utwory takie jak: "Nero", "Patrząc jak toniesz", "Tyziphone", "Jak łzy w deszczu", "Tu nie ma nic", "Miraż", "Matka" i jako bis "Nocarz". Wybór utworów został oceniony przez uczestników festiwalu jako dość odważny, tymczasem według wokalistki były to utwory cenione przez zespół najbardziej i zasługujące na trwałe uwiecznienie. Koncert odbył się z drobnymi zakłóceniami takimi jak "Megadramat odzieżowy" Anji, ze względu na pogodę nie ujrzeliśmy lampionów, za to można było obejrzeć pokaz sztucznych ogni w trakcie utworu "Matka".



Sobota to kolejne zmagania się z upałem. Na początek elektronicznie i agresywnie czeski Depressive Disorder, a tuż po nim bardzo ostro i energicznie Ambassador21 z charyzmatyczną wokalistką. Najbardziej adekwatny do temperatury powietrza zdawał się utwór "Welcome to Hell". Kolejnym zespołem na scenie był niemiecki Bloody Dead and Sexy. Zdecydowanie gitarowe granie w postaci takich utworów jak "Liquid Grey", "Hey to Armageddon", "Never street" i jakby więcej mroku spłynęło na publiczność.



Następnie na scenie zagościł jedyny tego dnia polski zespół The Cuts, grający electro z domieszką gitarowego indie-rocka. Na uwagę zasługują intrygujące teksty. Usłyszeliśmy więc lekko psychodeliczny "Za zamkniętymi drzwiami", został odprawiony "hormonalny sakrament" z utworu "Pokój na jedną noc" a "Martwy kwiat" wręczono "Smutnej dziewczynie" tym samym podbudowując mroczny klimat, zwłaszcza, że nad Bolków ściągnęły ciemne chmury. Włoski Spiritual Front, mimo iż określa swój styl jako "nihilistyczny samobójczy pop", muzycznie brzmieli dość optymistycznie. Kolejnym zespołem na scenie był niemiecki Pink Turns Blue brzmiący o wiele mroczniej i bardziej gotycko. Nawet pogoda ostatecznie dokonała przemiany, może nie z różowej w niebieską, ale z upalnej na zimną i mokrą. Wiele osób poświęciło ten koncert na zmianę garderoby, bo deszcz zdawał się już nie odpuścić.



Hocico wystąpił w asyście nieplanowanych efektów specjalnych w postaci błyskawic. Niezwykle energetyczny i elektryzujący koncert. W mieszance dźwięków zabrzmiały m.in. utwory takie jak Bloodshed, Altered States, About a Dead czy Bite me.



Gwiazdą sobotniego wieczoru był wyczekiwany przez wielu fanów Alien Sex Fiend, który zgotował publiczności prawdziwie upiorną makabreskę. Na wyobraźnię oddziaływała nie tylko dekoracja sceniczna, przypominająca cmentarzysko teatralnych manekinów, groteskowo trupi image Nika Fienda, ale też obrzucenie publiczności różnymi szczątkami, tak żeby każdy mógł poczuć się "zombified". Wśród utworów m.in. swoisty taniec śmierci Dance of the Dead, Ignore the machine w kłębach dymu, I walk the line czy They all call me crazee. Wielkie show i klasyka deathrocka w najlepszym wydaniu.



W niedzielę po kaprysach pogody wreszcie spokojniej. Na scenie jako pierwsi Cold in May. Zagrali nastrojowo, mrocznie i mocno. Kolejnym zespołem jaki wystąpił tego dnia był At the Lake z Warszawy. Symfoniczny metal z udziałem skrzypiec, można by rzec, klasyczne rozwiązanie. Uderzały nieskoordynowane podskoki wokalistki i w zasadzie utwór instrumentalny wypadł najlepiej. Brakowało utworów w języku polskim, co publiczność otwarcie dała do zrozumienia muzykom. Następnie na scenie zagościli panowie z Devilish Impressions i chociaż odstający stylistycznie od konwencji festiwalu, to jednak zdołali wzbudzić entuzjazm zgromadzonych, którzy na próżno jednak domagali się bisów.



Następnie Śmiałek, którego koncert należałoby określić mianem spektaklu. Były "Pogłoski o końcu", "To miłość" i "Vampyre", a głęboki głos Śmiałka nieprzerwanie wywoływał ciarki na plecach.



I wreszcie na scenie Deathcamp Project. Po raz trzeci na festiwalu, tym razem promując najnowszą płytę "Painthings" zgromadzili pod sceną sporą liczbę fanów. Sami muzycy zaskoczeni byli frekwencją. Jeden z lepszych koncertów.



Występ Merciful Nuns to przede wszystkim nostalgiczne dźwięki ześlizgujące się ze sceny i pełzające wśród publiczności. Muzyka Merciful Nuns w przedziwny sposób ujmuje. Wśród utworów m.in. "Morphine Queen", "Body of Light", "Genesis Revealed" czy "Ancient Astronauts".



Zupełnym przeciwieństwem był koncert Blutengela, gdzie wszelkie dźwięki zostały podporządkowane przedstawieniom odgrywającym się na scenie. Wielkie show z udziałem ognia, krwi i nagich ciał.



I wreszcie gwiazda wieczoru – Combichrist. Niewinny opener nie zwiastował w żadnym stopniu masakry, jaka już za chwilę miała odbyć się na scenie. Pierwsza piosenka w wykonaniu Combichrist to totalna demolka. W ułamku sekundy scenę wypełniły skaczące miśki i fruwające części instrumentów, zamieniając ją tym samym w pobojowisko. Techniczni co rusz próbowali za pomocą taśmy klejącej przywrócić instrumenty do stanu używalności. Właściwie na próżno, bo muzycy z nieukrywaną satysfakcją bez opanowania rozrywali je na części. Combichrist bez wątpienia powalili na kolana wszystkich poprzedników i publikę. Przebojowo, chaotycznie i absolutnie zjawiskowo. Występ zakończył się wyrzucaniem w stronę publiczności dosłownie wszystkiego, łącznie z garderobą.



Tegoroczna edycja to wiele zmian, nowości, zauważalnie niższa frekwencja – mimo to w tłumie wiele znajomych twarzy. Różnorodnie, różnobarwnie. W morzu czerni coraz więcej kolorów. Można by snuć domysły, czy "źródło mroku" przygasa czy tylko ewoluuje. Tuż po zakończeniu festiwalu pojawiło się wiele pełnych niepokoju, nurtujących pytań- dokąd zmierza Castle Party? Co napędza nie zawsze korzystne zmiany, a nawet, czy Castle Party umiera? Trudno jest dać jednoznaczną odpowiedź na którekolwiek z nich. Jedno jest pewne, festiwal tworzą ludzie i to jak będzie on wyglądał zależy od nich. Od nas. Od każdego uczestnika. Bo każdy z nas wpisuje się w festiwalową historię. A zatem, do zobaczenia za rok!

Strony:
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2012-08-20 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: