AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Wrocław Industrial Festival 2014


Czytano: 2334 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Trzynasta edycja Wrocław Industrial Festival na długo zapisze się w pamięci uczestników oraz samych organizatorów, których zaskoczyła rekordowa jak do tej pory frekwencja. Wyprzedane zostały wszystkie karnety, dostępne były jedynie wejściówki na pojedyncze dni, z czego najtrudniej było o te sobotnią. Pojawiło się trochę nowości, niespodzianek, refleksji, ciekawych spotkań. Wszechstronność festiwalu uwidacznia się w każdym możliwym aspekcie, od line-upu poczynając do wydarzeń towarzyszących. Prezentujące się na tym wydarzeniu projekty to przekrój przez bogactwo przemysłowej i post-przemysłowej muzyki w jej wielu wariacjach: ambientowej, neofolkowej, post-punkowej, noisowej, czysto industrialnej, awangardowej czy też ukierunkowanej na melodyjność, taniec i rytm.
Strzałem w 10-tkę było rozszerzenie festiwalu o dodatkowe pomieszczenie i scenę umiejscowioną w Starym Klasztorze. Dzięki temu zabiegowi, liczna publiczność zyskała dodatkową przestrzeń do eksploracji, ogromny plus za strefę palacza na zewnątrz, a co więcej udało się uniknąć opóźnień w programie. Koncerty odbywały się naprzemiennie w godzinnych odstępach w Sali Gotyckiej i wspomnianym już Klasztorze.

Czwartek

Gospodarzem otwarcia WIF był Klub Eter, którego ascetyczny wręcz wystrój idealnie wpisał się w klimat imprezy, po zejściu do głównej sali, można było podziwiać wideo instalację "DEATH DAY’ autorstwa Igora Vaganova.

Na bardzo dobry początek wyjątkowy koncert zagrała formacja Job Karma. Specjalnością godziny spędzonej w towarzystwie tworzonego przez Macieja Fretta oraz Aureliusza Pisarzewskiego, "FILMU DLA USZU" byli zaproszeni goście: Anna Nacher, Matt Howden, Marek Styczyński, Monika Kubacka i Anna Frett. Na set liście w większości pojawiły się utwory promujące najnowszy album zespołu "Society Suicide", które przy sugestywnych wizualizacjach oddziaływały na skupioną i zasłuchaną publiczność. Warto dodać, a tym samym pogratulować debiutu scenicznego Annie Frett.

Chwila przerwy technicznej, a po niej, po raz drugi dziś na scenie, niepowtarzalny w swoim rodzaju Sieben, czyli Matt Howden. Myślę, że spokojnie można nazwać go czarodziejem, nie dość, iż całość kompozycji plus wykonania to dzieło i wysiłek wyłącznie jego pracy, to jej efekty przenoszą odbiorcę w inny, hipnotyczny, pełen emocji świat. Dominujące w kompozycjach skrzypce, spokojny, czasem melancholijny wokal oraz zapętlone melodie to zaklęcia Matta. Poza tym jestem przekonana, iż jeśli jeszcze nie mieliście okazji nie tylko usłyszeć, ale przede wszystkim zobaczyć muzyka na żywo, będziecie zaskoczeni kreatywnym wykorzystaniem skrzypiec, na zachętę nic więcej nie zdradzę ;) 

Pewnie w ramach kontrastu na zakończenie czwartkowego warm-upu zagrało brytyjskie trio Wrangler. Panowie tworzą, że tak powiem analogową elektronikę, odrzucili łatwość i wygodę nowoczesnego sprzętu, ratując stary ekwipunek. Cenią sobie fizyczną obecność instrumentu, a także fakt jego nieprzewidywalności oraz możliwości, których nie posiada sprzęt cyfrowy. Całość okraszona wokalem z efektami, nie pozwoliła publiczności długo stać w miejscu.

Piątek

Szereg dzisiejszych atrakcji rozpoczynała projekcja krótkometrażowego filmu "Zoetrope" z muzyką Lustmord. Na 20 minut przenosimy się do świata wykreowanego przez Charlesa Deaux’a, którego inspiracją była powieść Franza Kafki "In the Penal Colony".  Mroczna i ciężka muzyka w znacznym stopniu buduje treść filmu, kierunkuje jego odbiór, w którym główny bohater zmaga się z koszmarem więzienia, tortur.  Po seansie zorganizowane było spotkanie z Brianem Williamsem.

Dzięki chorwackiemu DJ Mary schodząca się publiczność miała zapewniona rozgrzewkę w nucie Experimental i New Beat.  Zanim francuski duet 2 Kilos and More mógł zagrać, musiał uporać się, jak się okazało z nie tak drobnym problemem technicznym, w postaci rzutnika. Minęło maksymalnie 15 minut i program ruszył na właściwe tory. Jeśli ktoś miał okazję usłyszenia projektu na Maschinenfest 2012, będzie wiedział, iż projekt utrzymał wypracowany poziom. Publiczności zaprezentowali ciekawe połączenie hipnotycznych rytmów, długich, pojedynczych dźwięków z partiami mocnego noise. Elementem wzmacniającym ekspresję artystów było wsparcie ze strony amerykańskiego spoken-words artist Black Sifichi.

Pierwszy wykonawcą klasztornej sceny był projekt Roberta Skrzyńskiego – Micromelancolie. Podczas występu można było odnieść wrażenie, iż artysta wpuszcza publiczność do swojego skrytego świata. Pogrążony w niemal całkowitej ciemni, schowany w narożniku sceny. Minimalistyczny, złożony z mikrosampli oraz szeregu dźwięków pochodzenia znanego jedynie wtajemniczonym set.  

Obok kolejnego wykonawcy trudno przejść zupełnie obojętnie; albo wywoła poczucie ekscytacji albo wręcz odwrotnie, mowa o łódzkim Jude. Zdecydowanie najbardziej impulsywny, intensywny i naszpikowany emocjami koncert z całego WIF. Ostry śpiew-krzyk Wiktora przy akompaniamencie gitar i perkusji wraz z wizualizacjami będącymi wycinkami z wydarzeń wojennych przy mocnym czerwonym oświetleniu daje porażający słuchacza efekt. To nie jest muzyka do kotleta, muzycy podejmują trudny dyskurs z przemocą, totalitaryzmem i kulturą masową. Była to godzina ciężkich, jednostajnych utworów.

Następnym wykonawcą Sali Gotyckiej był brytyjski 6 Comm. Charakterystyczna sceneria plus strój i maska Patricka Leagasa świetnie podkreślają obraną przez zespół tematykę. Podczas festiwalu dominował klasyczny repertuar z lat osiemdziesiątych, ku uciesze licznie zebranej pod sceną grupie fanów. Fantastyczny, melodyjny, niski i spokojny wokal w połączeniu z kompozycją plemienno, industrialno, folkową złożyły się na magnetyczny set. Przyznaje, że zasłuchana kilka razy, myślami odpłynęłam w siną dal. Po koncercie bez większego trudu można było odnaleźć Patricka i zamienić słów kilka lub więcej i/lub wykonać pamiątkowa fotkę.

Przed główną gwiazdą wieczoru zaprezentowała się jeszcze darkambientowa, pochodząca z Chorwacji formacja TeHÔM. Wraz z kolejnymi koncertami wnętrze głównej hali coraz bardziej wypełniało się dymem, na szczęście jeszcze nie doszło do etapu mgły, gęstości mleka, chociaż po koncercie The Legendary Pink Dots było blisko. Na próbę określenia tego, co grają złoży się spora lista; egzotyczna, hipnotyzująca psychodela, industrial, new-wave czy muzyka eksperymentalna. Najbardziej charyzmatycznym elementem twórczości grupy jest osoba wokalisty - Edwarda Ka-Spela. Jego pełen liryki głos czasem brzmi jak by recytował mantrę lub jakieś zaklęcie, w innych utworach staję się bardziej niespokojny. Scena spowita była w intensywnym niebieskim lub czerwono-rózowym świetle z niemałą ilością przywoływanego wcześniej dymu, co ciekawie komponowało się z muzyczną estetyką koncertu. Całość, owszem udana, jednak zbyt monotonna. TLPD mają w swoim dorobku więcej energicznych i zróżnicowanych utworów, a setlista złożona była raczej z tych bardziej poetycznych i dramatycznych. Z tego względu po występie odczuwałam lekki niedosyt.

Sobota

Dzisiejszym starterem był DJ Eric Byrne, znany publiczności, jako organizator festiwalu Tower Transmissions. Następnie w industrialny dialog z publiką wdali się Ab Intra oraz Frustration. Kolejny projekt goszczący na scenie to niemiecki Sektion B. Ich trudna, minimalistyczna ekspresja, czasem wręcz agresywna wraz z surowym wokalem, także z efektami to wyraz buntu przeciwko psychozie współczesnej rzeczywistości. Stylistyka kolejnych artystów stoi w totalnej opozycji do panów z Sektion B. Troum tworzy muzykę całkowicie pozbawioną syntezatorów, samplerów i innych cyfrowych dźwięków i ulepszaczy. Podczas występu muzycy posługiwali się szerokim wachlarzem instrumentów, zmieniając je, co 2-3 utwór. Pojawiły się: gitara, harmonijka, bas, skrzypce, dodatkowe elementy wokalno-głosowe oraz instrument, którego wybaczcie nie potrafię nazwać ;) Całość składa się na oniryczny efekt, wprowadzający słuchacza w lekki trans.

Równie wiele działo się na scenie i w brzmieniu, następnego muzyka – Erica Randoma.  Brytyjski artysta zaserwował publiczności kompozycje oparte na stałej linii rytmicznej z dodatkiem nietypowych instrumentów klimatów zahaczających o etniczność. Oryginalna mieszanka, uzupełniona o dynamiczne wizualizacje.

Borghesia, na ten występ z wypiekami czekało wielu fanów, o czym świadczył ścisk pod sceną oraz rosnące napięcie przed rozpoczęciem. Słowacy to dosłownie wulkan energii i konkretny przekaz. Na każdym kroku podkreślali swoje zaangażowanie w walkę z każdą formą ograniczania wolności jednostki. Wyraziste gitary, wokal na trzy głosy, szybkie tempo; tym zespól zaskarbił sobie względywidowni, która nie chciała puścić zespołu ze sceny. Długo nie kazali na siebie czekać i po krótkiej salwie braw, ponownie rozkręcili swoją rytmiczną muzyczną machinę. Osobiście po raz pierwszy widziałam ten projekt na żywo i byłam zachwycona, mała zmiana stylistyki w grze na żywo z pewnością nie zaszkodziła zespołowi. 

Już na chwilę przed dzisiejszym daniem głównym, przenosimy się do Włoch za sprawą duetu Roma Amor. Na każdym festiwalu znajdzie się jakiś rodzynek w swoim gatunku, ten projekt to właśnie taki wyjątek. Gitara, akordeon plus lekko kabaretowy, szorstki wokal Euski przywołują nastrój włoskiej melancholii lat sześćdziesiątych. Romantyczność, nostalgia za bezpowrotnie minionym wczoraj, przywołują skojarzenia z ulicznymi grajkami, kafejkami z narożnika z podchmielonymi gośćmi prawiącymi egzystencjalne dywagacje. Ciekawa propozycja, także, jako alternatywa wśród alternatywy ;)

Przed występem Lustmord Sala Gotycka zaczynała pękać w szwach, z braku miejsca widownia zajmowała każdą pusta jeszcze przestrzeń. Gdy zapadła całkowita ciemność Brian wszedł na scenę, zajął miejsce za swoim laptopem i raczył publikę swoimi mistrzowskimi mrocznymi kompozycjami. Jedynym oświetleniem poza wizualizacjami, które jak się domyślacie lub wiecie nie były kolorowe ani przesycone jasnością było to, co podało z monitora. Nastój do dark ambientu perfekcyjny z jednym, ale. Mianowicie, aby móc się w pełni oddać muzyce, skupić na niej, najlepiej takiego koncertu słucha się na siedząco. Unika się dzięki temu wiercących się ludzi, część zaczęła między sobą rozmawiać, co oczywiście części widowni przeszkadzało, ktoś przechodził z miejsca na miejsce, szukając wygodniejszej pozycji i jest to zrozumiałe. Kto wie, może kiedyś doczekamy się koncertu Lustmord w teatrze lub operze? Poza tym majstersztyk w każdym calu.

Niedziela

Miejscówką ostatniego dnia WIF był klub Liverpool, lokal świetnie przygotowany na taki, event, ode mnie ogromny plus za telewizory umiejscowione tak by każdy mógł obserwować cos dzieje na scenie bez konieczności stania bezpośrednio przy niej, zwłaszcza, gdy zwiększa się ilość gości. Zwieńczeniem trzynastej edycji była kompilacja surowych, niespójnych brzmieniowo projektów z licznymi zniekształceniami głosu, pogłosu oraz wszelkich innych form uzyskania specyficznego hałasu. Po upewnieniu się, że taki był zamiar artysty, a powstały rumor nie jest spowodowany usterką techniczną, słuchacz jest postawiony w innej, intrygującej sytuacji. Największym entuzjazmem ze strony publiczności cieszył się koncert polskiej formacji Düsseldorf, która nawet bisowała. Co mogło być dla muzyków potwierdzeniem słuszności decyzji o powrocie na scenę:)

Tak oto dotarliśmy do mety w naszym industrialnym marszu muzycznych doznań. Jeśli jeszcze nie mieliście sposobności się tu zjawić gorąco polecam wszystkim poszukiwaczom nowych dźwięków, z pewnością niejedno Was mile zaskoczy. Niepowtarzalna atmosfera, multinarodowe środowisko, źródło kontaktu z artystami, fanami wspólnych tematów, wymieniać jeszcze? Serdecznie zachęcam do zbadania Wrocław Industrial Festivalu!
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2014-11-21 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: