AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Cała zabawa bierze się z zaspokajania ciekawości- wywiad z Jeromem Reuterem


Czytano: 6424 razy


Wykonawca:

Galerie:

Katalog płyt:
Na wydanie nowego albumu ROME musimy czekać jeszcze kilka tygodni, więc dla zabicia czasu- wywiad-rzeka (nieomal) z Jeromem Reuterem.

Lady Dragon: Zacznijmy od tytułu albumu, Hell Money. Co znaczą dla ciebie pieniądze? To przekleństwo, czy raczej błogosławieństwo?

Jeorme Reuter: Sam tytuł nie odnosi się konkretnie do pieniędzy, to zupełnie inna kwestia. Nie lubię rozmawiać o pieniądzach. Za dużo się o tym mówi, wciąż i wszędzie. Mdli mnie już. A jeśli chodzi o moją pracę- oczywiście mógłbym zarabiać o wiele więcej, gdybym grał muzykę, którą można puszczać w komercyjnym radiu. Taki pop, haha.

Nie wyobrażam sobie ciebie grającego pop...

Tak naprawdę w muzyce ROME jest wiele popowych elementów, wpadających w ucho. Jest tam pewna ilość popu, więc mógłbym pisać piosenki w tym klimacie, ale mam w zwyczaju wszystko komplikować i udziwniać, i wprowadzać słuchaczom utrudnienia. Nie ma tam piosenek w stylu- zwrotka, refren, zwrotka, refren. Utwór zaczyna się gdzieś i podąża w zupełnie innym kierunku. Tworzy się specyficzna atmosfera, którą niespodziewanie ucinam i robię coś zupełnie innego. Jest tam parę utworów, które zaczynają się bardzo ciężko i mrocznie, żeby potem skończyć się niemal lekko. Lubię to, lubię bawić się muzyką bez konieczności tworzenia czegoś, co ludzie będą mogli sobie podśpiewywać. I myślę, że to działa. Wiem, że dla wielu osób jest to pewien problem, ale ja osobiście jestem bardzo zadowolony z tego albumu, naprawdę go lubię.

Ten album wymaga czasu, żeby go poznać. Ja miałam tylko 5 dni i okazało się to niewystarczające.

Tak, bo są tam utwory, jak mówiłem, spoza schematu zwrotka-refren, śpiewamy razem, znów refren...

Nie da się tego podśpiewywać pod prysznicem...

No nie, faktycznie. Chyba, że zaśpiewasz całość *śmiech*

Cytując ciebie: "Hell Money jest emocjonalną wycieczką przez pokręcony wewnętrzny świat udręczonej jednostki. Podróż do serca smutku, gdzie chciwość, uzależnienie i samo-poświęcenie zbiera swoje żniwo." Jako artysta musisz mieć większą wrażliwość niż przeciętny człowiek. Czy przez to podróż zwana życiem, jest dla ciebie udręką? Jakie demony cię ścigają?

Myślę, że te demony są właśnie na albumie *śmiech*

Zdecydowanie tak. Zaczynając od Fester...

Tak, jest tam pokazane coś w rodzaju podróży, zaczynając od Festera. To jest jak przekopywanie się przez różne emocje, a na końcu jest balladka, jako spokojny akcent na koniec czegoś bardzo popieprzonego. Sportretowałem różne rodzaje demonów na tym albumie.

Wszystkie twoje?

Tak, właściwie tak.

O kurczę...

Tak, tak, wiem *śmiech* Ale próbuję śpiewać o nich w inny sposób. Nie chcę dramatyzować- "Oh, popatrz na moje życie, ohh". Próbuję wyłamać się z tego schematu, niemniej jednak to wciąż jest o mnie.

Ok, porozmawiajmy o fotografiach w albumie. Na okładce Fester zamieściłeś figurę Chrystusa, na fotkach, które umieściłeś na FB stoisz z tą samą figurą, tyle, że w łańcuchach. Próbujesz przekazać, że religia jest ciężarem, okowami? Czy może to, że, cytując Marksa, religia to opium dla mas? A może to była tylko prowokacja?

Na pewno jest tam pewna doza prowokacji. Jesteśmy teraz w Luksemburgu, to dość katolicki kraj, ale niekoniecznie bardzo religijny, bo ludzie są stosunkowo bogaci i nie przejmują się Bogiem. Właściwie nie jestem w ogóle religijny.

Ateista, czy może wierzysz w Coś?

Właściwie nie wierzę w nic.

Musisz w coś wierzyć. W siebie może?

Tylko o poranku.

Ale to pomaga!

Oczywiście! Jeśli miałbym coś wymienić, to wierzę w moją pracę.

Ale praca jest częścią ciebie.

Tak, jasne, ale to nie oznacza, że wierzę w siebie. Wierzę po prostu w samo życie i w dawanie sobie w tym życiu radę. Nie jestem też idealistą. Co nie oznacza, że nie tęsknię za czymś w rodzaju ideału. W jakiś sposób każdy z nas tęskni za czymś większym od nas samych, co daje nam ukojenie i pocieszenie.

I zbawienie...

Dla mnie zbawienie to sztuka. Dlatego mówię, że wierzę w swoją pracę, bo to jest właśnie to, co daje mi pocieszenie i pomaga mi przetrwać dzień. Ta sprawa z krzyżem na fotografii jest powiązana ze sztuką jako taką. Parę lat temu zobaczyłem zdjęcia Michela Melingera. To właśnie on wykonał wszystkie zdjęcia do bookletu. Część z nich była pokazywana na wystawie, którą widziałem. Skontaktowałem się z nim podczas pracy nad albumem. Pomyślałem, że to by się sprawdziło, więc zadzwoniłem do niego i się spotkaliśmy. Pozwolił mi przeszukać swoje archiwa. Wybrałem oczywiście najbardziej pokręcone dzieła *śmiech*. Myślę, że mamy podobnie obłąkane poczucie humoru.

Czyli nie powstały one specjalnie na potrzeby płyty?

Nie. Wszystkie fotografie, których użyłem, są częścią projektu, który Michel zaczął jakieś 20 lat temu. Jest tam dużo rożnych elementów, ja wybrałem tylko najmroczniejszy materiał. Ta fotografia z krzyżem została zrobiona w jego piwnicy, kiedy robiliśmy sesję zdjęciowa na okazję!!!!!!!press release!!!!.Byłem u niego kilkakrotnie, aż któregoś razu, buszując po jego przepastnych szufladach – był tam naprawdę niesamowity chaos, a on co 10 minut przybiegał do mnie krzycząc- "Patrz, co znalazłem!"- natrafiliśmy na ta fotkę Jezusa z martwym królikiem. To było świetne i postanowiłem użyć tego na singlu, bo to mocna fotka, ale tak naprawdę nie pasowała do całego albumu, była zbyt specyficzna, więc użyłem jej tylko na Festerze. Rzeczony krzyż wisiał tam cały czas, a ja pod wpływem impulsu stwierdziłem, że go wezmę i zapozuję. Dobrze się dogadywaliśmy, jesteśmy pokrewnymi duszami, on też ma swoje ciemne strony. Takie rzeczy się zdarzają tylko wtedy, gdy w jakiś sposób między ludźmi zaiskrzy.

To jak instynkt. Widzisz coś i od razu wiesz, że właśnie tego szukałeś.

Dokładnie. To jak z pracą w studiu. Przygotowujesz materiał, pracujesz nad nim, komponujesz utwory jednocześnie wyobrażając sobie, jak je zaaranżujesz, a i tak na koniec, podczas pracy w studiu wszystko się zmienia...

Bo jest to proces.

Tak. Możesz robić dema, ale ja nigdy nie robię wersji demo, więc kiedy zaczynam nagrywanie- masz zupełnie inną sytuację, gdy słyszysz gitarę czy wokal w innym akustycznie miejscu, więc dostosowujesz się do tego, co słyszysz. Jeśli masz jakiś plan, to przychodzi moment, kiedy po prostu go wyrzucasz, bo w trakcie pracy wszystko się zmieniło. Lubię tę część pracy, to trzyma cię w napięciu.

To bardziej kreatywne, niż robienie wszystkiego według planu.

Tak, dlatego właśnie wciąż lubię pracę w studio. Większość ludzi w dzisiejszych czasach robi wszystko w domu, poświęcają na to sporo czasu, wciąż coś zmieniają. Ja tego nie robię, po prostu wchodzę do studia i nagrywam utwór w jeden dzień. Lubię tą pewnego rodzaju ostateczność.

Znalazłam gdzieś zdanie: "Muzycy pozwalają nam poczuć emocje, których sami nie moglibyśmy poczuć bez ich pomocy". Jakie emocje chciałbyś obudzić w swoich słuchaczach?

Nie wiem *śmiech*. Nie mam planu...

Pozwalasz im zatem odkrywać swoją muzykę na ich sposób? Wiem, że nie lubisz analizować swojej twórczości...

Nie, nie lubię, a jeśli chodzi o emocje- wiesz, że nie możesz ich kontrolować. Nie da się usiąść i napisać piosenki na zasadzie- "Wydobędę z ciebie to uczucie pisząc tak i tak." To nie działa. Jak tylko zaczniesz to robić lub próbować to robić- robi się to żałosne. Ja zaczynam pracę nad utworem i skupiam się nad tym, jak dana sprawa na mnie wpływa, a potem staram się to jakoś przenieść na utwór, ale przez większość czasu naprawdę sam nie wiem, co robię. Lubię pracować i lubię przywoływać różne uczucia, zarówno w sobie, jak i w twórczości. Reagujesz jakoś na daną rzecz, gdzieś tam zaczynasz i patrzysz, gdzie cię to wszystko zaprowadzi; starasz się oczywiście, aby to wszystko zabrzmiało mądrze, ale dla mnie jest to poszukiwanie pewnego rodzaju prawdy. Czegoś, co jest prawdziwe dla mnie.

Uniwersalnej prawdy.

Może uniwersalnej, tak... może. Nie wiem. Jak dotąd zauważyłem, że jeśli naprawdę, ale to naprawdę podoba mi się to, co zrobiłem, to zazwyczaj podoba się to również innym. Nie jest to jednak jakaś zasada. Czasem chcę osiągnąć coś konkretnego, udaje mi się to i jestem z tego zadowolony. Czytam potem komentarze ludzi i im też się to podoba, ale z z zupełnie innych powodów, bo widzą w tym rzeczy, których ja nie dostrzegałem- i przyznaję im rację, bo faktycznie tego nie widziałem.

Podoba mi się twój komentarz pod recenzją Trylogii na I die, you die- "Hej, nie zdawałem sobie sprawy z połowy tego, o czym tu napisaliście".

Tak, ale w tym przypadku było nieco inaczej, ponieważ w Trylogii jest ogromny, specyficzny i złożony temat, więc starałem się tam zawrzeć wiele różnych rzeczy. Było tam sporo literatury i oczywiście historii. Czasem nie zdajesz sobie sprawy z wielu rożnych aspektów, które uwypuklają coś, jakąś spójność, której nie byłeś świadomy. Ale wydaje mi się, że jest to coś, z czego zdajesz sobie sprawę bardziej podświadomie. Wiesz, czujesz, że to jest w porządku, ale nie do końca umiesz wytłumaczyć dlaczego.

Często słucham twoich utworów i myślę sobie- O, ta piosenka jest o tym i o tym. A potem, po jakimś tysiącu jej przesłuchań, nagle dociera do mnie, że ona jest zupełnie o czym innym.

Bardzo dobrze! To właśnie powinno być takie- wracasz do tych utworów i znajdujesz tam coś zupełnie nowego. Nie lubię prostych rzeczy w rodzaju- raz usłyszysz utwór i od razu wiesz, o czym to jest i od razu wiesz o nim wszystko. To jest nudne. Ja staram się robić materiał, który musisz przesłuchać kilka razy *śmiech*. Inna rzecz, że kiedy skończę daną rzecz, po na przykład roku zaczynam pracę nad czymś zupełnie innym, i z jakiegoś powodu zdarza mi się usłyszeć coś, co kiedyś skomponowałem, to mimo upływu czasu od razu wiem, o czym to było. Rozmawiałem kiedyś z bratem na temat pewnego tekstu na Masse Mensch Material i powiedział- "To jest o naszym ojcu". Ja na to- Co? Oszalałeś? - Nie, jestem całkowicie pewny, że jest o nim. Przesłuchałem ten utwór i stwierdziłem- "O cholera, faktycznie, masz rację!" To było coś, przez co przechodziłem, coś, co czułem i przelałem to na papier. Dla niego było to oczywiste, ale dla mnie- nie. Po tym, jak mi o tym powiedział, zdałem sobie sprawę, że to było tak bardzo oczywiste. Ale takie rzeczy się zdarzają, kiedy piszę o tym, co czuję- to jest takie cool, takę mądre, nikt nie będzie wiedział, co mam na myśli, nawet ja... A potem to wszystko robi się całkiem proste i na koniec nie jest wcale aż takie mądre.

Wierz mi, jest.

Może czasami jest, ale to tylko przypadek *śmiech*

Słuchając Festera nie mogłam się oprzeć porównaniu jej do Song of Joy Nicka Cave'a. Wiem, że wspominasz o nim jako o jednym z artystów, którzy cię inspirują. Czy tak się stało tym razem, czy to tylko moja chora wyobraźnia?

Zainspirował mnie film Larsa von Triera, nakręcił trylogię Europa, była tam scena na początku filmu, która przywoływała dziwne emocje. Podobało mi się to, więc spróbowałem ją odtworzyć na swój sposób.

Porozmawiajmy o tworzeniu zatem. Jak to się odbywa? Siedzisz sobie i nagle słyszysz w głowie muzykę?

Czasem siedzę sobie gdzieś i nagle w głowie pojawia mi się melodia. "O, to jest dobre, muszę to zapisać". Kiedy wracam do domu, zaczynam pracować z gitarą lub pianinem, ale najczęściej siadam z gitarą i pogrywam sobie, dopóki nie znajdę dobrego zestawu akordów, zazwyczaj też szybko znajduję linię melodyczną, pasującą do tych akordów i tak to się zwykle zaczyna. Po prostu gram na gitarze i to się dzieje. Albo i się nie dzieje, wtedy przestaję, ale zazwyczaj się dzieje. Zazwyczaj jednak nie siedzę w domu i nie gram aż tyle na gitarze, staram się nie komponować żadnej muzyki. Dzięki temu, gdy zaczynam robić muzykę, jestem "świeży". Nie robię prób, staram się robić jak najmniej, tylko to, co potrzebne. Czasem, gdy jestem u znajomego i ma on nowy instrument, pożyczam go i zaczynam na nim grać. Zazwyczaj wychodzi z tego coś nowego, bo w pewnym sensie odkrywam wtedy nowe tereny, uczę się nowego języka, którym będę się wyrażał. Tak było z banjo. Na Hell Money jest jeden utwór tylko na banjo. Po prostu kupiłem banjo, bo stwierdziłem, że fajnie byłoby je mieć i użyć je w którymś z utworów. Tak powstał kawałek Pornero, niejako na poczekaniu, nie wiem, czy po jego nagraniu w ogóle dotknąłem potem banjo. Większość materiału powstaje z pogrywania sobie na gitarze, ale czasem wymyślę sobie zdanie, które mi się podoba i w głowie mam jakąś melodię, więc próbuję znaleźć akordy do tej melodii i tego zdania, potem znajduję więcej słów i mamy utwór. Potem jest etap zastanawiania się, o czym to może być, co powinienem zmienić, co dodać itp. Kiedyś pracowałem bardzo dużo z samplami i innymi znalezionymi dźwiękami, więc zdarzało się, że np w filmie usłyszałem coś i stwierdzałem- "O, to świetny kawałek, powinien być o wiele dłuższy", więc zapętlałem go... Tak to się odbywa.

Zapętlasz i masz piosenkę.

Tak, czasem tak się dzieje, tak jakbyś znalazł to, czego od dawna szukałeś, coś, czego ci brakowało. To wszystko jest kwestią potrzeby i ciekawości. Cała zabawa bierze się z zaspokajania ciekawości. Kiedy coś cię interesuje, to próbujesz się dowiedzieć o tym więcej, to jest moment kiedy najlepiej się bawisz i wtedy dzieją się najlepsze rzeczy. Belgijski pieśniarz Jaques Brel powiedział kiedyś: " Nie ma czegoś takiego jak talent. Jedyne, co istnieje, to twoja chęć tworzenia." Kiedy byłem dzieckiem, miałem może 5 lat, ludzie mówili- "O, on ma smykałkę do muzyki". Wszystko dlatego, że lubiłem uderzać we wszystko, co wydaje dźwięk, podobały mi się same dźwięki. Nie miałem talentu do muzyki, nie wierzę w to. Po prostu lubiłem rzeczy, które hałasują.

Ktoś kiedyś powiedział, ze talent o 99% pracy i 1% szczęścia.

Dokładnie! Jest w tym bardzo dużo pracy. Nawet jeśli posiadasz tak zwany talent, nic ci to nie pomoże, jeśli nie siądziesz i nie będziesz nad tym pracował. To tylko praca. Tak jak powiedziałaś- muzycy tylko znajdują sposób na wyrażenie czegoś, to nie tak, że my czujemy więcej. Nie jesteśmy bardziej świadomi niż ktokolwiek inny, my tylko umiemy znaleźć sposób, żeby to wyrazić.

Jest to jakaś zaleta...

Może i jest. Może jest to zaleta, kiedy jesteś lekarzem albo prawnikiem. Bycie muzykiem niespecjalnie jest zaletą *śmiech*.

Miałam na myśli raczej to, że czasem człowiek czuje potrzebę, żeby coś stworzyć, ale nie wie co i jak. To wkurzające. Ty wiesz jak- po prostu piszesz piosenkę.

Tak, ale to mimo wszystko nie jest takie łatwe. Czasem to po prostu nie działa. Ale jak już zostało powiedziane- nie siedzę i nie czekam, aż mnie dopadnie muza. Widziałem kiedyś na YT wywiad z Nickiem Cavem, w którym opowiadał o swoim procesie tworzenia. Według mnie jego sposób jest bardzo dobry, przynajmniej dla mnie ma sens. Pewna dawka samodyscypliny jest konieczna, żeby móc coś zrobić. On codziennie rano idzie do swojego biura.

Jak do pracy.

Tak, to jak normalna praca biurowa. Po prostu tam siedzi i pracuje. Oczywiście, czasem wraca do domu nie zrobiwszy nic, nic się nie dzieje. Ale był tam i próbował. Czasem, gdy pracujesz nad innymi rzeczami, które musisz robić jako muzyk, zdarza się, że nagle znajdujesz się w momencie, który cię inspiruje. Gdy pracujesz nad albumem, ten moment jest bardzo, bardzo krótki. Jak z Hell Money- napisałem go w weekend. A potem są miesiące pracy. Potrzebujesz sekundy, żeby mieć pomysł, ale żeby pomysł nabrał realnych kształtów potrzeba wiele pracy. Siedzisz i myślisz, - jak to zrobić, żeby brzmiało dobrze i było interesujące, i nie było kalką z kogoś innego. To jest ta trudna część- wymyślić coś, co jest unikalne, twoje. W trakcie rozwoju jesteś oczywiście pod wpływem tego, co cię otacza, tego, co lubisz, i jako muzyk, dorastając, chcesz być każdym ze swoich ulubionych piosenkarzy czy aktorów. Widzisz ich, słyszysz i mówisz- "O, chcę być taki jak on, on jest świetny, robi świetną muzykę i ma super osobowość". To naturalne. Praca, którą musisz wykonać, to wyjście poza swoich idoli, uświadomienie sobie, że to, co uczyniło ich wielkimi, to to, że nie przejmowali się, co ludzie pomyślą, nie chcieli nigdzie na siłę pasować i robili, to co czuli.

Żeby znaleźć własną drogę.

Tak, i czasem też, aby znaleźć własną drogę musisz z początku coś naśladować, kopiować i podkradać od najlepszych. Musisz gdzieś zacząć. Tom Waits powiedział coś takiego...

Tak, mam nawet tu cały cytat: "Przechodzisz przez różne fazy bycia kimś innym, aż w końcu zostajesz z tym, co jest prawdziwie twoje"

Tak właśnie, Myślę, że to właśnie dlatego jestem tak zadowolony z Hell Money, ponieważ dla mnie jest to bardzo osobisty album, coś, co właśnie jest prawdziwym kawałkiem mnie, co nie brzmi, jak inny zespół. W moich poprzednich kawałkach jest bardzo dużo z innych zespołów, nie przeczę. Są tam wpływy zewsząd, ale musisz przez te wszystkie emocje przebrnąć, żeby odnaleźć siebie. Celem jest odnalezienie swojej własnej twórczości, jedynej i niepowtarzalnej. Ja znalazłem to, ale ty nie możesz się tu zatrzymać, musisz się cofnąć i pozwolić, by zainspirowali cię inni, abyś mógł stworzyć coś nowego. Tak jak Hell Money jest oczywistym hołdem dla Swans.

Masz już pomysł na kolejny album?

- Tak, ale zazwyczaj mam dwa lub trzy pomysły na przyszłe projekty, zwłaszcza, kiedy są to projekty tematyczne, jak na przykład Trylogia- skończenie takich projektów pochłania mnóstwo czasu. Pracuję nad czymś teraz. Wpadłem na ten pomysł parę lat temu, ale wtedy nie byłem jeszcze gotowy, robiłem inne rzeczy. Właściwie to zacząłem nad tym pracować po Trylogii, nagrałem już kilka kawałków do tego albumu.

(2 sierpnia, w dzień urodzin Jerome'a, ukaże się najnowsza płyta ROME A passage to Rhodesia. Album w ekskluzywnej limitowanej edycji można zamawiać na stronie  http://www.fantotal.de/en/rome/fan-set-rome-a-passage-rhodesia.html- przyp. red.)

Zdradzisz rąbek tajemnicy…?

Nie:) Nagrałem parę piosenek i stwierdziłem- "Ble,  to brzmi jak coś, co kiedyś już robiłem". Czułem, że trochę utknąłem. Nie jestem jak AC/DC *śmiech*- keidy wiesz, czego oczekujesz: określonego dźwięku, tej gitary- i to dostajesz. ROME to zupełnie inny projekt, wciąż próbuję wymyślać coś nowego.

Jeśli chodzi o klasyczne zespoły- słuchałam kiedyś sporo heavy metalu i hard rocka, i kiedy zespół próbował zrobić coś nowego, odkryć nowe muzyczne ścieżki- starzy fani mówili- "Omg, co wyście zrobili z muzyka, więcej nie będziemy was słuchać".

Są dwa sposoby na wyjście z sytuacji- albo ulegasz tym oczekiwaniom na zasadzie- to nasz zespół i powinniśmy grać tak i tak, zarabiamy na tym pieniądze, więc pozostajemy przy starych dźwiękach. I to jest w porządku, nie mówię, że nie. To praca, przy okazji której masz sporo zabawy. Ale to, co robimy my i wiele innych zespołów, jest inne- szukamy czegoś prawdziwego, czasem nawet niewygodnego. I to też jest ok, bo ludzie wiedzą, że za każdym razem dostaną coś nowego.

Zrobiłeś kiedyś ścieżkę dźwiękową do filmu, czy on się już ukazał?

Tak naprawdę zrobiłem kilka ścieżek dźwiękowych w przeciągu ostatnich dwóch-trzech lat. Jedną do filmu francuskiego, chyba już wszedł na ekrany, ale nie jestem pewien, trochę wypadłem z obiegu.

Możesz podać tytuł?

Comme un Homme. Drugi film to Silent City, produkcji holenderskiej. Czasem film nie jest wypuszczany przez lata, bo czekają z tym na najlepszy moment, jakiś nadchodzący festiwal na przykład. Dlatego zupełnie nie wiem, co się dzieje z tymi filmami w tej chwili.
(Silent City ukazał się na ekranach 4 października 2012 r. - przyp.red.)

Zamierzasz kontynuować "salonowe" koncerty, czy był to tylko jednoroczny projekt?

Pomysł był taki, żeby zrobić takie tournee, ale to nie wypaliło ze względu na olbrzymie odległości, które musielibyśmy pokonać, więc zamiast tego zrobiliśmy tu i ówdzie w Europie  parę koncertów. Wciąż mamy jedne czy dwa w planach. Graliśmy też kilka w USA. Było mnóstwo zabawy:)

Ciekawe jest, że graliście na festiwalu we Wrocławiu (Industrial Festival- przyp.red.) zespołami z zupełnie innej beczki.

Lubię to, bo masz wtedy różną publikę. Gdybyśmy wciąż grali z tymi samymi zespołami byłoby nudno, a na koncertach pojawialiby się wciąż ci sami ludzie. Oczywiście, gramy dużo z zespołami ze sceny dark folk, ale zawsze lubiliśmy grać z kapelami innych gatunków.

Nie  boisz się stracić fanów z powodu Hell Money? To zupełnie inny album, nie wszyscy pewnie go zrozumieją.

Powinienem się w takim razie bać co roku (śmiech). Ryzyko jest częścią tej pracy. Staram się nie czytać komentarzy, ale czasem mi się zdarzy i wydaje mi się, że widziałem po równo komentarzy pozytywnych i negatywnych. Ale to w porządku, wydaje mi się, że właśnie tak powinno być. Kiedy robisz cokolwiek, części ludzi nie będzie się to podobało, z takich bądź innych powodów. Jeśli dokładnie spełniasz oczekiwania ludzi, mogą w końcu uznać, że to nuda. Poza tym, im więcej myślisz na tym, czego chcieliby ludzie, tym bardziej będzie z tego chała. Może tym razem zdobędziemy więcej fanów, może ich stracimy, nie wiem. Myślę, że to normalna kolej rzeczy- raz tracisz fanów, raz ich zyskujesz. Rzecz jasna bardzo się cieszę, jeśli album się podoba. Jestem z niego bardzo dumny, i nawet jeśli ludziom się nie będzie podobał, to nadal  będę z niego dumny. Na przykład album Nos chants perdus wymagał od słuchacza więcej czasu na "oswojenie się". Staram się za bardzo nie przejmować takim rzeczami. Bardziej przejmuję się swoimi przyszłymi nagraniami *śmiech*, ale kiedy  już są nagrane, przestaję się nimi martwić.

Już zostały wydane, więc...

Tak, już za późno *śmiech*.

Mogę zapytać o inspirację do Odessy?

Źródło jest w temacie albumu. Miałem w głowie taki obraz, ludzi stojących nad oceanem i myślących podróży w inne miejsce. Nie wiesz, czy dopiero przybyli, czy dopiero wyjeżdżają, ale w powietrzu unosi się atmosfera oczekiwania... to chyba była pierwsza piosenka, którą napisałem do tego albumu.

Zastanawiałam się, czemu akurat to miejsce.

Widziałem fotografię tego miasta, bardzo starą, i to mnie zainspirowało.

Przez chwilę myślałam, że może Odessa odnosiła się do na w pół mitologicznej organizacji pomagającej byłym członkom SS.

Zabawne w tej historii jest to, że ludzie to źle zrozumieli, ale dlatego ją lubię. Po prostu podobało mi się miejsce. Spójrz na mapę- leży na granicy światów. To mi się właśnie podoba w tej idei i w tym miejscu- jest jakby na krawędzi i to znajduje odzwierciedlenie w tekście. Dla mnie to miejsce jest rozdarte pomiędzy różnymi siłami. Jest zespół ROME i jest też takie miasto, ale tak naprawdę jestem tylko ja. Tak samo z Odessą, to tylko miasto, ale dla mnie to bardziej jak emocja.

Nie odważę się zapytać o źródło nazwy zespołu, nie da się uniknąć spojrzenia w przeszłość.

Oczywiście, ale to właśnie bardzo dobre, sama możesz znaleźć własną interpretację. a prawda jest taka, że wzięło się od mojego imienia Jerome.

Ale pasuje.

Też tak sądzę, Chociaż nie jest to łatwa nazwa do wyguglania *śmiech*

A propos google- czemu wasza strona zniknęła na zawsze?

Pracujemy nad nową stroną, powinna ruszyć niebawem. Przez dłuższy czas nie było sensu w prowadzeniu strony, bo w zupełności, jako zespołowi, wystarczał nam Myspace, ale ten serwis umarł. Potem był FB, ale FB nie jest fajny, więc czas na stronę. Kiedy zaczynałem, Myspace wystarczał, aby nawiązywać kontakty i zainteresować ludzi tym, co robisz. Nie ja zarządzałem stroną, robił to mój znajomy, ale nie pracujemy już razem. Kiedy spytał, co robimy ze stroną powiedziałem- "Pieprzyć to, i tak jej nie używamy", utrzymanie jej wymagałoby wiele pracy. Poza tym była bardzo prosta..i ssała.

Nie miałam okazji jej obejrzeć.

Zwykła strona domowa, nic szczególnego. Byłem zajęty czym innym i nie mogłem się zająć nową. Powinienem zatrudnić sekretarkę *śmiech*. Nowa strona, jak sądzę, też będzie dość prosta.

Wiesz, prostota jest najlepsza.

Tak, ale czasem dobrze jest coś urozmaicić, żeby wyglądało dobrze.

Pytanie od fanów- co i gdzie właściwie studiowałeś? Wiemy o Manchesterze i Heidelbergu.

Studiowałem literaturę angielską i niemiecką, bo nie wiedziałem, co mogę robić innego. Mam tytuł naukowy, ale prawdopodobnie nigdy go nie użyję. Po prostu wiedziałem, że nie chcę od razu normalnie pracować, dlatego poszedłem na studia, poza tym naprawdę interesowało mnie to. Miałem też pracę. Trzy razy w tygodniu praca, dwa dni na uczelni, weekendy w studiu. Tak wyglądało moje życie, dopóki nie podpisałem kontraktu z Trisolem. Wtedy przestałem pracować.

Sprzedawałeś absynt, prawda?

Tak! W Heidelbergu jest taka knajpa-sklep. Kiedy się tam przeprowadziłem, zbiegiem okoliczności akurat ją otwierali, więc automatycznie stałem się jednym z najlepszych klientów, ale z racji tego, że dobre rzeczy są naprawdę drogie, musiałem znaleźć sposób na finansowanie swoich nałogów, więc po prostu zacząłem tam pracować *śmiech*. Było to super zajęcie, bo nie musiałem tam być każdego tygodnia, miałem elastyczne godziny pracy, więc jak jechałem w trasę, czy wracałem z wakacji, nie było problemu, praca wciąż tam była. Potem właściciel stał się moim przyjacielem, zawsze, kiedy jestem w pobliżu, to go odwiedzam. Właściwie to tam napisałem piosenki na Berlin, pod ladą.

Pod wpływam absyntu?

Tak, może niektóre *śmiech*. Sklep był otwarty 12-20, więc to było 8 godzin pracy, ale w zależności od miesiąca zdarzało się, że nie było w ogóle klientów, albo były tylko 3- 4 osoby. Siedziałem więc tam i słuchałem muzyki.

Mogłeś też czytać.

Czytałem sporo książek, ale też zajmowałem się innymi rzeczami, pracami na Uniwersytet, pisaniem tekstów, albo po prostu siedziałem tam sobie, to było świetne w tej pracy. A potem przychodziły gorące okresy, sezon turystyczny albo świąteczny i nagle mieliśmy setki klientów dziennie.

Wiem, że to popularne pytanie, ale ile znasz języków?

Luksemburski, francuski, angielski i niemiecki.

A hiszpański?

Nie za bardzo. Rozumiem, jak ludzie mówią powoli, ale nie mówię. Miałem parę lekcji, na tyle, żeby umieć zamówić posiłek.

To wystarczy. No i piwo!

Tak! (śmiech). Tak to działa. Nie umiem po hiszpańsku, ale bardzo chciałbym umieć. Bardzo chciałbym też mówić płynnie po włosku. Myślę, że niedługo zacznę się go uczyć, bo mam wielu znajomych we Włoszech.

Uczysz się, czy tylko zamierzasz?

Chciałbym, i w końcu to zrobię. Jak tylko będę miał więcej czasu.

Czyli nigdy.

Prawdopodobnie tak (śmiech).

Było parę pytań o sygnet, który nosisz, to jakaś rodzinna pamiątka?

Nie, nie, to zwykły pierścień, kupiłem do w sklepie w Heidelbergu.

Fani będą zawiedzeni.

Znalazłem go i mi się spodobał, był bardzo tani. Przykro mi, że was zawiodłem *śmiech*.

Poprzez swoją muzykę masz wpływ na ludzi. Czy czułeś się kiedykolwiek jak lider, guru? Chciałeś być kiedyś liderem?

Nie, nie, nie. Nie chciałbym, bo to duża odpowiedzialność *śmiech*. Nie uważam, że muzycy są aż tak wpływowi. A bycie liderem- to nie dla mnie. Wolę spokój i samotność, nie lubię tłumów.

Zapytam teraz o piosenkę Pornero….

Nie będę tego komentował *śmiech*

 ...bo nie wyguglałam nic...

I bardzo dobrze!

...poza tą dziewczyną, która jest... aktorką... to była inspiracja? Czy to jakiś rodzaj gry słownej?

Myślę...myślę, że nie powinienem wszystkiego wyjaśniać.

Ale mnie to zaintrygowało!

Dobrze, dobrze… Taki był cel!

Nie wspominając o dziwnym sposobie "śpiewania".

To właściwie był telefon. Starodawny, prawdziwy telefon, którego użyliśmy jako mikrofonu.

Myślałam, że głos był zmieniany komputerowo.

Tak, możesz użyć rożnych efektów, możesz kupić wymyślną wtyczkę, która daje efekt, powiedzmy, starego radia albo telefonu, i to brzmi prawie jak radio czy telefon, ale to jest szajs. Jeśli chcesz, żeby coś brzmiało jak radio, po prostu użyj starego radia i śpiewaj przez nie. To właśnie zrobiliśmy z telefonem.

Chciałabym to zobaczyć:D

Było zabawnie! Bardzo łatwo mi się nagrywało ten utwór, bo to tylko banjo i telefon.

Piosenka na banjo i telefon.

Tak, i to działa. Nagrałem ją w godzinę, czy coś koło tego, bo to tylko cztery ścieżki- telefon, trochę klawiszy, dwa banjo, miksowałem to raptem 10 minut i brzmi nieźle. Nie zawsze trzeba nagrywać setki ścieżek z setkami gitar i perkusji, żeby działało.

Prostota jest najlepsza.

Tak. Czasem najlepsza. I na dłuższą metę najtańsza *śmiech*

Jak widzisz siebie w wieku 60 lat?

Tak jak teraz. Może kulejącego.

Bardziej miałam na myśli- wygodny domek na wsi z wnukami, albo wciąż na scenie, z gitarą?

Taaaak… wiesz, 60-tka nie tak znów daleko.

Daj spokój, ile ty masz lat, trzydzieści?

Urodziłem się w 1981. Znam wielu artystów po 50-tce czy 60-tce. I wiem, że oni wciąż czuja się tak samo, jak w wieku 20-30 lat. Może tylko inaczej pachną, hehe. Nic się tu nie zmienia *wskazuje na głowę*. Nie uważam, że w ciągu życia wiele się uczymy. Może ci się wydawać, że robisz się mądrzejszy, ale...to nieprawda. Uczysz się, oczywiście, popełniasz tez rożne błędy, raz bądź wiele razy. Nie wiem, co będzie z moim życiem, ale jeśli moja kariera będzie się nadal tak rozwijać, na pewno nie zarobię mnóstwa pieniędzy. Nie widzę w przyszłości żadnego wielkiego przełomu, raczej pracę i próby stworzenia czegoś istotnego, co może, ale nie musi, w przyszłości przynieść zysk. Niedawno spotkałem artystę, który miał prawie 60 lat, i nadal koncertuje i jeździ w trasę, ma się dobrze i nie sądzę, aby w przeciągu ostatnich 30 lat jego życie się zmieniło, i nie sądzę, by moje się zmieniło. I to nie jest coś romantycznego, tak się po prostu dzieje. Jako muzyk nie dostajesz co miesiąc stałej pensji, jak urzędnik... Nie sądzę, żeby moja przyszłość obfitowała w niespodzianki, wciąż tu będę, wciąż śpiewając. Jeśli oczywiście będę mógł i mi na to pozwolą.

Bardziej pytałam o jakąś wizję życia codziennego…

Tak jak powiedziałem- nie sądzę, abym się tak bardzo zmienił. Jak Lemmy *naśladuje głos Lemmy’ego*. Ale wiesz, on rzecz jasna odniósł duży sukces, również finansowy, mieszka w Hollywood, ale wciąż jest tym samym kolesiem, jakim był 40 lat temu, i tak właśnie powinno to wyglądać. Patrząc na to, jak daję sobie radę teraz, nie sądzę, żebym był w stanie kupić sobie ferrari (albo czołg) *śmiech*

Ale ty przecież nie potrzebujesz ferrari.

Zdecydowałem się nie pożądać rzeczy, na które mnie nie stać, hehe.

Kiedy skończysz już nagrywać album, potrzebujesz czasu na odpoczynek, czy od razu zaczynasz pracę nad następnym? Czy też tworzysz kilka albumów równolegle?

Nie, zazwyczaj pracuję nad jedną rzeczą. Mam pomysły na następne albumy, staram się je zbierać i notować, ale na poważnie pracuję tylko nad jedną rzeczą na raz. Kiedy planujesz przyszłe projekty zbyt długo- wszystko potem będzie brzmiało tak samo. Ale kiedy pracuję nad czymś i to skończę, wpadam w pewnego rodzaju dół.

I jedziesz na wakacje.

Nie wierzę w wakacje. Staram się podtrzymywać twórczy zapał, bo to wymaga olbrzymich ilości energii i czasu, aby ten stan osiągnąć.

Właśnie o to pytam, jaki masz sposób, aby odzyskać energię, którą pochłonęła praca.

Jednym ze sposobów jest nie przestawanie i zazwyczaj go stosuję.

Jesteś pracoholikiem.

Tak, chyba tak. Kiedy już znajdujesz się w szale twórczym, zazwyczaj łatwiej jest po prostu iść dalej, niż zaczynać coś innego albo robić sobie przerwę, bo potem trzeba zaczynać wszystko od początku. Czasem jednak tak się zdarza, kiedy jesteś wyczerpany i potrzebujesz chwili, żeby się od tego wszystkiego odciąć. Jeśli chodzi o znanych muzyków, to zazwyczaj po wydaniu albumu ruszają w trasę, są na niej długo, z dala od domu i jak wracają, to są jeszcze bardziej wyczerpani, wtedy bardzo dużo czasu zajmuje dojście do siebie i bycie znów kreatywnym. Z ROME jest inaczej, nie jesteśmy tak sławni, nie koncertujemy miesiącami, niemniej jednak wciąż gramy. Zazwyczaj w studio siedzę w tygodniu, natomiast w weekendy gramy koncerty. To jest dla mnie fajne, takie przerwy od tego, co akurat robię, zagranie koncertu i powrót z odświeżonym umysłem. Mnie takie przerwy wystarczą, właściwie to pracuję cały czas.

To nie jest nudne? Mam na myśli taką rutynę.

Nie. Wcale nie jest nudne, zwłaszcza, jak grasz koncerty. I mówiąc granie koncertów mam na myśli 2 godziny na scenie, a potem 40-sto godzinna podróż, haha.

Co zaszło w trasie, zostaje w trasie.

To prawda, ale to inna bajka *śmiech*. Dużo się dzieje, jest dużo zabawy. Podczas grania koncertów spory procent czasu to ciężka praca, czasem mnóstwo stresu. A czasem są chwile, kiedy czujemy się jak na wakacjach z przyjaciółmi, w każdym razie my to tak odbieramy. Jasne- często tkwimy na lotniskach, czekamy na autobusy, czekamy w hotelach, duże jest tego czekania, ale kiedy robisz to z przyjaciółmi, to jest zabawnie.

Towarzystwo jest najważniejsze.

Dlatego właśnie wybrałem takich a nie innych ludzi do zespołu. Gramy razem, już... 2 lata? W czerwcu 2011 był nasz pierwszy wspólny koncert, więc musieliśmy zacząć pod koniec 2010, więc to już dwa lata, jak pracujemy w tym składzie. Wszyscy trzej towarzysze ze sceny to moi najbliżsi przyjaciele. Znasz tych ludzi tak dobrze, że kiedy ktoś ma zły dzień, po prostu zostawiasz go na chwilę samemu sobie i nie ma to wpływu na resztę zespołu, nie zastanawiasz się- "Oh, czy on czasem nie myśli o odejściu z zespołu? Nie bawi się dobrze?" Kiedyś bywało inaczej, koncertowanie mnie denerwowało. Nie lubiłem tego. Lubię podróże, ale bycie w trasie podróżowaniem nie jest. Bycie w trasie polega na ustawicznym czekaniu, potem spieszeniu się do klubów i leceniu do domu następnego dnia. Nie zobaczysz wiele poza hotelowymi lobby i lotniskami. Chwilami to bardzo nudne, aż do porzygania, a jeśli robisz to z ludźmi będącymi dobrymi muzykami, a nie twoimi przyjaciółmi, to w końcu następuje zderzenie charakterów i przestaje być zabawnie. To mi się podoba teraz w zespole- kiedy jedziemy w trasę wszyscy są naprawdę podekscytowani, każdy nie może się doczekać, bo po prostu lubimy ze sobą być, i tak właśnie powinno to wyglądać. Jeśli tak wygląda twoja praca- to jak wygrana na loterii! Wtedy nigdy się nie nudzi. nawet kiedy wracam przed biurko nie jest nudno, bo lubię tworzyć.

Jesteś niezłym szczęściarzem w tej kwestii.

Myślę, że tak. Tylko każdy wokół musi cierpieć w imię moich marzeń, hehe. Życie z muzykiem niekoniecznie musi być zabawne…

Ale jesteś typem samotnika, więc…

Tak, w pewnym sensie tak. Kiedyś byłem bardziej wyalienowany, ale też teraz, z tym zespołem- jest zupełnie inaczej.

Widać, że czujesz się o wiele pewniej na scenie.

Tak, zdecydowanie. Nie dlatego, że jestem lepszym muzykiem czy mam więcej pewności siebie, ale dlatego, że robię to co lubię z ludźmi, których lubię. Nie muszę się o nich martwić. Nie muszę ich wciąż przekonywać, że to jest fajne, co zdarza się z nowymi członkami albo z muzykami kontraktowymi. Ludzie, z którymi dotychczas pracowałem, byli bardzo mili i byli świetnymi muzykami, ale świat ROME był zawsze dla nich obcy, więc dużo energii zajmowało im zrozumienie go. Z moimi przyjaciółmi pracowałem już wcześniej, znamy się bardzo długo. W ROME są ze mną do 2 lat, ale znamy się od wieków, jak z Tomem, klawiszowcem. Jest moim najlepszym przyjacielem odkąd skończyłem 13 lat. Erica poznałem 2 lata temu, w międzyczasie spotkałem Patricka, który teraz jest na perkusji. Nasza znajomość sięga lata wstecz, graliśmy w rożnych zespołach szkolnych. Głownie punk rocka.

Na jakich instrumentach właściwie umiesz grać? Jak na razie mamy gitarę, banjo, fortepian, perkusję.

I to by było na tyle. Zaczynałem od gitary, jak większość, grywałem w wielu rożnych zespołach i zazwyczaj każdy tam umiał grać na gitarze, więc stwierdziłem, że spróbuję basu. Zacząłem więc grać na basie, grałem na nim w jednym z moich pierwszych punkowych zespołów. W moim całkiem pierwszym zespole grałem na perkusji, bo nikt inny nie chciał. I przez pewien czas byłem w tym całkiem niezły. Potem przestałem, ale wciąż sam nagrywam perkusje na swoich albumach. Ale to są bardzo proste rzeczy. Właściwie wszystko, co słychać na albumach, poza smyczkami, zagrałem sam. Jedynie lepiej zagrane partie pianina nie są moje *śmiech*. Zazwyczaj jednak to ja gram, ale są to bardzo proste rzeczy. Nie mam klasycznego wykształcenia muzycznego.

Powiedziałeś, że jako dziecko lubiłeś produkować dźwięki i rodzice myśleli, że masz smykałkę do muzyki. Nie próbowali cię nigdy zapisać na jakieś zajęcia?

Nie, na szczęście zdecydowali się tego nie robić. Pytali mnie, ale powiedziałem nie. Nie lubiłem wtedy chodzić do szkoły, więc kiedy zapytali się, czy chcesz chodzić do jeszcze jednej powiedziałem- Jeszcze więcej szkoły? Fuck you!

A lekcje prywatne?

Moi rodzice zastanawiali się cały czas, czy powinni mnie posłać do szkoły muzycznej, czy nie. Na szczęście dla mnie mój ojciec był do tego zmuszony będąc dzieckiem, a muzykalny nie był, więc powiedział, że nigdy nie zrobi tego własnemu dziecku. "Nie wyślę go tam i nie zrujnuję mu życia". Jestem bardzo zadowolony, że nie posłał mnie do tej szkoły. W wieku 14 lat byłem gitarowym samoukiem, wiedziałem, że jest mnóstwo technik, których nie znam i nie wiem, jak je zastosować, więc wziąłem w tym kierunku lekcje. Był to mój pomysł i ja za nie płaciłem, uczyłem się tylko tego, co chciałem. To było jakieś pół godziny tygodniowo, trwało chyba przez 8 miesięcy. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem, obawiam się, ze zapomniałem większość. I nigdy nie nauczyłem się czytać nut *śmiech*

Na koniec- czy chciałbyś coś przekazać polskim fanom?

Cieszę się, że w końcu udało nam się zagrać w Polsce i mam nadzieję, że zobaczymy się wkrótce znów:)

Dziękuje za rozmowę.


Specjalne podziękowania dla Leopolda - za pomoc w wywiadzie i wiele innych rzeczy:)  
LD
Autor:
Tłumacz: Lady Dragon
Data dodania: 2014-06-12 / Wywiady


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: