AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
M'era Luna 2011


Czytano: 11194 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Piątek.

Hildesheim przywitało nas deszczem.

W piątek nie odbywały się żadne koncerty. Co nie oznacza, że nic się nie działo. W wiosce pogańskiej prawie cały czas ktoś występował, a od godziny 20.30 w hangarze swoje opowiadania czytali niemieccy pisarze - Markus Heitz, Christian von Aster i Christoph Hardebusch. Po zakończeniu odczytów ekipa porządkowa szybko i sprawnie posprzątała hangar i przygotowała go pod imprezę klubową.

Sobota.

Na scenie zdążyli się już zaprezentować Winterspring i Ostfront, ale dla mnie sobota jak i cały festiwal zaczęła się od miłego zaskoczenia, jakim był koncert Omnii. Niesamowicie sympatyczny zespół, który dał pełen energii koncert. Było pogańsko, wiedźmowato i akustycznie. Było również rzucanie klątw - by nikt z zebranych pod sceną przypadkiem nie miał potem z tego powodu nieprzyjemności rzucono je na Unię Europejską.

Setlista:

1. Alive!
2. I don't speak human
3. Toys in the attic
4. Auta luonto
5. Wytches brew
6. Saltatio Vita
7. Dance untill we die
8. En avant blonde/Etrezomp ni Kelted





Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to jeden z lepszych występów na tegorocznym festiwalu. Po powrocie bliżej zapoznałem się z ich dyskografią i na żywo wypadają znacznie lepiej.

Chwila przerwy i na scenie pokazał się Qntal, który ma podobną własność co Omnia – lepiej grają na żywo niż w studiu.

Setlista:

1. Palestinalied
2. Glacies
3. Entre Moi
4. Flamma
5. Ecce Gratum
6. Veni
7. Ad Mortem





Po Qntal nadeszła pora, by w końcu odwiedzić mniejszą scenę w hangarze. Akurat wtedy na scenie prezentował się Fetisch:Mensch. Jedynym wartym uwagi aspektem tego występu był napis na koszulce wokalisty - "Thank God I'm a V.I.P.".

Nie mając nic ciekawego do roboty wróciłem pod główną scenę. Grało Leave's Eyes. Po dwóch kawałkach postanowiłem wrócić do hangaru. Grał Julien-K, który również mnie nie zachwycił. W ten sposób znalazł się czas, by zwiedzić sklepy. A było co oglądać lub w czym wybierać, bo swoje towary prezentowały wszystkie ważniejsze sklepy i wytwórnie płytowe.

Zdążyłem obejść wszystkie stoiska gdy na dużej scenie zaprezentował się Mesh, z którym gościnnie wystąpiła Vic Anselmo.

Po tym koncercie szybkim krokiem poszedłem pod mniejszą scenę, gdzie swój występ rozpoczynał Nachtmahr. Zainteresowanie koncertem było tak duże, że ledwo starczało miejsca w hangarze. Utknąłem w kolejce do wejścia, bo służby porządkowe wprowadzały ludzi partiami. Ale było warto. Thomas Rainer udowodnił, że nie bez powodu jest Tanzdiktatorem. 3/4 hangaru w najlepsze tańczyło do serwowanej ze sceny muzyki. Były znane i lubiane kawałki z poprzednich płyt, jak i trzy nowe. A to wszystko zakończone Katharsis, które idealnie nadaje się do kończenia koncertów lub setów.

Setlista:

1. Wir schreiben Geschichte
2. Tanzdiktator
3. Verräter an Gott
4. Feuer Frei
5. Weil ich's kann
6. Can you feel the beat?
7. BoomBoomBoom
8. Mädchen in Uniform
9. Katharsis





Po Nachtmahr dalej zostajemy w podobnych klimatach. Na małą scenę wchodzi Funker Vogt. Niektóre osoby opuściły hangar, ale dalej tłum pod sceną jest słusznych rozmiarów i bawi się tak samo dobrze jak na poprzednim koncercie.

Setlista:

1. Arising Hero Intro
2. Arising Hero
3. White Trash
4. Fallen Hero
5. Date of Expiration
6. Fire & Forget
7. Maschine Zeit
8. Genozid
9. The State within
10. 2nd Unit
11. Krieger
12. Gunman
13. Tragic Hero





Czekając na Apocalyptikę trafiłem na ostatnie 15 minut koncertu Blutengel. Był ogień, była krew. Natomiast sama Apocalyptica zaczęła od Master of Puppets, po czym zagrali autorskie utwory śpiewane przez Tipe Johnsona i znów cover Metalliki, tym razem spokojne Nothing Else Matters. Potem nastąpiła krótka przerwa, podczas której Perttu Kivilaakso przedstawił zespół oraz zapowiedział 'The wicked part'. Nie rzucił słów na wiatr i rzeczywiście druga część koncertu Finów to było jedno wielkie szaleństwo składające się głównie z coverów Metalliki. Na koniec panowie zaserwowali IX Symfonię Beethovena, z której płynnie przeszli we własną interpretację W grocie Króla Gór Griega.



Co nikomu nie udało się w Bolkowie udało mi się w Hildesfeim. Nawet dobrze, że Atari Teenage Riot nie grało na dużej scenie. Akustyka zamkniętego pomieszczenia działała na ich korzyść. Czuło się całym ciałem każdy beat i każdy dźwięk. Do tego ogłuszająca i pełna wrzasków muzyka (hałas?) oraz czysta energia, która biła od Aleca Empire, Nic Endo i MC CX Kidtronik oraz wściekle świecące stroboskopy.

Setlista:

1. Activate
2. The Only Slight Glimmer of Hope
3. Black Flags
4. Shadow Identity
5. Into The Death
6. Too Dead For Me
7. Atari Teenage Riot
8. Sick To Death
9. Rearrange Your Synapses
10. Is This Hyperreal?
11. Codebreaker
12. Blood In My Eyes
13. Speed
14. Start The Riot
15. Collapse of History
16. Revolution Action





Koncert Atari Teenage Riot uznaję za jeden z najlepszych tegorocznej M'era Luny. Do siebie doszedłem dopiero pół godziny po jego zakończeniu. Idąc ogłuszony od hangaru do centrum prasowego, z księżycem w pełni nad dużą sceną, mogłem dostrzec jak duży jest ten festiwal.

Siedziałem na tarasie przy centrum prasowym, gdy koncert ASP dobiegł końca. W dość efektowny sposób, ponieważ ostatnią piosenką było "Ich will brennen". Poza buchającymi co chwilę miotaczami ognia zespół postarał się o dwie kule ognia.

"Dobra – pomyślałem. Zobaczmy jak się prezentuje sobotni headliner hangaru – Patrick Wolf. Nie znałem tego projektu. Znów przemierzyłem cały teren festiwalu w poprzek i usadowiłem się w środku hangaru. 'Więc pokaż, Patricku, co potrafisz...'

...trzeba przyznać, że technicy szybko uporali się ze składaniem sceny dla Within Temptation, którzy mieli najbardziej okazałą scenografię. Podczas gdy pozostałe zespoły ograniczały się lub były ograniczone do flag i banerów oni przywieźli ze sobą własną, dwupoziomową scenę, ekran i nadbudówkę nad ekranem. I kurtynę. A jak zagrali? Fanom pewnie się podobało.





Niedziela.

I teraz niestety prognozy pogody się sprawdziły. Rozpadało się na dobre.

Niedzielne koncerty na dużej scenie zainaugurowali byli już członkowie And One, czyli berliński Pakt. To był ich debiut na scenie. Weszli na nią w asyście pań niosących czarne flagi i zagrali tyle kawałków, ile zdążyli nagrać, czyli:

1. Intro
2. Freiheit
3. Lichterloh
4. Angriff





Chcąc trochę się osuszyć schowałem się w hangarze. Nie tylko ja tak pomyślałem, bo w środku był niemały tłum. Na scenie prezentował się Formalin. Ale w końcu trzeba było opuścić jedno z nielicznych wolnych i suchych miejsc na terenie festiwalu i udać się pod scenę, gdzie właśnie panowie z The Beauty of Gemina przygotowywali się do występu. Z hangaru dalej było słychać imprezę na 140 BPM. Deszcz był lepszy – wyciągał z 500 BPM na metr kwadratowy.

W takiej scenerii przyszło grać Szwajcarom z The Beauty of Gemina, którzy grają mieszankę gotyckiego rocka z elementami elektroniki. Pod sceną las parasoli trzymanych przez osoby, których deszcze nie wystraszył.

Setlista:

1. Sacrificed to the Gods
2. The lonesome Death of a Goth DJ
3. Shadow Dancer
4. This time
5. Suicide Landscape
6. Dark Rain
7. Rumours





Pora znów się ukryć przed deszczem w hangarze. Trafiłem na Mirrors, które gra jak to określają Pop-noir. Elektronika, którą przyjemnie się słuchało.

Jest wpół do pierwszej. Zgadliście, deszcz dalej pada. Gdy już myślałem, że przez jakiś czas nie będzie nic ciekawego pogoda znalazła lukę w niemalże perfekcyjnej niemieckiej organizacji. Otóż zaczęła się zbierać woda na dachu głównej sceny i spływała ona na jego środek, gdzie po pewnym czasie powstało wybrzuszenie w poszyciu. W pewnym momencie poszycie dachu nie wytrzymało naporu wody i się rozerwało, przez co na scenie pojawił się mały wodospad. Wszyscy fotografowie zebrani w centrum prasowym nagle się poderwali do okien robić zdjęcia.

Jest po pierwszej. Pomału przestaje padać, a na scenie rozkłada się Coppelius. Zespół, o którym pierwszy raz słyszę. Grają rocka na instrumentach i stylizacji z końca XIX wieku, ale nie był to steampunk. Klarnety, wiolonczele.

Potem był Teufel w hangarze i Mono Inc. na dużej scenie. I Tyske Ludder na małej scenie.

Na Tyske Ludder poszedłem z ciekawości. Wiele razy ta nazwa obijała mi się o uszy, ale ciągle nie mogłem znaleźć czasu, by się z nimi bliżej zapoznać. I tak oto trafiła się okazja, by tą zaległość nadrobić.

Nie zawiodłem się. Koncert był porównywalny z występami Nachtmahr i Funker Vogt dzień wcześniej. Styl również w pewnym stopniu podobny, choć bliżej im do Funker Vogt niż Nachtmahr.





Setlista:

1. EUGENIX
2. Tempelberg
3. Wie der Stahl gehärtet wurde
4. Androgyner Held
5. Bastard
6. Wallfahrt
7. Canossa
8. Shokkz
9. Panzer
10. Merciless

Publiczność miała trochę zabawy podbijając rzucony w tłum balon w kształcie bomby.

Po Tyske Ludder szybko pobiegłem do kolejki po podpisy VNV Nation. W tym samym czasie na głównie scenie grało End of Green. Słyszałem ich jednym uchem i widziałem kątem oka. Nie przekonali mnie, bym obrócił głowę.

Czekając na Project Pitchfork trafiłem na występ Gothminister. Na dobry występ trzeba powiedzieć. Aż żal mi było opuszczać hangar, ale postanowiłem, że po średnio udanym koncercie w Bolkowie na Castle Party dam Project Pitchfork jeszcze jedną szansę. Może na rodzimej ziemi lepiej wypadają grając dla swojej publiczności.

Chyba byłoby lepiej, gdybym został na Gothministrze.

Panowie z Project Pitchfork zaczęli spokojnie, od intra i Continuum, by potem rozkręcić koncert Timekillerem. W połowie pierwszej zwrotki na scenę wbiegł Steve Naghavi z And One i dalej śpiewali ten kawałek w duecie. Świetny początek koncertu, który niestety z czasem robił się coraz słabszy. Zagrali mieszankę znanych i lubianych kawałków oraz nowych, ale nie było tego czegoś w ich występie.

Setlista:

1. Intro
2. Continuum
3. Timekiller
4. Souls
5. Beholder
6. Mine
7. Steelrose
8. Conjure
9. Endless Infinitiy
10. I Am
11. Fire & Ice
12. Existence
13. Lament

Szkoda.





Po Project Pitchfork na scenie zgodnie z planem zaprezentowali się panowie z VNV Nation. Dali moim zdaniem najlepszy koncert na M'era Luna 2011. Charyzmatyczny i pełen energii Ronan Harris z Markiem Jacksonem porwali do zabawy kilkunastotysięczny tłum zebrany pod sceną, który bawił się przy hitach Brytyjczyków jak i do nowych kawałków z najnowszej płyty.





I pomału zbliżamy się do końca tegorocznej edycji M'era Luny. Granie w hangarze zamykają Tiamat i My Dying Bride, natomiast na dużej scenie swój sprzęt rozkładał headliner festiwalu - Hurts. Hurts jak to Hurts – zagrali chyba wszystko ze swojej jedynej płyty. Bardzo profesjonalny koncert, którego przyjemnie się słuchało. Gdy zeszli ze sceny publiczność domagała się bisów i brakowało mi jednego z ich hitów. Najpierw na scenę wróciły tancerki, po czym na ostatni kawałek ich występu jak i festiwalu – Better than Love - weszli Theo i Adam.





Panowie z Hurts zeszli ze sceny i w tym momencie M'era Luna 2011 się zakończyła. Ekipy porządkowe zaczęły sprzątać teren, a uczestnicy festiwalu poszli na pole namiotowe dalej imprezować. W nocy się rozpogodziło, więc znów dało się podziwiać piękną pełnię księżyca, gdy niebo nad polem co jakiś czas rozświetlały fajerwerki.

Wszystkie setlisty zostały opublikowane dzięki uprzejmości zespołów, za co bardzo dziękuję:)

Strony:
Autor:
Tłumacz: murd
Data dodania: 2012-02-22 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: