AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Intent:Outtake - Wake Up Call


Czytano: 152 razy

65%


"Wake Up Call" to na pewno płyta ciekawa. Nie jest ani perfekcyjna, ani słaba – po prostu ciekawa. Słuchając jej w skupieniu, ostatecznie nie mogłem się zdecydować z jakim gatunkiem obcuję (oczywiście w ramach industrialu). Jeśli lubicie God Module, VNV Nation i Eisbrecher nie ma na co czekać – musicie "Wake Up Call" wysłuchać. Płyta brzmi jak połączenie dark electro z elektronicznymi balladami w stylu "Illusion", a wszystko okraszone dwoma stojącymi do siebie w opozycji stylistycznej wokalami – charakterystycznym charczeniem z jednej strony, a głosem Alexa Wesselsky'ego (sic!) z drugiej. Na dodatek utowry śpiewane są w dwóch wiadomych językach – po angielsku i po niemiecku. Jeśli kogoś to nie przekonuje – może skończyć czytać już w tej chwili...

Jeśli jednak taka koncepcja trafia do Ciebie drogi czytelniku... wiedz, że w momencie pisania tej recenzji nadal nie czuję się dostatecznie do tego krążka przekonany. W końcu to, że płyta jest ciekawa nie znaczy jednocześnie, że musi do kogoś jednoznacznie trafiać. A co do samych wątpliwości – skąd one – może się ktoś spytać? Otóż "Wake Up Call" to - pomimo wielu ciekawych zabiegów stylistycznych - łączenie bardzo ogranych patentów w sposób na tyle zachowawczy, że ciężko posądzić płytę o nowatorstwo. I w tym właśnie paradoksie tkwi jej ciekawy charakter. Mamy tu przecież światy, które wcale nie tak często są łączone, i w łączeniu których naprawdę łatwo byłoby przeholować, ale jednak całości brak tej iskry geniuszu, brak tej młodzieńczej odwagi, aby dodać coś od siebie. Wszystko, co na "Wake Up Call" zostało zawarte – już było – tylko u różnych wykonawców i w różnym natężeniu. I ok – nie jestem przeciwnikiem powielania ogranych motywów, ale pod warunkiem, że są w jakiś sposób chwytliwe. Tutaj tej chwytliwości brakuje. I na tym najbardziej zbywa dziełu Intent:Outtake.

Trzy najlepsze utwory? "Seek and Destroy", "The Edge" i "Let Me Be". Zdecydowanie! Pierwszy spokojnie poradziłby sobie w repertuarze Hocico. Jest wolny, agresywny i niepokojący. Chociaż patenty w nim wykorzystane były ogrywane wielokrotnie – to bije z niego wspomniana wcześniej chwytliwość – tutaj pod postacią emocji. Drugi to z kolei nieźle zaśpiewana, również dosyć powolna ballada, która świetnie poradziłaby sobie na debiucie Eisbrechera. Trzeci to mariaż dwóch poprzednich, który dodatkowo cechuje się wpadającą w ucho melodyjnością i stanowi chyba najzgrabniejszy utwór na płycie. Tuż za podium uplasowałby się jeszcze ostatni na krążku "Der Letzte Tanz (quiet version)", który wyróżnia się na tle reszty fajnym ambientowym charakterem. A co pozostałymi propozycjami? Bardzo się ze sobą zlewają – i to nawet po kilku przesłuchaniach.

Jeśli miałbym potraktować tę recenzję jako jakiś rodzaj strumienia świadomości – czy nadal określiłbym ten album jako ciekawy? Owszem – ciekawy w swym eklektyzmie. Natomiast oprócz tego nie znajduję w nim zbyt dużo dla siebie. Cóż, mogło być gorzej, mogło być lepiej – jest jak jest.

Tracklista:
01. Intro
02. Seek And Destroy
03. The Edge
04. Beluge Mich Nicht
05. God's Architect
06. Let Me Be
07. Der Letzte Tanz
08. Die Angst
09. The Mental Decay
10. Before I Go
11. Break Away
12. Erntet Was Ihr Sat
13. Der Letzte Tanz (quiet version)
Autor:
Data dodania: 2017-11-22 / Recenzje muzyki




Najnowsze komentarze: