AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Amphi Festival 2016


Czytano: 62 razy


Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Amphi festival 2016 po ubiegłorocznej zmianie miejsca, wrócił do swojej poprzedniej lokalizacji – Tanzbrunnen w Kolonii. Był to fakt, który tak naprawdę przekonał nas do wybrania się na ten fest ponownie. Ubiegły rok mimo dobrego line-upu nie spotkał się ze zbytnim entuzjazmem fanów gdyż wiele koncertów odwołano, a wszystko odbywało się w hali odległej o jeden przystanek S-bahn od klasycznej lokalizacji. Amphi na tanzbrunnen ma swój klimat, jest plaża, są leżaki i dużo terenu zazwyczaj ciekawie zagospodarowanego więc czujesz się bardziej jak w gotyckiej wiosce niż poprostu na kolejnym koncercie w hali.
Jak to bywa przy tak dużych imprezach, w piątek przed dzień rozpoczęcia festiwalu, zorganizowane było wiele rozrywek dla fanów, którzy już zjechali do miasta. Co ciekawe, Amphi w tym roku (WRESZCIE!) rozpoczęło kooperację z kulturalnymi obiektami w Kolonii – przy okazaniu biletów na festiwal wstęp do muzeów był o wiele tańszy. Poza tym, w piątek popołudniu można było wziąć udział w pikniku wiktoriańskim zorganizowanym przez fanów w parku w centrum Kolonii – praktyka dość znana z Wave Gotik Treffen. My, po zwiedzaniu muzeum Rzymsko- Germańskiego i dawnej siedziby gestapo na tańszych ku naszej radości biletach, stwierdziliśmy, że zbieramy siły na wieczorne imprezy. Do wyboru był oficjalny before-party na tanzbrunnen w teatrze, gdzie między innymi DJ’ejskie sety dawali Erk z Hocico i Alex Wesselsky znany z Eisbrecher oraz Adrian Hates z Diary of Dreams. Drugą opcją były zorganizowane na drugim końcu miasta w Essigfabrik przez ekipę EOD Dark Genesis w tym wokalistę Agonoize, koncerty Rotersand, Reaper oraz Stoppenberg. Nauczeni pozytywnym doświadczeniem kolaboracji essigfabrik i Agonoize kilka lat wcześniej, wybór padł właśnie na to miejsce.
Na temat Stoppenberg i Reaper nie będę się zbytnio rozpisywał, mocne elektroniczne brzmienia, typowe ‘laptopowe’ koncerty rozgrzewające publikę. Co jakiś czas trzeba było wychodzić na zewnątrz bo temperatura w środku bywała nieznośna. Co do przed festiwalowego koncertu Rotersand,nbawiliśmy się świetnie i widać, że reszcie publiki także się podobało. Wokalista pare razy zafałszował przy bardziej znanych hitach ale kto by tam zwracał uwagę:D. Nie zabrakło takich szlagierów jak "electronic world transmission" czy "exterminate annihilate destroy". Po koncertach planowaliśmy się wyspać by mieć siły na samo Amphi które rozpoczynało się o 11 rano!.. ale jak zwykle parkiet nas wciągnął, starzy znajomi Niemcy rozgadali..i tym sposobem dopiero po 4 dotarliśmy na kwaterę w drugim końcu miasta.

Sobota

Jednym z naszych planów na pobudkę był koncert [X]-RX rozpoczynający się, jak to w Niemczech, PUNKTUALNIE o 11:00.. wyszykowani dotarliśmy do tanzbrunnen styk i odebraliśmy poranną kawę w postaci srogiej elektroniki i mocnego beatu od dwóch członków zespołu [X]-RX. Fakt, że właśnie o tej godzinie teren festiwalu i pod sceną wypełniony był po brzegi, oznacza, że zespół jest naprawdę lubiany, a kawałki takie jak "stage 2" czy "feel the fucking bass" definitywnie ruszyły z miejsca zaspanych festiwalowiczów. Po koncercie, zrobiliśmy szybki rekonensans terenu festiwalu, odwiedziliśmy stoiska z odzieżą w klimacie, krótko mówiąc – zorientowaliśmy się co, gdzie i kiedy. Dwa lata wcześniej z powodu odpadających części sufitu w Statenhaus (scena nr 2 w ubiegłych latach), sporo terenu w hali było odgrodzone. W tym roku organizatorzy zrezygnowali z tego miejsca na rzecz drugiej sceny, którą był wcześniej wspomniany teatr, oraz sceny trzeciej – całkowicie nowegp przedsięwzięcia, oddalonego około 200m promu rzecznego Rhein-Energie, który zacumował przy Tanzbrunnen. Prom był niestety jedynym sprawnie klimatyzowanym miejscem festiwalu, w którym dodatkowo butelkowane piwo było tańsze niż ‘z kija’ w pozostałych miejscach – także ten przyjemny stateczek stał się naszym ulubionym miejscem odpoczynku pomiędzy koncertami. Na grającym po [X]-RX, Solitary Experiments publika była już wyraźnie obudzona, a liczny zespół zapełniający większość sceny, dał wyjątkowo dobry koncert. Podczas Megaherz, ja osobiście wybrałem się coś zjeść, ale reszta mojej ekipy obeznana w Megaherz na codzień, przyznała że ‘porywająco’ nie było, a znany "miststuck" brzmi dużo lepiej z poprzednim wokalistą, śpiewającym obecnie w Eisbrecher – Alexem Wesselsky’m.
Przyszła kolej na Stahlzeit. Jako, że jesteśmy die hard fanami Rammstein, ten tribute band zaprzątał nam głowę. Lata wcześniej widząc ich po raz pierwszy byliśmy pozytywnie zaskoczeni jak dobrze ten zespół potrafi brzmieć, wyglądać i co ważne śpiewać jak Till Lindemann. Tym razem było jeszcze lepiej! Z repertuaru Rammstein, Stahlzeit zagrał między innymi "mein teil" z pirotechniką w 95% podobną do tego co robi najbardziej znany tanz metalowy zespół na świecie. Poza tym były jeszcze Du Hast, Sonne.. i parę innych szlagierów na których każdy z nas zdarł struny głosowe. Stahlzeit to dobra alternatywa na mniejsze festy, nie biorą zapewne tak dużo jak zespół, który coverują, a prezentują klasę..ba! wokalista wygląda i śpiewa jak brat bliźniak Lindemanna!
Następnym zespołem na scenie był Mono Inc. który poza swoim zwykłym repertuarem, i solówką drugiego głosu zespołu, perkusistki Katha Mia niczego nowego od kilku lat nie zaprezentował. Zespół znany z romantycznych tekstów zagrał oczywiście "voices of doom" czy "arabia", a wokalista w dość jednoczącym geście wybrał się na lożę osób niepełnosprawnych by wśród nich śpiewać "gothic queen". Przyznam, że po mocnym graniu to była miła odmiana, a tłum był zachwycony i mocno wzruszony.
Gwoździem pierwszego dnia festiwalu dla mnie był koncert solowego projektu byłej wokalistki Nighwish, Tarjii Turunen. Tarja, dała niesamowity pokaz możliwości swojego głosu i przy tym sama świetne bawiła się na scenie. Można było usłyszeć "no bitter end" z ostatniej płyty solistki, stary repertuar Nighwish w postaci "ever dream", a także znakomite wykonanie coveru zespołu The Muse – "supremacy". Kilka dni przed Amphi Festival, ogłoszono, że Tarja będzie dostępna podczas tzw. autographstunden co było niemałym zaskoczeniem. Fani wiedzą, jak ciężko ją złapać na rozmowę, zdjęcie czy autograf. Solistka oczywiście pojawiła się w wyznaczonym miejscu nawet przed czasem i każdego kto czekał na ‘audiencję’ przyjęła ciepło z uśmiechem pozując do zdjęć.
Na głównej scenie następni byli Peter Heppner oraz najbardziej lubiany przez Niemców - Blutengel, którego końcówkę zdążyłem zobaczyć. Jak zwykle Chris Pohl kupił tłumy klasycznym dla nich pokazem scenicznym, tancerkami oraz wokalistką u boku był najważniejszym punktem dnia dla większości festiwalowiczów.
My jednak, w czasie tych dwóch koncertów wybraliśmy się na Neuroticfish do teatru. Wypełniony po brzegi teatr był bardzo duszny jednak ludzie bawili się OBŁĘDNIE! Poleciały znane kawałki z płyty Gelb. Chwytliwy "they are coming to take me away" oraz inne elektroniczne utwory przy których absolutnie wszyscy wokół tańczyli. Przyznaliśmy wspólnie, że to był dla nas najlepszy koncert elektroniczny na Amphi 2016 i mimo tej duchoty, atmosfera była niesamowita!
Front Line Assembly nie wypełnił już tego miejsca tak bardzo, ale to pewnie kwestia Blutengela dającego koncert w tym samym czasie. Koncert przeciągnął się conajmniej o 20min, na co pozwolić sobie mogły tylko duże zespoły grające jako ostatnie. W Niemczech zawsze ‘ordnung muss sein’ Było dobrze, jednak ciężko mi coś więcej powiedzieć gdyż widziałem ich pierwszy raz i nie słucham FLA zbyt często.
Po wszystkim, nie było już sił by wstąpić na parkiet teatru i after party więc spędziliśmy wieczoru w beach bar charakterystyczny dla Amphi, w wygodnych leżakach, integrując się z festiwalowiczami przy piwie.

Niedziela

Kolejny dzień rozpoczeliśmy równie wcześnie. Punkt 11:40 na scenie w teatrze rozpoczął Xotox. Znów ciężki beat i elektronika budziła nas do życia. Teren festiwalu zaskakująco zapełniony ponownie. Wyjątkowo gustujemy w mrocznej i noisowej eletronice także Xotox zrobił nam naprawdę dobrze swoim setem. Po koncercie, wybraliśmy się na zimne piwo we wspomnianym wcześniej Rhein- energie. Przy upalnej pogodzie i po dusznym koncercie w teatrze musieliśmy w ten sposób "odżyć" słuchając trzeciej sceny z górnego pokładu promu.
Ost+Front był kolejnym zespołem na który czekaliśmy. Zespół słuchany z płyty, czy teledysku całkowicie nie umywa się do show jakie robią na scenie na żywo. Charakterystyczne stroje, klimaty rodem z rzeźni i bloodbath. Do tego mundury wojskowe, mocne metalowe brzmienie gitar i niski wokal. Było świetnie, a Ost+Front na żywo jest definitywnie warty zobaczenia.
Po koncercie nie było zbyt wiele czasu na odpoczynek gdyż na świeżym powietrzu swój show rozpoczynał zawsze prowokujący, znany z mocnych tekstów i wizualizacji rodem z horroru - Suicide Commando. Wokalista wszedł na scenę w czarnym stroju przypominającym ku klux klan. Dało się też zauważyć ortezę na nodze Johana, i zastanawiało mnie czy to uraz z festiwalu Out of Line gdzie właśnie nabawił się kontuzji nogi na scenie. Hity takie jak "Die motherfucker die", "Cause of death" czy porywający "Attention whore" dały fanom się wytańczyć i Suicide Commando ponownie nie zawiódł.
Wybór następnego koncertu był trudny, w tym samym czasie grał Faderhead na promie oraz Covenant na głównej scenie. Obu zespołów nie mieliśmy okazji zobaczyć więc wyszło, że robimy pół na pół. Faderhead absolutnie zmiażdżył swoim koncertem publikę, pozytywnie oczywiście. Mimo, że wokalista wyszedł na scenie w dość nietypowym dla gotyckich festiwali outficie bo w dresie to jednak wszyscy skakali, cytowali teksty, a dyskotekowe elektroniczne brzmienie trżęsło konstrukcją statku. Członkowie zespołu pełni energii bawili i wygłupiali się z publiką, aż żal było opuszczać to miejsce w połowie by zobaczyć końcowe hity Covenant. W ciągu dwóch minut udało się wrócić z promu na główną scenę festiwalową gdzie właśnie rozpoczynał się znany hymn "call the ships to port". Ubrany w biały garnitur wokalista Covenant jak zwykle dał dobry koncert z klasą.
Znowu nie było czasu na odpoczynek gdyż po show Covenanta, już staliśmy w kolejce na metalowy punkt dnia w teatrze – Moonspell. Portugalski zespół wypchał po brzegi teatr i podczas koncertu dało się zauważyć mały mosh-pit pod sceną. Długie włosy powiewały, growlowy wokal rozbrzmiewał przy akompaniamencie mocnych gitar. Moonspell zagrał wiele swoich starych utworów w tym z najbardziej lubianej przez fanów płyty "wolfheart". Na bis przygotowany był długo wyczekiwany i świetnie wyśpiewany przez publikę – "alma mater".
Ostatnim koncertem festiwalu był headliner Editors, który mimo, że znany w światku muzyki indie, nie wszystkim pasował do gustu. Wysłuchaliśmy koncertu spokojnie na tyłach tłumu, a zespół zamknął setlistę znanym wszystkim "papillon". Po wszystkim byliśmy już konkretnie zmęczeni ostatnimi trzema dniami imprezowania, także obraliśmy kierunek na beach bar i wśród niesamowitych ludzi wpatrywaliśmy się nocną panoramę miasta i oświetloną katedrę.
Autor:
Data dodania: 2016-09-07 / Artykuły


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: