AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Laibach


Czytano: 2075 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Łódź, często omijana przez gwiazdy największego formatu, 4 kwietnia została najechana przez słoweńskich bogów industrialu – Laibach. Na godzinę przed koncertem w klubie Wytwórnia było już całkiem tłumnie. Fani w militarnych strojach w wieku dowolnym (widziałem zarówno młodych nastolatków, jak i ludzi po 50tce) okupowali wejście i sklepik z merchandisem. Scena urządzona była dość skromnie – poza standardowym zestawem instrumentów klawiszowych i perkusji oraz mikrofonem dla Frasa, wyróżniały się dwa duże projektory, które na ekrany za perkusją rzucały dobrze już znany wszystkim plakat touru z pewnym gołąbkiem.

Laibach zaczął od "Boji". Filigranowa i prześliczna Mina Špiler z megafonem i Milan Fras, plujący nieludzko niskim wokalem w parę chwil mieli całą publiczność w garści, mogli z nami zrobić cokolwiek, a i tak prosilibyśmy o jeszcze. Dobrze dopracowane oświetlenie i wciąż zmieniające się obrazy doskonale uzupełniły się z muzyką Słoweńców. Po "Boji" atakowano nas kolejnymi wielkimi, miażdżącymi kompozycjami, wyróżniły się, jak dla mnie "Smrt za Smrt" i "Brat Moj", potężne, zagrane inaczej niż zdążyłem się przyzwyczaić; zapewne w tej wersji pojawią się na Laibach Revisited. Należy tu wspomnieć o na serio dobrym nagłośnieniu odziedziczonej po Łódzkim Centrum Filmowym hali, gdzie mieści się Wytwórnia. Dobre, selektywne brzmienie i bas, który kolokwialnie rzecz ujmując mało nie urwał mi dupy, gdy na chwilę przycupnąłem na kolumnie, by złapać dobre ujęcie.

Dla mnie łódzki koncert miał troszkę inny wydźwięk niż dla sporej części osób na sali, nie dość, że pierwszy, to jeszcze miałem przywilej fotografowania go dla Alternation. Przez to, że większość czasu widziałem Frasa i załogę z bliska, w wizjerze aparatu, czułem jakąś nić intymnego powiązania z tymi ludźmi. Mimo, że tak wiele dzieli nas w kwestiach światopoglądu, doświadczenia, języka, kultury, czułem się jednością z tymi Artystami, byłem częścią ich sztuki i misji. Pewnie zresztą nie tylko ja, patrząc po ludziach wokół. Niektórzy próbowali pogować, jednak po krótkiej chwili przestawali i oddawali się Muzyce. To Muzyka i Obraz były tego wieczoru najważniejsze, nierozerwalnie połączone i doskonale współbrzmiące. Nikt nie był w stanie zepsuć tego momentu, nawet narąbana parka domagająca się piosenek o miłości i jakiś typ wyznający wciąż swoje gorące uczucia do Miny.



A właśnie. Mina Špiler. Jak ślicznie wyglądała śpiewając czołówkę "Iron Sky" z samym filmem w tle, oświetlona delikatnym bursztynowym światłem.

Trochę nowych utworów, cudowne i niezapomniane hity, wszystko złożone w doskonałą całość. Tu "Tanz mit Laibach", "Final Countdown" a w kontrapunkcie chwile spokoju i powolna, zimna recytacja Frasa.

Koncert, wydawałoby się trwał zaledwie chwilę, kilka (w rzeczywistości kilkanaście) kawałków i koniec… Muzycy schodzą, światła przygasają. Na szczęście na chwilę. Kolejne kawałki, w tym "Leben Heißt Leben" nadal, chociaż cover, to najbardziej znany kawałek ekipy z Ljubljany, i na końcu "Das Spiel ist Aus" Teraz to już na serio koniec. Brakowało tylko "Slovania", był na liście, nie usłyszeliśmy go jednak, a szkoda. Ostatnie błyski świateł i ciężki powrót do rzeczywistości, z lekko przytłumionym słuchem i bijącym zdecydowanie za mocno sercem.
Autor:
Tłumacz: Piotr Raven Zawadzki
Data dodania: 2012-04-11 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: