AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Castle Party 2018


Czytano: 1159 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Drodzy, Castle Party 2018 przeszło już do historii i prawdę mówiąc nie wiem jak to się stało. Odnoszę wrażenie, że co roku dzieje się to szybciej. No przecież dopiero przyjechaliśmy, a tu już wymieniamy się wspomnieniami. Tegoroczna edycja festiwalu różniła się od poprzednich, pojawiło się trochę zmian, nowości, z drugiej strony niezmiennie jest to nasze święto a Bolków to miejsce o przyjaznym klimacie, gdzie festiwalowicze czują się po prostu dobrze i gdzie zwyczajnie chce się wracać.
Pierwsza ze zmian to wydłużenie festiwalu o jeden dzień. Rozgrzewkowe koncerty odbyły się już w środę w Arkadach, dawna Basztowa. Wystąpiły aż cztery zespoły (Switchface, Miranda Cartel, Dusk Watch, Cabaret Grey) i mimo niewielkiej przestrzeni z opowiadań naocznych świadków wiem, że dla niektórych impreza trwała do 5 rano.

Czwartek
Z arkadowej mikrosceny przenosimy się na małą scenę i tu kolejna zmiana, bo już nie kościół ale Dom Kultury. Klimat może i nieco inny ale lokalizacja chyba dogodniejsza, bo bliżej zamku i można sprawniej manewrować między scenami. W każdym razie, czwartek zdominowany został przez zimno falowe, post-punkowe dźwięki z elementami rocka gotyckiego. Jako pierwszy tego dnia wystąpił zespół z Wrocławia, Psychoformalina, grający "w tradycji starej dobrej polskiej zimnej fali", który przeniósł nas w świat prostych rytmów, płynącej gitary oraz pełnego melancholii głosu wokalisty. Dalej, również z Wrocławia, ale znacznie młodszy, choć tez post-punkowy Aviaries. I jeszcze więcej klimatów cold wave w wykonaniu Past. I tyle z rodzimej sceny. Kolejnym wykonawcą wieczoru był obchodzący swoje dziesięciolecie, włoski Christine Plays Viola. Nieco inny klimat, zdecydowanie bardziej energetyczny zapanował po wejściu na scenę członków zespołu The Last Days of Jesus. Trudno było oderwać wzrok od niezwykle charyzmatycznego wokalisty, któremu nawet upadek nie przeszkodził w kontynuowaniu swojego performance. Spora dawka świetnego awangardowo-kabaretowego, ale i mrocznego rocka z domieszką dark wave. Kolejny wykonawca to legendarny The House of Usher czyli gotycki rock pełen wolnych i zachwycających gitar w tempie umiarkowanym, po prostu miód na uszy. Na koniec melancholijnie i niemal mistycznie Golden Apes.

Piątek
Piątek zapewne wszyscy zapamiętają pod hasłem szok i prowokacja. Chodzi oczywiście o kontrowersyjne występy dwóch niemieckich zespołów. W przypadku Grausame Töchter, to mimo że muzycznie wypadają dość ciekawie, energetycznie i impulsywnie, zdecydowanie więcej uwagi przyciąga ich erotyczne show. Okrutne Córki nie dość, że wystąpiły niemalże nago, to jeszcze nie stroniły od perwersyjnych choreografii. Oczywiście wzbudziło to spore zainteresowanie zwłaszcza męskiej części publiczności. Nasuwa się pytanie czy naprawdę widok nagiej kobiety to dla niektórych takie odkrycie? Zasłyszałam, że na koncertach klubowych Grausame Töchter posuwają się znacznie dalej. Jak dla mnie gwóźdź programu to mikser w arbuzie ;) Jeszcze bardziej krwawy i makabryczny okazał się koncert zespołu Agonoize, który swojej muzyce łączy elementy EBMu, dark electro, harsh electro i industrial. Występ w Bolkowie był ich pierwszą wizytą w Polsce. Mega energetyczny koncert po brzegi wypełniony krwią i bezkompromisowymi inscenizacjami podcinania żył, morderstwa i samobójstwa. Nie zabrakło rekwizytów takich jak szlifierka kątowa przykładana do nogi wokalisty, długi nóż i zalewająca scenę i publiczność sztuczna krew. Można by odebrać jako trochę niesmaczne, w sumie nieco groteskowe. Co kto lubi. Ale nie samą krwią i nagością człowiek żyje. Warto również zwrócić uwagę na inne zespoły występujące tego dnia na zamkowej scenie, a już z pewnością na zespół Leśne Licho, który tego dnia rozpoczynał koncerty. Mimo wczesnej pory zgromadził sporą publiczność i słusznie. Słowiańskie i skandynawskie motywy a do tego mocne brzmienie i dość skoczne tempo rozbujały zgromadzonych. Było i dziewczęco i z przytupem. Vulture Industries utrzymał dobrą atmosferę na zamku i jeszcze bardziej rozgrzał publiczność. Dynamiczny i energetyczny koncert. Norwedzy zaproponowali dość awangardowe podejście do metalu z niezwykłymi pomysłami na różne muzyczne "smaczki", nietuzinkowe gitary, zmiany rytmu i tempa wprawiające w hipnotyzujące osłupienie, plus świetne zgranie zespołu. Brytyjski post-punkowy Theater of Hate wystąpił pomiędzy wspomnianymi wyżej niemieckimi szokerami. Instrumentalna różnorodność i koncert z gatunku the best of. Bez zbędnych udziwnień, po prostu godzina dobrej muzyki. Na ostudzenie klimatu tuż po Agonoize obejrzeliśmy niezwykły spektakl grupy Lineact rozgrywający się na murach zamku.  Członkowie teatru w ruchu zaprezentowali historię poszukiwania miłości dosłownie pląsając w powietrzu. A dalej już brytyjski The Eden House, projekt Stephena Careya ze znaną wszystkim z Faith and The Muse Monicą Richards. Zamek wypełnił się klimatycznymi, eterycznymi dźwiękami i delikatnymi wokalami, a panie czarowały niczym zwiewne nimfy. Nie zabrakło utworów z "Songs for the Broken Ones" ani największego hitu "To Believe In Something". Na koniec dnia Apoptygma Berzerk i powrót nieco bardziej tanecznych klimatów, którym publiczność dała się porwać bardzo szybko. Mieszanka EBM, future popu, synthrocka, elektro i industrial, ballady i bardziej rockowe momenty dały w efekcie przekrojowy koncert, na którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W set liście między iinymi "Unicorn", "Eclipse", "Starsign", "Kathy's Song ", "In This Together", a także "You Keep Me From Breaking Apart", "Shine On" i "Until The End Of The World".
Piątkowa mała scena należała do przeróżnych odmian metalu. I tak wystąpił tam m.in. dość ciekawy zespół Mentor. Kawał ciężkiej, szybkiej muzyki, która zachwyciłaby nie jednego metalowca.

Sobota
W sobotę na małej scenie koncerty rozpoczęła rytualna Gnoza, która swoją muzyczną ścieżkę definiuje jako "okraszoną mantrowymi, perkusyjnymi rytmami i elektronicznym hałasem". Tymczasem na zamkowej scenie Art of Illusion wprowadza nas w świat szeroko pojętej muzyki progresywnej, gdzie muzycy myślą, są dobrze zgrani, a przede wszystkim wprowadzają nas w obszary dotąd nie odkrytych mieszanek styli. Bogaci w różne doświadczenia i inspiracje, wykorzystują je do granic możliwości. Tuż po nich kolejna legenda, czyli Made in Poland z najlepszymi kawałkami z nowych i starych wydawnictw. Fani na pewno się nie zawiedli. Biegusiem na małą scenę, a tam syberyjski Nytt Land, zdecydowanie do polecenia dla fanów Wardruny. W oparach kadzidełek i przytłumionym świetle można spokojnie było odpływać na obrzeża świadomości. Muzyka pełna prostych dźwięków, uderzeń i melodii, ale jednocześnie wciągająca nas w świat mało znanych doświadczeń z pogranicza Skandynawii. Hipnotyzuje, wciąga, niepokoi- to efekt końcowy ich twórczości. Z powrotem w górę, na zamkową scenę, a tam coś zupełnie odmiennego, czyli Tyske Ludder i ostre dark elektro. Koncert szwedzkiego The Coffinshakers to istne pomieszanie z poplątaniem gotyku, country, horroru, grozy z nutą wampirycznej elegancji. Udany występ i zadowolona publiczność. Szybciej, głośniej i ostrzej zaprezentował się Gothminister, dark metalowy zespół pełny mocnych gitar i ciężkich rytmów, wprawił słuchaczy w ruch i chyba o to w tym właśnie chodziło. Jeszcze raz na małą scenę (nie ostatni), gdzie Mortiis tworzył niesamowitą, mroczną atmosferę głębokimi przestrzeniami dźwięku. Tymczasem na zamku już pojawił się, po raz pierwszy na CP zresztą, niemiecki pogańsko-folkowy Faun z harfą celtycką, dudami i innymi cudami, które zdołały rozbudzić naszą "seksualną energię" i doprowadzić nas do "mokrej groty przyjemności". Świetny kontakt z publicznością, trochę humoru, średniowiecznych ballad i skocznych numerów. Dźwięki, które doskonale sprawdzają się w murach zamku. Na zakończenie wieczoru Project Pitchfork, czyli przede wszystkim mroczna elektronika z industrialowym zacięciem. Energetyczne rytmy tej grupy wprawiły zgromadzonych w ruch i zapewniły dobrą zabawę. Można było posłuchać i nowych utworów i wszystkim znanych hiciorów. I już ostatni raz na małą scenę gdzie neo folkowy Death In Rome w specjalnym midnight show dokonywał czarów zamieniając popowe mainstreamowi kawałki takich wykonawców jak Lana del Rey czy Rihanna w mroczne, klimatyczne utwory.

Niedziela
Zamkową scenę w niedzielę otwiera Traitrs, grupa, która nadaje lekki, przyspieszony rytm z płynącą gitarą oraz klawiszami, a wokal przypomina nieco Roberta Smitha. W efekcie mamy twór na miarę lat 80 tych i dobrze, bo tego nam właśnie trzeba. Następnie Mano Juodoji Sesuo i trochę rytmów do pobujania się. Escape with Romeo to kolejny zespół rockowy o ciekawych dźwiękach klawiszy, lekkiej gitarze i melancholijnym wokalu. Nasz rodzimy shock rockowy Department to porządne granie z ostrym przytupem i fruwającymi nad publicznością fałszywymi banknotami. Coś w sam raz dla miłośników Killing Joke czy Roba Zombiego.  W między czasie, niedzielna mała scena to wszystkie odcienie elektro ze zwieńczeniem programu w postaci, oczekiwanego przez wielu, zespołu Torul. Tuż po zmroku na zamkowej scenie bezkonkurencyjni The Beauty of Gemina, ponownie na Castle Party i ponownie na najwyższym poziomie. Fantastyczny gothic rock bez kolorowania, autentyczny, rytmiczny i dobrze brzmiący band, którego nie sposób nie cenić. I na koniec zespół, którego sama nazwa już budzi szacunek wielu fanów cięższej muzyki, Samael. Niezwykłe show, pełne, profesjonalne zgranie, ostre i ciężkie uderzenie dźwięków poruszających niebo i ziemię to genialne zwieńczenie 25 już edycji Castle Party.

W tym roku obyło się bez katastrof pogodowych, ale też bez pool party. Nie zabrakło wyszukanych kreacji, ani czarnych lodów i pierogów. Niby bez kościelnej aury i czasem bez powietrza, ale przecież z muzyką, która sięga do głębi i pobudza zmysły.  Jakby nie było, Castle Party zawsze na plus. Wielkie dzięki dla organizatorów i dla mojej drugiej pary oczu (właściwie uszu). W oczekiwaniu na kolejną odsłonę. STAY DARK!
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2018-07-25 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: