AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
VII Wrocław Industrial Festival


Czytano: 8022 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Na tegoroczną, tym razem 7dmą edycję Wrocławskiego Festiwalu Industrialnego wybrałam się z zaciekawieniem i ekscytacją, zastanawiając się czym zaskoczą nas w tym roku organizatorzy imprezy oraz zaproszone zespoły. Pomimo tego, że dane mi było usłyszeć tylko sobotnie i niedzielne koncerty, wrażeń było pod dostatkiem. Wrocławska Sala Gotycka zgromadziła zróżnicowanych muzyków, jak również publiczność. Nie można było nie zauważyć sporej ilości obcokrajowców, przybyłych specjalnie aby nacieszyć uszy industrialnymi dźwiękami. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie przyjechali na darmo, gdyż poziom tegorocznej edycji był dosyć wysoki. Nie zabrakło zespołów z wyższej półki, tak samo jak i tych mniej ciekawych. Sam organizator imprezy, Maciej Frett poproszony o komentarz, twierdzi że tegoroczna edycja Wrocławskiego Festiwalu to: " najbardziej udana pod względem frekwencji (w tym masa gości zza granicy), headlinerow i poziomu artystycznego edycja;-)"



Sobotnie występy rozpoczęli gospodarze imprezy - Job Karma. Job Karma to rodzimy, wrocławski zespół, w którym stroną muzyczną zajmują się Maciej Frett i Aureliusz Pisarzewski, natomiast nad stroną wizualną czuwa Arek Bagiński. Panowie z Job Karmy w swojej twórczości łączą muzykę industrialną oraz ambient, wzbogacając swoje występy o elementy wizualne. Jako projekt audiowizualny, łączący muzykę ze sztuką performance, analogowo-cyfrowe oraz transowe brzmienia, tworzą jeden z ciekawszych zespołów polskiej sceny muzycznej. Podczas tegorocznego festiwalu fani zespołu mieli okazję posłuchać na żywo utworów z dwóch ostatnich płyt grupy: "Strike" oraz "Tschernobyl", urozmaiconych efektami wizualnymi. Gościnnie z zespołem wystąpił również Thom Fuhrmann (Savage Republic). Pozwolę sobie dodać, że występ był naprawdę udany i od razu ustawił wysoką poprzeczkę dla kolejnych wykonawców.



6633 North, to drugi z kolei zespół który pojawił się sobotniego wieczoru na scenie w Sali Gotyckiej. Thom Fuhramnn oraz Alan Waddington z legendarnej formacji Savage Republic, zaprezentowali utwory utrzymane w odmiennej konwencji niż ich poprzednicy, zmierzającej raczej w kierunku noise rocka. Tym razem analogowe i cyfrowe brzmienia zastąpione zostały dźwiękami perkusji i gitary. Nie zabrakło także utworów z repertuaru Savage Republic. Występ tej Amerykańskiej grupy, gorąco zresztą przyjęty przez publiczność, to w dużej mierze improwizacja. Gitarowe improwizacje Thoma Fuhrmanna oraz pełen dynamizmu i ekspresji występ Alana Weddingtona na perkusji, nie pozostały bez oddźwięku ze strony publiczności, która to wywoływała muzyków na bis gromkimi brawami. Pomimo improwizacji, jaka przeważała w występie tego duetu, dało się usłyszeć takie utwory jak: "After the Leaves", "Gamelan Miner", "Swordfighter" - który to jak twierdzi sam Thom Fuhrmann, pojawi się na nowym singlu Savage Republic, oraz inne utwory wplecione w występ, między innymi "Procession" oraz "Hanging Garden".



Muszę przyznać ze sobotnie występy były naprawdę zróżnicowane. Dowodem na to jest kolejny artysta, który z kolei słynie z improwizacji oraz łączenia ze sobą elementów z pogranicza surrealizmu, minimalizmu oraz przede wszystkim muzyki eksperymentalnej. Andrew Liles, nie zawiódł i tym razem swoich fanów. Tak jak improwizacja zdominowała występ 6633 North, tak i Andrew Liles postawił z kolei na eksperymentalizm. Eklektyczna i momentami absurdalna, a nawet mroczna muzyka wprawiła publiczność w stan bliski hipnozie. Pomimo, że twórczość tego Brytyjskiego artysty nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, naprawdę warto było posłuchać tego występu na żywo.



Po poprzednim hipnotycznym koncercie, nadszedł czas na równie hipnotyczną ale równocześnie kojącą i zarazem niespokojną muzykę Blind Cave Salamander. Ten włoski zespół, w którym udziela się również amerykańska wiolonczelistka- Julia Kent, dopiero w 2007 roku wydał długo oczekiwany debiutancki krążek "Self-Titled". To chyba zespół, który tego dnia najbardziej przypadł mi do gustu. Połączenie elektroniki z dźwiękami gitary oraz elementami muzyki klasycznej, naprawdę zdaje egzamin. Niekonwencjonalne dźwięki wydobywane momentami przez Julię Kent ze swojej wiolonczeli, w połączeniu z wokalem oraz gitarą Fabrizio Modonese Palumbo, oraz muzyką industrialna, dawały niesamowity efekt. Blind Cave Salamander, w składzie: Julia Kent, Fabrizio Modonese Palumbo oraz Paul Beauchamp, tworzy nastrojową, oryginalną, nieprzewidywalną a także poruszającą i jednocześnie niepokojącą muzykę, która przenosi słuchacza gdzieś w odległe wymiary. Naprawdę gorąco polecam.



Jako zwieńczenie wieczoru wystąpiła długo oczekiwana, legendarna formacja - Nurse With Wound. NWW tworzy już od 1978 roku i może się poszczycić sporą płytoteką - około 30 płyt. Podczas Wrocławskiego Industrialnego Festiwalu, NWW pojawiło się w składzie: Steve Stapleton, Colin Potter, Matthew Waldron, Andrew Liles. Występy NWW to jedyne w swoim rodzaju przedstawienia. Nie tylko muzyka Nurse With Wound może się poszczycić oryginalnością ale również cała oprawa artystyczna, która to niejednokrotnie łączy elementy surrealistyczne oraz absurdalne. Różnorodność dźwięków, instrumentów, niekonwencjonalnych elementów wizualnych sprawiają, że nie jest to muzyka dla każdego. Bez wątpienia jest to zespół który obowiązkowo trzeba zobaczyć i usłyszeć na żywo. Dla tych którzy opuścili tegoroczny występ NWW, nie będzie to łatwe zadanie, gdyż koncerty tej brytyjskiej grupy nie odbywają się zbyt często. Wśród zagranych utworów, obok tych które jeszcze nazw nie posiadają, znalazły się: "Black Teeth", "Funktion of The Hairy Egg" oraz "Rock and Roll Station".

Niedzielne wydanie festiwalu odebrałam zdecydowanie mniej entuzjastycznie, co nie znaczy ze nie było warto. Zdecydowanie mniej było improwizacji, eksperymentów muzycznych oraz sztuki performance, a więcej jednostajnych, równych dźwięków i rytmów oraz elementów muzyki techno.



Słowacki projekt Disharmony, który powstał w 2001 roku, pojawił się jako pierwszy na scenie. Koncert tego zespołu, który rozpoznawalny jest dzięki minimalistycznemu brzmieniu, był zupełnie przyzwoity. Dość przejrzysta, żywa i harmonijna muzyka, wzbogacona o wizualne elementy, takie jak maski przypominające te faraońskie z Egiptu, stworzyły dość oryginalną atmosferę. Lista zagranych utworów przedstawia się następująco: "Tombstone", "Drops of dust", "Uraniom", "Travel", "Deeper", "Astral border", "Gone in silence", "Nautilus", "Uranium", "Life".



Występ Vladimira Hirscha, który pojawił się na festiwalu zamiast Camerata Mediolanense, odbiegał znacznie od żywej i dynamicznej atmosfery niedzielnych występów. Ten czeski instrumentalista oraz uznany kompozytor industrialno-klasycznych form dźwiękowych zaprezentował utwory z pogranicza muzyki dark ambient i noise. Na Wrocławski Festiwal, wybrał album "Symphony no.4 - Descent from the Cross", składający się z następujących części: Part I: After Expiry, Part II. Night Under The Cross, Part III: The Descent, Part IV: The Pass From Golgotha., Part V: Entombment, Part VI- Apotheosis, Part VII: Epilog (Marcus VI/16).



Gdy na scenie pojawił się kolejny zespół, publiczność, która zapadła w stan letargu podczas występu Vladimira Hirscha, odzyskała wszelakie siły witalne. Empusae to jednoosobowy projekt z Belgi, którego członkiem jest Sal-Ocin. Najlepszy opis muzyki Empusae, podaje broszura WIFu: "Empusae żongluje surrealistyczną strukturą, która pulsuje i uderza w obsesyjnym tempie. Ta muzyka jest sugestią linii montażowej, pracującej w rytmie zegara. Wprowadza napięcie nawiedzonego krajobrazu muzycznego i zapada głęboko w pamięć nie pozwalając o sobie zapomnieć." I rzeczywiście, to chyba jedyny występ, podczas tegorocznego festiwalu, który naprawdę poruszył publiczność, która w jakimś nieopisanym transie opanowała cały parkiet. Niesamowicie energiczny i zarażający optymizmem występ. Mimo wszystko, mnie ten występ jakoś specjalnie nie zachwycił, podobne jak i większość występów tego dnia, ale trzeba przyznać, że ten belgijski muzyk potrafi przyciągnąć szerszą publikę i zarazić do zabawy.
Track list: "Waanzin", "Hatred of the trees", "Ekro-alakin", "La puissance (formes de)", "Hard boiled wonderland", "Entering oblivion", "Seygot", "Urficae".



W podobnej konwencji utrzymany był następny koncert, tym razem francuski projekt - OIL 10. Zasadniczą różnicą pomiędzy tymi dwoma występami, jest to, że Gilles Rossie łączy skutecznie muzykę ambient i techno (skutecznie, ponieważ nogi same rwały się publiczności do tańca). Tak jak i w przypadku poprzedniego wykonawcy, tak i tu, nie jest to muzyka której słucham na co dzień, ale wydaje mi się, że występ równie przyzwoity jak i poprzedni.
Track list: "Synchro 4 All", "High Adventure", "Happy Mondays", "Lost in Metropolis", "Grand Illusion", "XFleet", "Le Bar".



Jako ostatni występ podczas VII edycji Wrocław Industrial Festiwal, miałam okazję zobaczyć i posłuchać szwedzkiej grupy - In Slaughter Natives. Sczerze powiedziawszy, nie miałam wcześniej styczności z muzyką Jouni Havukainena, ale przyznaje że muzyka bardzo charakterystyczna i na pewno nie dla każdego. Jak przystało na Cold Meat Industry, wydaje ona płyty muzyków awangardowych, z kręgów industrialnych i tak jak w przypadku ISN dark ambient i noise. Występ In Slaughter Natives był chyba najbardziej mroczny, apokaliptyczny i posępny, utrzymany w stylistyce co najmniej jakiegoś pogańskiego rytuału. Hipnotyczna i posępna muzyka z pogranicza jawy i snu, w połączeniu z syntezatorami, transowymi a nawet nawiedzonymi chórami, zapada na dobre pamięć.
Lista utworów zagrany podczas WIF: "Pure… the suffering", "Truth awakening", "Fifth skin", "Purgate my stain", "To mega therion", "You are the dead", "As my shield", "Tearing my life away", "Ashes of angels", "Death just only death", "Blood testural", "Clean cathedral", "The Vulture".

Jako podsumowanie dodam jedynie, że Wrocław Industrial Festiwal, jako przedsięwzięcie, to strzał w dziesiątkę. Organizacja, atmosfera i klimat naprawdę 10 na 10. Co do zespołów, to już kwestia gustu. Wydaje mi się, że poziom ogólnie dosyć wysoki. Nie zabrakło legendarnych grup, które przyciągnęły sporą publiczność, jak również tych, które przyjęłam mniej entuzjastycznie. Na całe szczęście było parę naprawdę pożądnych zespołów, których członkowie dali z siebie wszystko. Nie wystarczyło mi jednak determinacji aby dotrwać do końca. Koncerty kończyły się późno w nocy, a po paru godzinach przy muzyce, która momentami była tak mało zróżnicowana, czułam się za bardzo wykończona, żeby o godzinie 2giej w nocy mieć jeszcze siły na after party. Teraz pozostaje nam poczekać aż opadną emocje oraz przygotowywać się na kolejną, ósmą edycję festiwalu z nadzieją, że będzie jeszcze lepsza, czego i wam i organizatorom serdecznie życzę.

Strony:
Autor:
Tłumacz: agnes
Data dodania: 2008-11-28 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: