AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Wrocław Industrial Festival IV


Czytano: 11978 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Dzień pierwszy

Wrocławski klub "Firlej" okazał się rezerwuarem wyziewów czwartej edycji Wrocław Industrial Festival - największej imprezy industrialnej w tej części Europy. Podobnie jak rok temu, publiczność miała sposobność podziwiać dziesięć niezwykle interesujących muzycznych projektów. Pomimo, iż festiwal eksploruje stosunkowo niszowe tereny dźwiękowej ekspresji, przyciąga całkiem sporą grupę gotowych na wszystko zapaleńców. Zazwyczaj są to osoby łaknące ekstraordynaryjnych wrażeń, otwarte na poezje postindustrialnych zgrzytów oraz flegmę neofolkowej dekadencji. Organizatorzy i tym razem zaserwowali smakowite kąski w festiwalowym menu, pozwalając kaleczyć podniebienie dysonansem dźwiękowej receptury.

Job Karma
Job KarmaJedni z organizatorów festiwalu, oraz rodzimy produkt eksportowy, biorąc pod uwagę scenę experimental/postindustrial. Performance w wykonaniu tego wrocławskiego duetu, zawsze stanowił dla mnie możliwość obcowania ze sztuką na bardzo wysokim poziomie. Chropowata mikstura płynnie przeszła przez moją percepcję, pozostawiając ja na zadowalającym poziomie ukontentowania. Job Karma to wyjątkowy agregat zmechanizowanej emocjonalności, przyobleczony w formę wyważonej przystępności. Trywializując podobało mi się, co jest już niemal regułą - vide koncerty JK.

Oxyd
OxydOxyd to słowacki przedstawiciel sceny dark ambient, odznaczający się ciekawą muzyką oraz beznadziejnym gustem. Zdaje sobie sprawę, iż wybranie adekwatnego image, może stać się nieco kłopotliwe, jednakowoż lepiej postawić na naturalizm niż silić się na "oryginalność". Zwracam na to uwagę, gdyż muzycznie panowie prezentują się nad wyraz przyzwoicie, zgrabnie łącząc mroczność dark ambientowych suit z niepokojem industrialnych dysonansów. Dodatkowym atutem były niezłe wizualizacje, szkoda tylko, iż klimat tychże nie korespondował do końca z wizerunkiem wspomnianego duetu.

Herbst9
Herbst 9Koncert Herbst9 to przede wszystkim fuzja niemieckiej precyzji oraz rytualnego ambientu. Orientalny surogat o tyle ciekawy, iż wspomagany żywą sekcją rytmiczną. Proszę jednak nie myśleć, iż sztuka Herbst9 sprowadza się do banalnego naśladownictwa etnicznych struktur. Niemcy skutecznie fechtują ambientową ornamentyką, barwiąc ją kosmopolitycznym dźwiękowym collage. Występ mógł się podobać, zarówno pod względem wizualnym jak i muzycznym.

Troum
TroumWieść gminna niesie, iż każdy sen długo śniony prędzej czy później staje się koszmarem. Na szczęście, niemiecki Troum skutecznie odcina się od gminnych aforyzmów, gdyż nie dość, iż w porywach niepohamowanego ekshibicjonizmu śni publicznie, to na dodatek wciąga w to innych. Mieszany duet z lubością eksploruje pojęcie "dźwiękowej deformacji", marząc na jawie o szczątkowej harmonii. Leniwie cedzone, instrumentalne wariacje wprowadzają słuchacza w delikatny trans, w którym świat realny zdaje się zakrzywiać a kontury tracą swój sformalizowany status. Performance monotonny, ale absolutnie nie nużący.

Lagowski
LagowskiNiekwestionowana gwiazda pierwszego dnia festiwalu. Kolekcjoner przeróżnych określeń, utytułowany osobnik ze skłonnością do niepozorności. Niewinne fizys i doskonała mikstura rytmicznego, kosmicznego ambientu - tak w skrócie można by określić ów set. Lagowski zaprezentował istna feerię niepokojących dźwięków, sprowadzając je do całkiem przystępnej, momentami niemal quasi tanecznej formy. Publiczność entuzjastycznie przyjęła danie dnia, po czym przeniosła się do mniejszej sali, aby kontemplować, tym razem stricte taneczne choreografie, w rytm psychodelicznego setu dj Wiktora Skoka.


Dzień drugi

Hati
HatiDrugi dzień festiwalowych wojaży rozpoczął się nad wyraz melancholijnie. Duet rodem z Torunia, uraczył zgromadzonych niesamowitą dawką akustycznego minimalizmu oraz transowej elektroniki. Panowie perfekcyjnie opanowali swoje niezwykle oryginalne instrumenty, co z pewnością urozmaiciło ów występ. Jedynym mankamentem zdawał się być brak jasnej strukturalnej formalizacji, tym samym, set przypominał nieco dźwiękowy performance (vide zbiór luźno powiązanych elementów), choć bazujący na bardzo ciekawych improwizacjach. Występ Hati okazał się znakomitą odskocznią od zgiełku industrialnej konwencji, będąc opus magnum uroczej, muzycznej oszczędności.

Lieche Rustikal
Lieche RustikalNiespełna kilka minut po kojących zmysły dźwiękach, swój kakofoniczny set rozpoczął Liche Rustikal, zdecydowanie zwiększając poziom hałasu. Ów pochodzący z Polski projekt, bardzo skutecznie penetruje rejony noisowo-ambientowe, brocząc w gmatwaninie schizoidalnych wizji. Artysta odnajduje upojenie w mechanicznym galimatiasie masochistycznych brzmień, wzmacniając przekaz niepokojącymi wizualizacjami. Ponadto warto zwrócić uwagę na niestandardowe wykorzystywanie przeróżnych instrumentów m.in. gitary.

Tabor Radosti
Tabor RadostiMuszę przyznać, iż występ czeskiego duetu bardzo przypadł mi do gustu. Co prawda Tabor Radosti nie grzeszy oryginalnością, i wyraźnie można dostrzec konotacje z muzyka pokroju Ah cama sotz. Jednocześnie nie deprecjonuje to umiejętności wspomnianych muzyków, wręcz przeciwnie. Sztuka Tabor Radosti, to dojrzały dark ambient, w którym znaczącą rolę odgrywa pulsujący, momentami zgrzytliwy rytm. Dodatkowym atutem, był nienajgorszy, aczkolwiek nieco teatralny image, oraz zgrabne, pasujące do muzyki wizualizacje.

Sol Invictus
Sol InvictusSol Invictus to bez wątpienia największa gwiazda niniejszej edycji wrocławskiego festiwalu, ponadto legenda sceny neofolkowej. Zespół, którego refleksyjna poetyckość może się równać jedynie z dość jednostajnym repertuarem. Rzecz jasna, jednolitość jest immanentnym składnikiem neofolkowego rzemiosła, tym samym nie można tego rozpatrywać w ramach błędu w muzycznej sztuce. Koncertowo, Brytyjczycy prezentują się nad wyraz solidnie, umiejętnie żonglując melancholijnymi impresjami. Postindustrialne smaczki, choć podane w dość śladowych ilościach, dodały nieco pikanterii nie zatruwając apokaliptycznego konceptu. Tony Wakeford w niezwykle przekonywujący i przejmujący sposób wykazywał, iż beznadziejny smutek jest opoką jego artystycznej aktywności. Publiczność przyjęła występ Brytyjczyków entuzjastycznie, o czym świadczy bis - zjawisko jakże rzadkie, na tego typu festach.

Allerseelen
AllerseelenKoncertowanie to w głównej mierze świetna zabawa, plus niezwykle efektywna promocja. Panowie z austriackiego Allerseelen, stwierdzili, iż miast promocji, będą się tylko dobrze bawić. Niestety konszachty z Bachusem bywają zwodnicze, szczególnie, jeśli chodzi o ilość spożytych trunków. Finalnie, Allerseelen zaprezentowało figlarny set, bazujący na niezmiernie ważnej sprawie, jaką niewątpliwie jest umiejętność utrzymania pionowej postawy. O dziwo, większość zespołu wykonywała swoje zadanie nad wyraz sprawnie, jednakże zdarzył się "chlubny" wyjątek. Basista austriackiego projektu zaprezentował synchroniczny teatr jednego aktora, który po niespełna kilku minutach zamienił się w pantomimę (dźwiękowiec litościwie wyłączył szarżującego wirtuoza). Muzycznie, pomijając opisywane wyżej "atrakcje", nie było aż tak źle. W końcu Allerseelen to zasłużony zespół, od lat dokujący w porcie zmechanizowanego industrialnego- folku (jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało). Powstrzymam się od komentarza, wszak, trudno ocenić umiejętności zespołu, po równie chaotycznym występie. Powiedzmy, iż było... zabawnie.

Siląc się na podsumowanie, z pełną odpowiedzialnością, stwierdzam, iż Wrocław Industrial Festiwal, to impreza ze wszech miar godna uwagi. Przede wszystkim, profesjonalnie zorganizowana, oraz sprytnie ukształtowana konceptualnie. Cieszy mnie, iż tego typu muzyka, jest tak wytrwale promowana, w końcu warto czasami wyabstrahować wyobraźnie z okowów dźwiękowego konformizmu. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej edycji.


Strony:
Autor:
Tłumacz: katakan
Data dodania: 2005-12-12 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: