AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Wave Gotik Treffen 2011


Czytano: 10036 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

W tym roku, ze względu na pokaźną ilość zespołów w line-upie WGT, z okazji 20-lecia istnienia wydarzenia, festiwal rozpoczął się dzień wcześniej. Niestety, w festiwalu mogliśmy uczestniczyć dopiero od piątku, także straciliśmy cały dzień koncertów. Aby umożliwić występy tylu zespołom, festiwal rozrósł się niesamowicie, przez co koncerty odbywały się w kilkunastu miejscach w całym mieście. WGT to wydarzenie charakteryzujące się koniecznością podejmowania ciężkich wyborów: przy tylu fantastycznych formacjach trzeba wybierać, co konkretnie chce się zobaczyć, jako że koncerty odbywają się równocześnie na wielu scenach.

Piątek postanowiliśmy spędzić w Agra Halle, gdzie miały się odbyć koncerty największych gwiazd tego wieczoru.

Na rozpoczęciu festiwalu mogliśmy zobaczyć zespół 18 Summers, który pojawił się na scenie ze wspomnianej wyżej okazji 20-tej edycji festiwalu. Z tego co mi wiadomo, to zespół nie grał na scenie od dłuższego czasu i można było zauważyć niewielką tremę wszystkich członków grupy. Sam występ również nie należał do tych z serii wysoce wybuchowych, był raczej spokojny i stonowany. Najważniejszym był fakt, iż zdecydowanie przypadł do gustu licznie zgromadzonej publice.



Gothminister zjawił się na scenie po krótkiej przerwie technicznej, rozpoczynając swoje show w iście szatańskim stylu. Świece dymne, sztuczne ognie oraz wyrzutnie ognia wybuchały co chwila, podkreślając moc muzyki. Publika szalała, wprawdzie trochę mniej niż wykonawcy na scenie, jednak ogólny zachwyt był widoczny i odczuwalny. Mieliśmy okazję wysłuchać klasycznych hitów takich jak "Happines In Darkness", "Devil" czy nawet "Forgotten". Koncert musiał wywrzeć ogromne wrażenie na mocach piekielnych, gdyż ostatecznie na scenie pojawił się gigantyczny diabeł we własnej osobie i zatańczył do ostatniego utworu zespołu!



Czy Mozart ze swym Umbra et Imago się starzeje? Trudno powiedzieć. Przez większość występu miałem takie wrażenie, pamiętając obsceniczne show, jakie zespół zwykł serwować nam na każdym swoim koncercie. Tym razem występ był wyjątkowo grzeczny, a przynajmniej jego duża część, ponieważ "sceniczne porno" odbyło się dopiero podczas ostatniego, kulminacyjnego utworu "Amadeus". Pomijając ten drobiazg, zespół muzycznie wypadł świetnie. Mozart fantastycznie nawiązywał kontakt z publiką, która szalała bezustannie. Ostatecznie występ uważam za udany, mimo jego skromniejszej niż zwykle oprawy scenicznej.



"We make ritual noise" - takimi słowami wypada określić występ szwedzkiego Covenanta. Można by rzec iż Eskil wraz z Danielem Mayersem i nowym klawiszowcem byli na koncercie w szyczytowej formie. Na wypełnionym po brzegi parkiecie nie było osoby, która pozostałaby niewzruszona - publiczność w pewnych momentach dosłownie wprawiała halę koncertową w rezonans. Nie ma się czemu dziwić, Eskil zaprezentował naprawdę dobry set znanych i lubianych piosenek, takich jak "Bullet" czy "Ritual Noise", na dodatek serwując nam nową kompozycję z nadchodzącej płyty. Na sam zaś koniec koncertu dostaliśmy "Call ships to the port". Pełnię szczęścia zamknął utwór "Dead Stars" w nowej, nigdy dotąd nie prezentowanej wersji, został wykonany jako bis. Mogę śmiało powiedzieć, iż był to najlepszy koncert Covenanta, jaki dotąd widziałem.



Ukoronowanie wieczoru ustanowił koncert Alexandra Veljanova i jego projektu Deine Lakaien. Agra Halle pękał w szwach od ilości widzów, drugie tyle oczekiwało przed halą, aby się dostać do środka. Patos i duma wyciekały hektolitrami ze sceny. "Over and Done" i cała reszta hitów na pewno usatysfakcjonowały nawet najwybredniejszego fana tego zespołu. Daine Lakaien wielokrotnie zbierało długie i gromkie brawa,na które absolutnie zasłużyli.




Tradycyjnie, jak co roku zresztą, musiało zacząć padać. Całą sobotę mieliśmy na przemian słońce z deszczem lub jedno i drugie równocześnie ;)

Ten dzień również spędziliśmy w Agra Halle. Na pierwszy ogień poszedł projekt Daniela Mayersa o nazwie Destroid. Przez wspomnianą nieciekawą pogodę widzowie schodzili się przez cały koncert, a warto było, ponieważ było czego posłuchać. Destroid jest prawdopodobnie najbardziej udanym projektem Meyersa. Mieliśmy okazję poskakać w rytmie zagranych kawałków. Występ udał się wybornie i można nawet przymknąć oko na problemy techniczne w postaci uszkodzenia mikrofonu podczas jednego z utworów - Meyers szybko zamienił mikrofony tak, że tylko fragment utworu pozostał "niemy", a publika i tak była zadowolona, bo Destroid zebrał sporą garść oklasków.



Agrezzior to typowy przedstawiciel sceny EBM. Niestety, w porównaniu z innymi zespołami jego pokroju, Agrezzior wypada poniżej średniej. Wokalnie nie jest źle, jednak muzycznie nader słabo - przynajmniej w występie na żywo, ponieważ wyraźnie było słychać, że perkusista gubił się w wybijaniu rytmu. Patrząc na reakcję publiki mogłem się utwierdzić w przekonaniu, iż nie tylko ja mam takie odczucia.



Z Faderheadem mam zawsze problem, ponieważ osobiście uważam ich za kiepski zespół, który jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wiele osób lubi i sobie ceni. Widząc koncert, podczas którego muzyka odgrywana jest za pomocą laptopów, a troje ludzi bardziej zajmuje bieganie po scenie, niż choćby obsługa urządzeń, bynajmniej nie mogę mieć o nich dobrego zdania. Zespół zagrał większość hitów ze swojego repertuaru, takich jak "Dirty Girls", "TZDV" czy "Destroy, Improve, Rebuild", które zostały przyjęte radosnym krzykiem i brawami. Dla tej kapeli do Agra Halle przyszło kilka tysięcy osób, które bawiły się znakomicie. Kicz jednak stale przemawia do niektórych gustów.



Feindfluga nikomu nie trzeba przedstawiać. Każdy fan elektro-industrialnych brzmień zna i/lub szanuje ten sześcioosobowy projekt. O koncercie mogę pisać tylko w superlatywach, ponieważ Feindflug fantastycznie gra, robi świetne show i, pomimo braku tekstów w utworach, a co za tym idzie jakiegoś określonego frontmana, utrzymuje świetny kontakt z publiką. Podczas występu usłyszeliśmy "Ak-47", "Truppenshau" i całą resztę hitów, a set został standardowo zakończony "Stukas im Visier", który to utwór wykończył tych nielicznych reprezentantów kilkutysięcznej publiki, którym pozostały resztki sił po harcowaniu w rytm wcześniejszych kompozycji. Zresztą, kto choć raz widział tą formację na żywo, ten wie o czym piszę, reszta musi to przy najbliższej okazji nadrobić!



W czasie przerwy między występami poszczególnych zespołów nastąpiła olbrzymia rotacja ludzi, kilkutysięczna hala na chwilę prawie opustoszała! Po kilkunastu minutach oczekiwania na scenie pojawili się wielcy gatunku EBM. Front 242 dał rewelacyjny koncert i pokazał, że pomimo wieku jego członków, nadal mają oni EBM'mowego "pazura" i dają z siebie naprawdę wszystko! Niestety, tak dobry show musiał zostać przerwany w prozaiczny sposób... problemy techniczne, z którymi zespół borykał się od początku koncertu w końcu wzięły górę i grupa w pewnym momencie zwyczajnie wyłączyła sprzęt i zeszła ze sceny. Po 20 minutach Fronci jednak powrócili, aby kontynuować swój show. Reszta koncertu odbyła się już bezproblemowo i, początkowo nieco zawiedzeni fani, dostali wymarzoną dawkę hitów.




Alfred Hitchcock powiedział, że dobry thriller powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a następnie napięcie powinno rosnąć. To samo stwierdzenie można przyrównać do naszego pobytu w Werk II w niedzielne popołudnie.

Koncertowy wieczór otworzyła nieznana mi do tej pory formacja Moctan, która okazała się wspomnianym wyżej wstrząsem. Świetny czterdziestominutowy live-act zdołał poruszyć całą zgromadzoną publiką. Czysto industrialne brzmienie, potężny bas, ciężki i dynamiczny rytm przenikający ciało i powodujący dreszcze na plecach. Po prostu fantastyczne rozpoczęcie wieczoru!



Napięcie rośnie! Jako drudzy na scenie pojawili się dwaj panowie tworzący razem projekt o nazwie 13th Monkey, z miejsca podejmując temat dynamicznego industrialnego brzmienia, któremu początek dał show Moctan. Jeszcze ostrzej, jeszcze lepiej, jeszcze mocniej. Po tych szalonych 40 minutach większość ludzi ociekała potem... W zasadzie nie ma co się dziwić...



Napięcie dalej rośnie! Power noise'owy 100blumen jeszcze bardziej zwiększył tempo, do tego stopnia, iż w ciągu koncertu część publiki opuściła salę, aby nabrać tchu i się ochłodzić; tempo narzucone przez zespół było w istocie nie do wytrzymania dla normalnego człowieka. Nie zmienia to faktu, iż projekt wypadł równie dobrze jak dwa poprzednie, a może nawet odrobinę lepiej, ze względu na obecność w dwóch końcowych utworach gitary - może niekoniecznie w standardowy sposób (co widać na zdjęciach), lecz, tak czy inaczej, możemy zaliczyć ów fakt do plusów.



Noisex potrzebował sporo czasu, aby się rozkręcić, stąd pierwsza część była nieco bardziej spokojna w porównaniu z wcześniejszymi kapelami, natomiast końcówka była naprawdę gorąca. Ostry power-noise podniósł temperaturę zarówno na scenie, jak wśród publiki, bezskutecznie usiłującej dotrzymać tanecznego kroku szalonemu tempu zespołu.



Gdyby połączyć doskonały power-noise ze schizofreniczną wizualizacją i całym show scenicznym, jaki byłby rezultat? Można to opisać dwoma słowami: Marita Schreck. Kapitalnie zrealizowany live-act został połączony z doskonałą oprawą sceniczną, w połączeniu dało niecodzienny koncert, w jakim rzadko ma się okazję uczestniczyć. Zespół zebrał gromkie brawa i szkoda, że nie miał możliwości bisować: tak nagłe wyrwanie z muzycznego transu było aż nadto brutalne ;)



Jak już na początku wspomniałem dobry thriller musi zacząć się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie powinno wzrastać aż do punktu kulminacyjnego. I tak też się stało. Alter der Ruine zrujnowali kondycję ludzi oraz własną, w finale dokonując aktu destrukcji na swoim sprzęcie grającym, rzucając nim o scenę. Nie wypada mi nadużywać epitetu "szalony", ponieważ ktoś może pomyśleć, że to muzyka i koncerty dla nienormalnych ludzi. A jest wręcz przeciwnie - w tym szaleństwie tkwi cała siła i piękno tej muzyki. Alter der Ruine pokazało to w najlepszy możliwy sposób. Posługując się muzyką, utrzymując kontakt z publicznością, nie stroniąc od ekspresji scenicznej. Po prostu świetny koncert w każdym calu.



Koniec końców, na scenę zawitała legenda power noise'u - Esplendor Geometrico. Ten set bezkompromisowej i brutalnej muzyki był wspaniałym zakończeniem naszej przygody w klubie Werk II.



Niecałą godzinę po ostatnim koncercie w klubie Werk II na głównej scenie rozpoczął się drugi z koncertów "Midnight Special" (dla przypomnienia: pierwszym był występ Deine Lakaien w piątek). Teraz na scenie pojawić się miał Recoil. Pierwsze moje zaskoczenie - o ile na Deine Lakaien hala dosłownie pękała w szwach, tak na Recoil można było swobodnie podejść pod scenę. W zasadzie nie dziwię się publice. Recoil Alana Wildera świetnie się sprawdza jako projekt studyjny, muzyka jest wspaniała, a wideoklipy jej nie ustępują. Natomiast na żywo, pomimo doskonałej jakości wspomnianych materiałów, wielkich nazwisk, wyłączając fakt, iż utwory są grane w specjalnych koncertowych remiksach, pozostaje ogromny niedosyt. Muzyka odgrywana z dwóch laptopów z wizualizacjami w tle to zdecydowanie najgorsza możliwość na zaprezentowanie Recoil szerszemu gronu odbiorców, a szkoda, ponieważ ten projekt ma wyjątkowo olbrzymi potencjał. Małym plusem był jeden utwór, gdzie na żywo zaśpiewał Douglas McCarthy. Nie chcę krytykować Recoil, ponieważ koncert był dobry, ale po prostu podkreślam, iż stać ich na więcej...




Poniedziałek spędziliśmy racząc się rytmami electro i EBM w Alte Messe / Halle 15.

Na otwarcie wieczoru na scenie pojawił się młody niemiecki projekt EBM o nazwie Nordarr. Projekt niestety nijaki, zapewne zespół szuka jeszcze swojego brzmienia, oryginalności. W chwili obecnej nie odróżnił bym go od dziesiątków podobnych projektów.



Inertia jest specyficznym zespołem. Ma spory staż sceniczny, kilka wydanych albumów, ale niestety brak mu jakiegoś polotu, który by przyciągnął słuchaczy. Ten koncert nie odbiegał standardem od innych występów tej formacji. Muzycznie jest całkiem nieźle, lecz nie ujęło to zbyt wielu osób ze skromnej widowni, jaka się zebrała na koncercie.



Mind.in.a.box był jednym z koncertów, na który czekałem, zresztą nie tylko ja, ponieważ drastycznie zwiększyła się ilość widzów w przerwie pomiędzy koncertami. Niestety, dobry koncert znacznie stracił na jakości z powodu uszkodzonego vocoder, który spowodował przerwy w niektórych utworach lub też braki głosu wokalisty. Plus dla zespołu, że pomimo takich problemów kontynuował występ i usiłował zrobić wszystko, aby dokończyć koncert w możliwie najlepszym stylu. Publiczność te starania doceniła dużymi brawami, chociaż na twarzach członków zespołu było wyraźnie widać było oznaki niezadowolenia.



O Absurd Minds nie mogę zbyt wiele powiedzieć - niebezpieczny niemiecki poziom kiczu został osiągnięty i ten projekt zdecydowanie mnie zmęczył. W muzyce pojawiają się przebłyski natomiast wokal jest co najmniej kiepski, co ostatecznie pozostawia niezbyt pozytywne dla zespołu wrażenie. Najbardziej zdruzgotał mnie cover utworu "Hurt", który w oryginale śpiewa Nine Inch Nails - w wykonaniu Absurd Minds był absurdalnie słaby...



Aby odreagować kicz, udaliśmy się do pobliskiego Pantheonu, aby zobaczyć zjawiskowego Lustmorda. Mistrz gatunku dark ambientu uraczył nas godzinnym setem, który podziwiało w pełnym skupieniu kilkaset osób wypełniających wnętrze opery. Kto zna muzykę Lustmorda ten wie, że ciężko ją opisać. Ci, którzy jej jeszcze nie poznali, powinni szybko się z nią zapoznać. W operze część muzyczną wzbogaciły wizualizacje przygotowane przez Lustmorda, doskonale ilustrujące dźwięki, jakie przeszywały zgromadzonych widzów.



Po koncercie Lustmorda wróciliśmy do Alte Messe, gdzie w międzyczasie rozpoczął się koncert EBM'owego Dive. Ot, jeden człowiek biegający po scenie i krzyczący do mikrofonu. Cała muzyka z playbacku - przynajmniej nie udaje, że coś gra, jak część innych zespołów.



W końcu, po dłuższej przerwie, na scenie pojawiło się Hocico. Burza elektryzujących dźwięków zmieszanych z doskonałym wokalem Erka przetaczała się przez godzinę po scenie. Ten meksykański projekt bawi nas na niezmiennie wysokim poziomie od wielu lat. I tym razem przez całe show publika nie zaznała nawet minuty wytchnienia. Zespół dał z siebie wszystko i przekazał to publice w modelowy sposób. Po prostu wybitnie dobry koncert!



Ostatnim zespołem jaki mieliśmy okazję zobaczyć na tegorocznej edycji Wave Gotik Treffen była legenda sceny EBM - Nitzer Ebb. Podobnie jak w przypadku wcześniej wspomnianego Hocico, jest to jeden z projektów, które prezentują swoją twórczość na najwyższym poziomie, bez względu swój koncertowy staż. Douglas McCarthy tryskał taką ilością charyzmy, że mógłby jej użyczyć wszystkim wcześniejszym EBMowym zespołom, które wystąpiły tego wieczoru.




Strony:
Autor:
Tłumacz: murd
Data dodania: 2012-02-20 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: