AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Seesar - Flight of Raphtontis


Czytano: 1611 razy

69%


W opowiadaniu "W górach szaleństwa" H. P. Lovecrafta styl malarstwa Starszych Istot w jego najświetniejszym okresie porównywany jest do dzieł niektórych futurystów. Nie dziwi więc fakt, że to Luigiego Russolo, futurystę właśnie i prekursora muzyki noise, którego sztuka rozwijała się w czasie literackiej aktywności Samotnika z Providence, wskazuje Seesar obok twórcy Cthulhu na swojego inspiratora. Duchy obu postaci – przełomowych – spotykają się we "Flight of Raphtontis", plugawym dark ambientowym odzwierciedleniu fikcyjnych praludzkich koszmarów.

Wydaje się, że swój rzeczywisty dyplom etnomuzykologa Will Connor zdobył na uniwersytecie Miskatonic. I choć nie może to być prawdą, sama koncepcja jest pociągająca. Alternatywne podania, "pradawne" mity i rytuały, jakby określił je Howard Phillips - "odrażający" folklor – wyczytane w "Necronomiconie" z łatwością mogłyby okazać się tematem jego pracy doktorskiej, a jego pierwszy album – efektem badań hiperborejskich i egzotycznych wierzeń mających źródło na Płaskowyżu Leng i arabskich pustyniach.

Faktycznie, część prezentowanych perkusyjnych rozwiązań powstała podczas studiów uniwersyteckich autora. A są to rozwiązania nietypowe: rower, zawiasy, pokrywy garnków. Daje to efekt symptomatyczny dla narratorów opowiadań Lovecrafta, którym towarzyszy zawsze przeczuwana, znajoma podświadomości, ale świadomości obca groza – w przypadku słuchacza do skołowania umysłu przyczyniają się niezwyczajne, znane-obce instrumenty w otoczeniu tradycyjnych, zyskujące w złowieszczych pejzażach na sile. Wyraźnie te perkusyjne ekstrawagancje słychać w kompozycji tytułowej – przełożeniu trzepoczącego skrzydlatego terroru – oraz w "Nyralathotep".

Od miarowego niepokoju, przyczajonego horroru (któremu jednak towarzyszy z czasem narastająca panika, ogniskująca się pod koniec na dźwiękach zgoła zwyczajnych, tak jak bohaterowie nowel H.P.L. niemal tracą w ostateczności zmysły na skutek obecności w niewiarygodnym miejscu codziennych zjawisk), od tego niepokoju w "Elder Things Below Kharkov Station" po pełzający przez zgrzyty chaos – napięcie w każdym utworze trzyma do końca, miejscami - jak w "The Grease of Tsathoggua" - pozwalając na osiągnięcie przez słuchacza szczytów przerażenia. Dzieje się to tu szybko. Przez złożoną polifonię ekstremalnie zróżnicowanych tembrów hałasu, przeraźliwe wycie wiatru w lodowych wierzchołkach odkrywa stopniowo inne, bardziej uzasadniające strach odgłosy: ciche warczenie, odgłosy jęków z głębin, tąpnięć, skrobań, coraz silniejsze i szybsze, im dalej w głąb podziemnych korytarzy, z których wnętrza wypływa ze świstem cuchnące powietrze, w końcu świergot i trzepot zmuszające do histerycznej ucieczki przez ciemności oraz ostatnie ciężkie kroki polującej istoty pozostawionej w tyle, w otchłaniach ziemi.

Jak widać, dr. Willowi Connorowi udało się stworzyć nie tylko perfekcyjną muzykę ilustracyjną, ale też odrębny twór, który mieści się i rozwija w Lovecraftowej mitologii. Charakterystyczny rytm opowiadań tego klasyka grozy znajduje odzwierciedlenie w kompozycjach, a sama literatura odbija się w dźwiękach jak w lustrze. Seesar nie tylko bezpośrednio odnosi się do niej przez tytuły i mroczne ambientowe ilustracje, ale nakłada na swoje dzieło atmosferę i postawy typowe dla jej czytelników i bohaterów – dążących do niezgłębionego mimo oczywistego zagrożenia, przyciąganych przez nie. W tym przyciąganiu pomaga Seesarowi hipnotyczny trans, w jaki wprawia, wspomagany niekiedy przez rytualne bębny i struktury – jak w obu częściach "Call to the Festival"- połączonych bluźnierczym, trupim sakramentem i pochodem – czy w "Worshipping R'taq" z procesją, podczas której powtarza się monotonny, prymitywny motyw podkreślany mocniejszymi uderzeniami. Nawet konkretniejsze dźwiękowe wizje w ostatniej wspomnianej kompozycji pozostają na tyle niewyraźne i mgliste, że intrygują i zaprzęgają do pracy całą wyobraźnię.

Całkowicie z wyraźnej rytmiki na rzecz potwornych ambientowych przestrzeni rezygnują mniej uchwytne, toczące się powoli koszmary "Child of Yig" i "What the Moon Brings". Chory, trawiony gorączką oniryzm ujawnia się w pełni w "Jewel of Dylath-Leen". Piaskowe burze, wyciszone bębny z tyłu czaszki wygrywające zbliżającą się z nieba zagładę w przebraniu – to wszystko tu słychać.

Lovecraftowy w formie, lovecraftowy w treści projekt powtarza jednak to, co tylko Lovecraftowi może się upiec – opowiadania łączył ten sam przeładowany styl, ale i spore wspólne fragmenty. Odwołania do nich mogą przyzwyczajać do zbytniej powtarzalności. To jeszcze nie Kadath, ale Raphtontis w swoim locie wznoszą się dość wysoko.


Tracklista:

01. Call to the Festival 01
02. Child of Yig
03. The Grease of Tsothoggua
04. What the Moon Brings
05. Call to the Festival 02
06. Elder Things Below Kharkov Station
07. Flight of Raphtontis
08. Jewel of Dylath-Leen
09. Worshipping R'taq
10. Nyralathotep in Ten Secs
Autor:
Tłumacz: hellium
Data dodania: 2015-01-31 / Recenzje muzyki


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: