AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Wave Gotik Treffen 2009


Czytano: 6570 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Mroczna alternatywa nie jedno ma imię. Przekonał się o tym każdy, kto choć raz odwiedził miasto Lipsk podczas kultowego już festiwalu Wafe Gotik Treffen. Każdy, nawet najbardziej wybredny fan tego rodzaju muzyki, znajdzie tu coś dla siebie. Muzyka gotycka, industrial, elektro, (od dłuższego czasu) metal, ambient, neo-folk i ich pochodne. Nie sposób się tu nudzić. Do trudnych zadań dla konesera jednego z gatunków należy opracowanie optymalnej mapy wizyt na koncertach. Bardziej "otwarci" stają przed wyborami, nieraz niezwykle bolesnymi. No bo jak tu zrezygnować z występu jednej gwiazdy na rzecz drugiej? Na WGT, przy dziesiątkach koncertów i imprez towarzyszących, to niestety standard. Poniżej krótka historia tego, co działo się na scenach neo-folk i ambient. Zapewne wielu chciało tam być, a nie dotarło.

Piątek

Pierwszy dzień festiwalu warto było spędzić głównie w Kuppelhalle. To dość specyficzny budynek należący do struktury lipskich terenów targowych. Scena znajduje się w rotundzie, a na tej zagrała już niejedna formacja (m.in. świetny koncert dał tu swego czasu Derniere Volonte). Piątkowy wieczór otwierała austriacka grupa Jannerwein, której nazwa niewiele mi mówiła. Jak na początek zgromadzili bardzo liczną publikę, co pozwalało sądzić, że jest to jednak zespół, na który warto zwrócić uwagę. Muzyka okazała się melodyjnym neo-folkiem z niemieckimi tekstami. W 2008 płytę ich wydał Heimatfolk (sublabel Steinklang Industries), ale mi prezentowane utwory głównie kojarzyły się z dokonaniami zespołów zrzeszonych w drezdeńskiej wytwórni Eis & Licht. Były gitary, wspomniany niemieckojęzyczny wokal, harmonia (bodaj w 2 kawałkach) i flet (w jednym utworze). Na scenie artystów wsparli Kris z grupy Sturmpercht oraz Thomas z Die weisse Rose. Pewnie warto śledzić ich poczynania, bo za jakiś czas może być o nich trochę głośniej.

Koncert Of the Wand and the Moon rozpoczął się bardzo spokojnie. Dźwięki, we wszechobecnym półmroku, bliższe były klimatowi ambient niż utworom z płyty Sonnenheim. Dopiero po jakimś czasie Kim wraz z dwoma kompanami rozkręcili się i ze sceny usłyszeliśmy takie smaczki jak Nighttime In Sonnenheim, Summer Solstice, czy Hail! Hail! Hail! Zespół w kilku kawałkach wspierał członek Solblot. W trakcie koncertu nie zabrakło starszych utworów. Był m.in. My Devotion Will Never Fade oraz I Crave for You. Wiele osób porównuje dokonania OTWANM do muzyki tworzonej przez Death In June i wiele jest w tym prawdy. Poza gitarami wokal Kima do złudzenia przypomina głos Douglasa P. Koncert jak zwykle na wysokim poziomie. Wielu wyczekuje teraz z niecierpliwością ich kolejnej płyty.

Po koncercie Rome, na którym podobno zagrali bardziej melancholijne i nastrojowe kawałki, na scenie pojawił się Ian Read. Człowiek niezwykle ceniony w świecie neofolku, bard XXI wieku z niezwykłym spokojem i przede wszystkim wielką pasją wyśpiewujący swe ballady. Na scenie wspomagany przez muzyków Forseti - jak zwykle stworzył niesamowity klimat. Fire + Ice to żywa legenda, pełne emocji opowieści, w których na pierwszy plan wychodzą owe historie, a muzyka tworzy pewne tło. Podczas koncertu można było odczuć wielki respekt publiki względem artysty. Dawała ona temu wyraz po każdym utworze nagradzając Iana i pozostałych muzyków gromkimi brawami. Ostatni utwór zadedykowany został liderowi Blood Axis i ten serdeczny gest również bardzo pozytywnie przyjęli wszyscy zgromadzeni.

Sobota



Ten dzień to kontynuacja neofolkowej fiesty, a otwierał go zespół Die weisse Rose. No i na początek strasznie mieszane uczucia. Wiele osób twierdzi, że to naśladowcy, czy wręcz kontynuatorzy tego co proponował Michael Moynihan i jego Blood Axis. Owszem, było militarnie, pompatycznie, wzniośle i złowrogo, ale daleko jeszcze Duńczykom do uzyskania statusu kultowej kapeli. John Murphy na bębnach i dwie blond bestie obsługujące werble nie pomogły niestety w stworzeniu odpowiedniej oprawy. Projekt z jednej strony mocno przereklamowany, ale trzeba przyznać, że sala klubu Anker była mocno zatłoczona i wielu osobom koncert przypadł do gustu.



Trochę ludzi ubyło i zrobiło się nieco luźniej pod sceną kiedy swój koncert rozpoczął Neutral. Kilka lat temu pojawili się już w Lipsku na tej samej imprezie. Wówczas zagrali w dwójkę. Tylko Ash na wokalu ze swoją gitarą i jego kompan – skrzypek. Mimo tak okrojonego składu był to niebywale energetyczny występ. Charyzmatyczny wokal, mocne akordy i wirtuozerskie skrzypce. Tym razem było podobnie choć na scenie pojawiło się więcej osób. Ash, który obecnie mieszka i pracuje w Anglii, poprosił o wsparcie swoich przyjaciół z While Angels Watch. W związku z tym względem poprzedniego występu doszły bębny i dodatkowa gitara. Najwięcej materiału zagrali z nowej płyty zatytułowanej "Serpents in the dawn". Były też utwory z wcześniejszych wydawnictw m.in. "Diamonds in your hands". Grupa Rosjan zgromadzona pod sceną co utwór zagadywała Asha, który czasem dawał się wciągnąć w krótką wymianę zdań. Jeden utwór na bis i na deskach rozpoczęła instalację Ostara.

Zespół ten, a raczej jego lider to kolejny ważny symbol tej sceny. Richard Leviathan, bo o nim mowa, stworzył kultowy już Strenght Through Joy, grał w Foresta di Ferro i KAPO! (tu razem z Douglasem Pearcem z Death in June). W Lipsku, obok Leviathana, pojawiło się na scenie dwóch innych gitarzystów i w takim zestawie zaprezentowali się publice. Tylko 3 gitary i wokale, ale to wystarczyło, aby zadowolić większość zgromadzonych w klubie. Zagrano zarówno utwory z wcześniejszych albumów, jak i kawałki z najnowszego materiału. Wiele z nich łączyło melodię i mroczne teksty. Dość brutalne, ale i charakterystyczne połączenie. Tak charakterystyczne jak wokal Richarda Leviathana, który był najważniejszy i najbardziej eksponowany tego wieczoru. Gitary i wokal włączający się podczas refrenów były jedynie tłem. Aby w pełni ukazać walory wokalu Richard utwór na bis zaśpiewał acapella.

Wieczór w Anker zamknął swym występem 6comm, a więc nie kto inny jak Patrick Leagas. Gdyby nie on, różnie mogłyby potoczyć się losy Death In June, a album NADA! być może w ogóle by nie powstał. Jego koncerty należą raczej do rzadkości, z tym większą uwagą i niecierpliwością wiele osób wyczekiwało pojawienia się na scenie artysty. A na tą dość długo nie wychodził. Słabe światło ukazywało jedynie potężną baterię przeróżnych urządzeń perkusyjnych, talerzy i przeszkadzajek. Chwila mrocznej muzyki w ramach intro i wreszcie Leagas wyszedł przed publikę. W długim wojskowym płaszczu i chełmie wyglądał jakby właśnie wyskoczył z okopu. Wielu pewnie dało się nabrać, że będzie militarnie, ale dalsze części występu zaskoczyły pewnie niejednego widza i słuchacza zarazem. Cały koncert niesamowicie szybko minął ze względu na atrakcje serwowane przez Patricka. Mimo że występował sam, na scenie dwoił się i troił. Szczególnie angażował się podczas dynamicznych utworów z masą elektroniki i stroboskopów. Oprócz nich, dla zachowania naturalnej równowagi, były oczywiście spokojniejsze partie. Tu królował wokal Leagasa, który najlepiej zabrzmiał w starym hicie Death In June z płyty NADA! The Torture Garden i powalił wszystkich bez wyjątku. Znaczna większość zdawała sobie bowiem sprawę, że teraz, gdy nie ma już koncertów Douglas’a, taki klasyk w wykonaniu byłego muzyka DIJ to prawdziwy rarytas.

W sobotni wieczór, a właściwie noc, odbył się jeszcze jeden koncert. Już nie w Anker, a w głównej hali koncertowej o 1.30 pojawił się na scenie z zespołem David Tibet. Mimo bardzo późnej pory hala była w większej części zapełniona. No i Current 93 zagrał wreszcie w Lipsku, ale czy był to koncert na miarę geniuszu Tibeta? Z perspektywy czasu można usprawiedliwiać aranże i repertuar jaki zaprezentował zespół. W wielkiej blaszanej hali nie da się niestety stworzyć subtelnego i magicznego misterium. Wielu chyba jednak niestety na takowe czekało. W porównaniu z występem we Wrocławiu, były to dwa diametralnie różniące się spektakle. W kościele był klimat i obcowanie z Absolutem. W hali na scenie królowała rock opera z muzykami w t-shirtach i ostrymi gitarami. Sami artyści i część publiki bawiła się świetnie, ale byli też zawiedzeni, którzy chcieliby jak najszybciej zapomnieć o tym występie. Ci drudzy pewnie jeszcze tego samego wieczoru starali się odszukać w swych odtwarzaczach mp3 kojących ballad Tibeta.



Poniedziałek

Dla uniknięcia nieporozumień i zachowania pełnego porządku opis tego co działo się w poniedziałek należy poprzedzić krótką informacją na temat niedzielnych wydarzeń. A to był chyba jedyny taki dzień w historii moich 9. wyjazdów na tą imprezę. Dzień bez koncertów z serii "trzeba na nim być". Wspaniały czas spędzony na wielu ciekawych rozmowach, zwiedzaniu stoisk z płytami, bez ciągłego spoglądania na zegarek i nerwowego sprawdzania programu. Krótko sielanka przez duże es.

Poniedziałek to dzień, w którym wróciłem do Kuppelhalle, tak więc muzyka zatoczyła magiczny krąg. Hipnotyczna spirala wkręcała tego dnia coraz głębiej i głębiej, aż do onirycznych dronów Troum…, ale po kolei. Pierwszym muzykiem, jakiego udało mi się zobaczyć, był Phelios. Młody grajek, w koszulce Herbst9, w okularach i z długimi włosami. To musiał być jeden z jego pierwszych koncertów, bo na początku widać było wyraźnie tremę. No i lekkie przerażenie w jego oczach po tym jak strącił na ziemię sprzęt Circular, który już wcześniej przygotowano dla tego projektu na stoliku obok. Później jednak za sterami swego komputera radził sobie już dość dobrze. Przy zapachu zapalonych samodzielnie kadzidełek serwował dźwięki mroczne, ale w wielu przypadkach nie pozbawione rytmu. Inspiracją były tu zapewne twórczość Bad Sector, a już na pewno Lustmord. Utworów było kilka, może nawet bliżej dziesięciu. Nie stanowiły one jednak spójności, były wręcz chaotyczne i jakby bez ogólnego konceptu. Spójność nadeszła w trzech kolejnych odsłonach, które można opisać właściwie razem. Potężną mistyczną podróż przy hipnotycznych wizualizacjach zaproponowały kolejno Circular, Herbst9 oraz Troum. Projekty skutecznie manipulowały słuchaczami emitując w ich kierunku masę przewalających się dronów i jednostajnych szumiących podkładów. Kosmiczne dźwięki wydawały się kumulować i zapychać każdy centymetr pomieszczenia. Całości dopełniały filmy potęgujące kontemplację. Wirujące symbole, monumentalne twierdze, złowieszcze lasy. Cała trójka potwierdziła klasę. Ich muzyki świetnie słucha się z płyt. Jeszcze lepiej na żywo.

Strony:
Autor:
Tłumacz: perennite
Data dodania: 2010-04-25 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: