AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
M'era Luna 2012


Czytano: 14106 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Festiwal muzyki gotyckiej M’era Luna prezentuje się na tyle atrakcyjnie, że za każdym razem wyciąga z domów ponad 20 tysięcy osób. Impreza odbywała się jak co roku na terenie lotniska w Hildesheim. Poza pasami startowymi znajduje się tutaj duże pole namiotowe, którego użytkowanie wliczone jest w koszty biletu. M'era Luna jest na pewno festiwalem dobrze zorganizowanym. Nienaganna infrastruktura, bogaty program, sprawdzone zespoły, zaopatrzenie i przyzwoicie przygotowana baza sanitarna - to wszystko jest tutaj dopięte na ostatni guzik. Festiwal przyciąga również dobrym i zróżnicowanym składem muzycznym. Propaguje muzykę w klimatach dark independent kładąc nacisk na gothic metal, rock gotycki oraz electro. Tradycyjnie na dwóch scenach, występuje ponad czterdzieści zespołów, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie.

PIĄTEK


Już pierwszego dnia festiwalu zauważyłam, że nie tylko koncerty są atrakcją dla wszystkich przybyłych. Całkiem sporym wzięciem cieszyło się festiwalowe miasteczko, w którym można było spędzić czas strzelając z łuku, bądź kuszy, porobić zdjęcia przy szubienicy i dybach, powylegiwać się w orientalnej kafejce przy dobrej fajce wodnej. Na zdjęciach z festiwalu widać, że w tym roku nie zabrakło również przebierańców, przechadzających się po deptakach w Hildesheim. Imprezowicze za każdym razem wymyślają coraz to oryginalniejsze stroje, zamieniając lotnisko na te parę dni w istną rewię mody. Gotycki styl oszałamia. Lateksy, skóry, koronki, seksowne kabaretki, buty na wielkich koturnach, szykowne ubrania inspirowane średniowieczem, do tego makijaż najczęściej wampiryczne odcienie czerwieni na ustach, ciemne oczy, blade twarze... można wymieniać wiele. Nawet jeżeli nie przepada się za muzyką, którą oferuje nam festiwal warto zaliczyć tę imprezę choćby ze względu na możliwość nawiązywania nowych kontaktów i spotkań ze znajomymi z poprzednich edycji festiwalu. Już pierwszego dnia było widać grupki przyjaciół przechadzających się swobodnie po terenie imprezy z piwem spędzając radośnie czas. Nie tylko spragnieni ale i zgłodniali śmiało mogli znaleźć coś dla siebie. Na teranie festiwalu sprzedawano bardzo dobre posiłki, pożywne, urozmaicone. Można było pysznie zjeść, bez obaw czekania w kosmicznych kolejkach. Godnym polecenia są zdecydowanie potrawy z prawdziwego pieca min. wypiekany ciepły chleb faszerowany np. fetą (do wyboru) to po prostu bajka dla podniebienia.
Wspomniane wcześniej miasteczko nocą obfitowało w dodatkowe atrakcje. Oprócz wszelakich występów na scenie, można było zobaczyć niesamowite fireshow przy akompaniamencie bębnów afrykańskich. Można było także wziąć udział w konkursach zespołowych organizowanych na terenie festiwalu, a także posłuchać fragmentów książek Markus’a Heitz, Chrysrian’a von Aster, Gesa Schwartz czytanych kolejno przez samych autorów (w języku niemieckim) Organizatorzy zadbali tutaj o szczególny klimat na sali. Nie zabrakło palących się świec i muzyki klasycznej granej na żywo. Po zakończeniu odczytów szybko i sprawnie przygotowano hangar pod imprezę klubową trwającą do białego rana. Dobrą muzykę zagwarantowali Ronny Moorings (Clan of Xymox), Honey (Welle: Erdball).

SOBOTA

Sobota przywitała nas piękną pogodą. Już od rana kręciło się sporo ludzi zarówno na polu namiotowym jak i pod sceną. Kilka osób przytargało ze sobą koce i siedziało na delikatnym wzniesieniu nieopodal sceny i w niemalże sielankowej atmosferze czekali na koncerty. M'era Luna od samego początku przypominała muzyczny piknik.
Jako pierwszy na dużej scenie zaprezentował się niemiecki zespół Symbiotic Systems następnie "swoich pięć minut" mieli kolejno Invaders oraz Grὒssaugust na małej zagościł Noyce TM rozbrzmiewając charakterystycznymi elektronicznymi bitami i ciekawą barwią głosu wokalisty. Zaraz później, bez żadnych opóźnień pojawił się Officers, JÄGER 90 - ciekawie poprzebierani, wokalista z ubraną charakterystyczną maską anonymous, muzycznie bez rewelacji. Pierwsze zespoły mnie nie zachwyciły, grali krótko, nie dając większego show i popisu swoich możliwości, ale na pewno rozruszali publiczność przed następnymi występami. Na większą uwagę zasługuje Heimataerde niemiecki electro-industrialny zespół z ciekawym motywem średniowiecznym, który bardzo szybko zgromadził pod dużą sceną sporą ilość widzów.. Zagrali zdecydowanie ostrzej, głośniej i z większym powerem niż poprzednie zespoły. Faderhead przyjemna dla ucha mieszanka pop, rocka, techno, house i transie. Zostali przywitani bardzo ciepło. Wypadli całkiem nieźle. fani zespołu cały czas bawili się przy ich setliście, którą serwowali przez dobre 40 minut.
Megaherz również nie zawiódł. Zespół miał tylko jedną wpadkę. Zaraz na samym początku. Zaczęli od hitu z pełną parą i energią, wokalista mocno gestykulował i wyginał się na scenie, niestety z powodu niepodłączonego mikrofonu w ogóle nie było słychać jego głosu. Usterka została szybko naprawiona. Mimo tego błędu nikt się nie zraził, rozległ się tylko ogrom oklasków. Nie zabrakło takich utworów jak "Miststück", "Heuchler" czy "Prellbock". Publiczność bawiła się rewelacyjnie.
Zaraz po Megaherz udałam się do Hangaru, aby zobaczyć POKAZ MODY. Wśród dostatecznie bogatej rewii wokół nie wywarł on na mnie zbytniego wrażenia. Kreacje były również prezentowane przez niemieckie modelki - to też mnie trochę zniechęciło. Stałam tam tylko przez jakieś 5 minut - po czym ze zdecydowaniem ruszyłam pod małą scenę. Okazało się, że była to bardzo dobra decyzja. Dużo nie straciłam, ponieważ zaczęli tam z nieznacznym opóźnieniem. Wśród dymu i delikatnego scenicznego oświetlenia pojawił się Rabia Sorda - solowy projekt Erka Aicraga. Na wstępie rozbrzmiały kawałki z albumu "Noise Diary". Na pierwszy rzut "This is the end". Zaraz później "Out of Control" przy którym publiczność śpiewała i klaskała. To był mój pierwszy, oglądany, ich występ na żywo. Nie omieszkam pojawić się na kolejnym, jeśli nadarzy się okazja.


Po nich udałam się tylko na trzy pierwsze kawałki Letzte Instanz, potem poszłam coś zjeść i pojawiłam się na kolejnych dwóch koncertach, tym razem swoich ulubionych zespołów. In Strict Confidence oraz Diary Of Dreams. Ten drugi na większej scenie 15 minut później, mały dystans pomiędzy dwoma scenami, sprawił, że mogłam spokojnie zobaczyć chociaż po części oba występy. Choć nie widziałam całego In Strict Confidence, udało mi się odsłuchać swoje ulubione kawałki. Szkoda tylko, że występ miał swoje minusy spowodowane bardzo dużymi usterkami przy nagłośnieniu. Mikrofon wielokrotnie piszczał, ale tylko przy "Seven lives". Na wokalu oczywiście, lubiany Dennis Ostermann oraz znana ze swojego niebiańsko brzmiącego głosu Antje Schulz. Tym razem wystąpiła w ślicznej długiej czarnej sukni. Ludzie bawili się nieźle, gdyż muzyka In Strict Confidence jest dobrze znana publiczności.


Na Diary Of Dreams tłumy były nieziemskie, publiczność skandowała i bawiła się wyśmienicie. Choć zespół grał w pełnym słońcu, które ich nieco oślepiało, dali radę. Zagrali czysto, bez fałszu i bez usterek. Widać było wysoki poziom i doświadczenie zespołu. Na żywo brzmią tak samo dobrze jak na płytach. Nie było nikogo, kto stałby w miejscu nieruchomo – wszyscy się kiwali, śpiewali i klaskali. Jak już wspomniałam nie zabrakło moich ulubionych kawałków, "The Wedding", "Butterfly Dance" oraz "Undividable".

Zaraz po nich na bocznej scenie Leaether Strip dał popis swoich możliwości. Ten duński, electro-industrialny projekt również zebrał pod sceną sporą publikę. Choć wokal do mnie nie przemawiał, zauważyłam, że fanów na ich koncercie nie brakowało.
Słońce powoli zachodziło, a upał nieco odpuścił, Fields Of The Nephilim zagrali swoją setlistę do końca, według mnie trochę przynudzali, miałam wrażenie, że ludzie przed dużą sceną bardziej pilnowali swoich miejsc przed kolejnym zespołem niż zachwycali się ich muzyką. Równo o 21:00 pojawił się Subway To Sally, w tym czasie kończył się na małej scenie występ De/Vision.

Ponieważ koncert tego pierwszego był urozmaicony w ogniste show warto się tu trochę bardziej rozpisać. Subway To Sally moim zdaniem trafił na dobrą scenę o dobrej porze. Na zewnątrz było już ciemno, a na scenie pojawiło się jak zwykle mnóstwo ognia. Od tych efektów zrobiła się iście gorąca atmosfera. Tym, którzy nie byli na ich koncercie, zdecydowanie polecam - dobre show, przy dobrej muzyce.
Po ich ognistym koncercie, razem ze sporą częścią publiczności udałam się pod małą scenę w oczekiwaniu na upragnione Suicide Commando. W końcu z minimalnym opóźnieniem przy dźwiękach "hate me" i ogromnym aplauzie publiczności na scenę wchodzi długo oczekiwany zespół. Warto dodać, że całość koncertu dopełniła wspaniała oprawa wizualna. W tle sceny znajdował się ekran na którym wyświetlano wizualizacje nawiązujące do treści utworów. Nad sceną zaś wisiały manekiny, razem z oświetleniem sceny i wspomnianymi wizualizacjami tworzyły specyficzną tajemniczą, aczkolwiek szokującą atmosferę. Setlista zawierała słynne już "See you in hell", "Desire",oraz "Hellraiser". Trzeba przyznać, że koncert Suicide Commando był jednym z tych, który wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie.



A jak wypadła gwiazda wieczoru? Mam na myśli brytyjski zespół Placebo. Tym razem wypadli całkiem fajnie. Muzyka brzmiała jak należy, wokal również. Oprawa wizualna też na plus. Ilość hitów które zaserwowali, pozwoliła zespołowi skompilować koncert na wysokim poziomie. Oprócz utworów ze starszych płyt i tych lansowanych z nowego krążka, można było usłyszeć również perełki grane w radiu. Podczas ich koncertu zawsze liczą się atmosfera, pozytywny przekaz, poczucie wspólnoty. Placebo to jeden z zespołów, którego każdy fan ma wrażenie, że gra specjalnie dla niego. Koncert Placebo nie był zakończeniem pierwszego dnia M’era Luny 2012, wszyscy chętni, którzy byli na siłach bawili się do białego rana na dyskotekach w Hangarze. (00.00-01.30 Feaderhead, 01.30-05.00 Martin Sprissler) Pole namiotowe w nocy również nie spało, przynajmniej jego większa część. Z każdej strony można było usłyszeć wołania zapijaczonym radosnym głosem: "HELGA!". Dowiedziałam się, że jest to tradycja tego festiwalu. A skąd się to wzięło i dlaczego - zostawię jako ciekawą zagadkę. Może komuś z Was będzie się chciało ją rozwikłać na najbliższej edycji festiwalu ;)




NIEDZIELA



Poranek przywitał nas niepokojąco ciepło, jednak chłodny wiatr, który pojawił się nieco później sprawił, że pogoda była idealna. Pod scenę dotarłam dopiero na Eklipse. Gdy szłam na ich koncert do końca nie byłam świadoma co to za zespół. Zaczęło się od miłego zaskoczenia. Muzyka instrumentalna. Czerwone skrzypce, altówka, wiolonczela i cztery seksowanie ubrane dziewczyny z wielkim talentem. To jest to! Ich muzyka zdecydowanie wprawiała publikę w trans. Już pierwsze nuty brzmiały jak poemat dla uszu! Oprócz coverów znanych utworów, zespół zagrał swoje kawałki. Gdy usłyszałam "Cry Me a River" zakochałam się! Przyjemna odmiana po wczorajszych koncertach. Zdecydowanie polecam! Wcześniejsze zespoły, których nie widziałam to Les Jupes na dużej scenie oraz przed Eklipse, zespół The Juggernauts na małej. Po koncercie szybkim krokiem poszłam pod dużą scenę, gdzie swój występ rozpoczynała Lahannya.



Zainteresowanie było niewielkie, ale nie dziwiło mnie to po całonocnych imprezach minionego dnia.
Póki nie było jeszcze zbyt dużego tłoku, postanowiłam przejść się na spokojnie po sklepach. Najpierw udałam się do Gothic Tower, które wraz z bazarem funkcjonuje przez całe trzy dni festiwalu. Gothic Tower koniecznie trzeba odwiedzić, zwłaszcza jeżeli szuka się czegoś naprawdę niepowtarzalnego. Można było tutaj nacieszyć oczy kunsztem i profesjonalną robotą wykonanych rzeczy, szczególną uwagę zwracały gorsety V-Couture – ręcznie zdobione, unikalne, budzące zachwyt. Podobnie Dracula Clothing wyjątkowe, eleganckie i pieczołowicie wykonane kreacje. Można było również kupić piękną biżuterię m.in. naszyjniki, pierścionki, broszki, kolie i kolczyki ręcznie robione ozdoby a także kosmetyki, perfumy, torebki. Szczególne pożądane były przedmioty, których próżno szukać w zwykłych sklepach. Wśród wystawców pojawiły się takie znane marki jak X-traX, Longtime Gothic, Gothmetic. Oczywiście nie zabrakło stoiska z płytami - duży wybór i przede wszystkim niskie ceny. Z okazji festiwalu można było nabyć wiele albumów po okazyjnych cenach. Z ciekawszych rzeczy, które warto opisać było jeszcze miejsce, obok, którego nikt nie przeszedł obojętnie. Mam na myśli stoisko, gdzie każdy uczestnik festiwalu, mógł za 90 euro wyrobić sobie profesjonalne nakładki na zęby przypominające kły wampira. Nie dziwi mnie fakt, że taki dodatek cieszył się wysokim zainteresowaniem.
Jakość oferowanych produktów i ilość wystawców sprawia, że ten festiwal jest niewątpliwie rajem dla miłośników gotyckiego stylu. Przydatną informacją może być to, że warto wcześniej ze sprzedawcą porozmawiać, a duży upust jest wprost gwarantowany (zwłaszcza ostatniego dnia festiwalu!)



Zdążyłam obejść wszystkie stoiska gdy na małej scenie zaprezentował się Down Below. Niesamowicie sympatyczny zespół, który dał pełen energii koncert. Niewątpliwie panem i władcą sceny, był wokalista, którego każdy energiczny ruch, nawet drobny gest, publiczność nagradzała entuzjastycznymi okrzykami i brawami. Nie obeszło się też bez rzucenia w publikę pałeczek od perkusji. Niestety w pomieszczeniu było duszno od dymu papierosowego, dlatego kilka osób miało problem z wystaniem podczas koncertu. Odetchnęłam świeżym powietrzem dopiero na Faunie który zagrał zaraz później. Ich nie trzeba przedstawiać. Myślę, że akustyczne instrumenty, potężne brzmienie bębnów i piękny wokal są wszystkim dobrze znane. Jak zwykle nie zabrakło energicznych pląsów i podskoków zgromadzonej pod sceną publiki. Piwo się aż wylewało ;)



Z niedzielnych koncertów opuściłam występ Lacrimas Profundere, a Absolute Body Control widziałam zaledwie przez jeden kawałek. The Beauty Of Gemina jak dla mnie nic ciekawego, muzycznie też mnie nie zafascynowali swoim występem. Możliwe, że mam takie odczucia również z powodu braku ich kontaktu z publicznością, która zdecydowanie nudziła się podczas koncertu.



Co innego można powiedzieć o Welle:Erdball - rewelacja! Nie dość, że muzycznie byłam mile zaskoczona (z powodu użycia komputera Commodore 64 jako instrumentu muzycznego i syntezatora mowy) to jeszcze co chwilę coś się działo - do tego stopnia, że zespół podczas występu zmieniał nawet kreacje. Nie zabrakło baniek mydlanych, konfetti i wielkich balonów wyrzuconych ze sceny na publiczność. Ich koncert można określić mianem porządnej imprezy, która porwie nawet największego sztywniaka. Po Welle:Erdball przyszedł czas na natchnione dźwięki Amduscia, następnie Schandmaul, Rotersand, ukochany przez Niemców Eisbrecher (nie obeszło się bez jodłowania;)), KMFDM oraz New Model Army. Po tym jak pojawił się Hocico rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo. Może i byli przewidywalni oraz nie wypadli tak dobrze jak na Castle Party 2012, ale i tak dali bardzo dobry koncert.



Na koniec fesiwalu dużą scenę opanował medieval metal - czyli In Extremo. Legendarna grupa z Berlina udowodniła, że czas nie zniszczył dawnych przebojów i nadal brzmią świeżo i porywają. W ich repertuarze znalazły sie znane średniowieczne utwory pochodzące z Carmina Burana (Nymphenzeit, Omnia Sol Temperat) oraz ówczesnej poezji jak np. Palestinalied (utwór wykonywany również przez Adaro i Qntal), czy Herr Mannelig.



Wieczorem było już zimno, ale w nocy temperatura zdecydowanie jeszcze opadła. Spanie na polu namiotowym udało się wytrzymać dzięki przytulaniu się pod dwoma kocami. Dlatego nie było aż tak źle, wręcz przeciwnie ;) Z rana, pole namiotowe bardzo szybko opustoszało, około 11:00 wracaliśmy już do Poznania. Festiwal do dzisiaj bardzo miło wspominam. M’era Luna to nie tylko impreza muzyczna, ale również porywające koncerty, pochłaniające uwagę konkursy oraz wspaniała rewia mody. Jest to raj dla osób, które lubią się nietuzinkowo ubierać. Jest to na pewno festiwal warty odwiedzenia. Prawdę mówiąc ciężko wypomnieć jakieś minusy. Całość organizacji zadowalająca i z pewnością można ją stawiać za wzór dla innych festiwali. Wszystkim, którzy nie byli, pozostaje czekać na następny festiwal. Wybierzcie się koniecznie, bo warto przyjechać do Hildesheim, nawet jeśli nie lubi się takiej muzyki, zapewniam, że jest na co popatrzeć, a wspomnienia na pewno utkwią w pamięci na długo.

Strony:
Autor:
Tłumacz: kantellis
Data dodania: 2012-09-29 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: