AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Amphi Festival 2013


Czytano: 7570 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Jest 19 lipca 2013, 6:00 rano minut zero zero, godzina absurdalna na wstawanie w środku lata, ale! Jak się ma solidny powód, którym jest pokonanie skromnej trasy do Kolonii ku Amphi Festival to motywacja wzrasta. Tym bardziej, że tegoroczną edycję otwiera nowe wydarzenie, które mam nadzieje stanie się tradycją. Zacznijmy jednak od początku…

Droga za nami długa i wyczerpująca, hektolitry napojów spożyte, drugie tyle wypocone, upał daje popalić, zapowiada się gorący festiwal.  Szybkim krokiem do hotelu, jeszcze szybciej pod odświeżający prysznic i lecimy na Call the Ship to Port. Pod ta nazwą kryje się ekskluzywny rejs połączony z imprezą na pokładzie jednego z największych statków wycieczkowych w Europie "MS RheinEnergie ".  W programie następujące koncerty: Classic & Depeche, Welle: Erdball, Covenant, after party plus zwiedzanie Kolonii z perspektywy Renu.
Ogrom statku robi wrażenie, czego w pełni można doświadczyć po wejściu na pokład, efekt wielkości potęgują szklane ściany dolnego pokładu, na którym znajduje się scena. Kiedy wszyscy goście już rozlokowali się po kątach, racząc się jadłem i napitkiem serwowanym na miejscu ruszyliśmy. Gdyby obraz za oknem nie zaczął się ruszać pewnie wcale bym nie odnotowała startu rejsu:D Wycieczki ciąg dalszy, trzeba zwiedzić górny pokład.  Od dziobu po rufę krzesełka, stoliki a przy nich same czarne łepki – fantastyczny widok! Mały przystanek na rozkoszowanie się krajobrazem oraz cieszenie fantastyczną pogodą, tak wietrzyk na twarz w upalny dzień i człowiek od razu inaczej działa. Plus nieoczekiwana niespodzianka, gaworzymy w najlepsze, aż tu nagle do mych uszu dobiega dziwnie znajomy głos, odwracam głowę w prawo, a tam dosłownie obok Eskil Simonsson! Widocznie rekreacyjno-relaksacyjna atmosfera udzieliła się także jemu, bo z uśmiechem na twarzy pozował do wspólnej fotki · Pora wrócić na dół, pierwszy występ już niebawem.
Classic & Depeche to Depeche Mode w klasycznej aranżacji wykonanej na pianinie przez niemieckiego muzyka Larsa Arnolda. W kilku słowach koncert kameralny, przyjemny, idealny na początek wieczoru. Fantastyczne wykonania utworów, które mogłoby się wydawać, że słyszało się już na tyle razy i w tylu wersjach, iż nic nowego w temacie się nie pojawi. Uśmiech z ust artysty nie schodził, co nie dziwi, gdy po każdym utworze był nagradzany brawami i coraz liczniejszą podulicznością pod sceną zaczarowaną nowym brzmieniem swoich ulubionych piosenek.
Kolejny wykonawca zamienił rosnący tłum pod sceną w wulkan energii podrygujący razem z wokalistą, gdyby harmonogram nie był tak pieczołowicie egzekwowany przez organizatorów, kto wie jak długo Welle: Erdball cieszyłby swoich fanów. 
Ufff…chwila na oddech i zajęcie pozycji pod sceną, biorąc pod uwagę fakt, iż nie było żadnych barierek można się było ulokować niemal pod stopami artystów, bliżej stać już się nie dało:D
Większość pasażerów, a może nawet wszyscy zebrali się by wysłuchać gwiazdy wieczoru, panów, których nie trzeba dodatkowo anonsować – Covenant. Na pierwszy ogień Ritual Noise, nastąpiła całkowita eksplozja energii i radości, wszyscy dali się ponieść niesamowitemu rytmowi i śpiewali razem z Eskilem. W skrócie tak przebiegł niemal cały koncert, nie dość, że wszyscy płynęli dosłownie rzecz ujmując to płynęli razem z zespołem z rytmicznym transie. Długo będę wspominać ten koncert, a że był absolutnie udany to tym bardziej. W set liście nie mogło oczywiście zabraknąć tytułowego dla imprezy kawałka Call the Ships to Port, czyli absolutny obłęd zarówno na scenie jak i pod nią! Gromkie brawa i owacje przyniosły efekt w postaci "Dead Stars" na koniec porywającego występu.



Po wszystkim miało być jeszcze after party jednak połączone siły Welle: Erdball i Covenant chyba wyssały całe moce z publiki, bo zaraz po przybiciu do portu niemal wszyscy zeszli na ląd.
Przedsmak tego rocznego Amphi za nami, pora na danie główne, a po takiej przystawce apetyt rośnie.

Sobota

W trzech słowach to był zakręcony, gorący, wybiegany dzień. Tanzbrunnen park z każdą godziną coraz bardziej wypełniał się uczestnikami festiwalu, a tych wcale nie było mało, co potwierdza fakt, że wszystkie bilety na tegoroczne wydanie Amphi zostały dawno wyprzedane. Stąd przemieszczanie się między sceną główną, a drugą w hali oddalonej o jakieś 150m z czasem wymagało kombinowania by być na czas i mieć dobre miejsce.
Żar lał się z nieba, typowa upalna letnia pogoda i tu należy się ukłon w stronę organizatora, który zadbał o dostęp do zimnej wody, zarówno pitnej i w formie czegoś na kształt natrysku – bez tego byłoby ciężko się tam nie usmażyć.
A Life [Divided] wystąpili w roli startera sceny głównej, niemiecki zespół łączący rock z electro i elementami, synth rocka z melodyjnym czasem złamanym chrypą wokalem.  Niestety czas na scenie pozwalał zagrać im jedynie sześć utworów, a szkoda, bo całkiem się wkręciłam w nowo poznaną kapelę. Przyjemny w odbiorze, nawet momentami troszkę mocniej zagrane nuty- polecam utwory "Heart on Fire" i "The Last Dance". Nawet była mała niespodzianka w postaci coveru "Perpetual" VNV Nation.
Gdyby nie brać pod uwagę momentów, w których na obu scenach działo się nic, można śmiało stwierdzić, iż przez cały festiwal obie sceny były wypełnione albo wypełnione po brzegi publicznością od samego początku. Pozytyw w tym taki, że każdy artysta miał, dla kogo grać, a to dla wielu dodatkowy motywator by występ był jak najlepszy, minus do wszystkiego kolejki i obijasz się o ściany ludzi, by dotrzeć do obranego celu. Nie było opcji wysłuchać wszystkich koncertów w całości, uroki festiwalu ;) jednak starałam się tak zakombinować by usłyszeć, chociaż po dwa kawałki z każdego wykonawcy.
Tym sposobem udało mi się usłyszeć na żywo "Ewig" Xotox. I co z tego, że od wersji studyjnej niewiele się różni, efekt wersji live – bezcenny.



Tymczasem na głównej scenie gra już, Stahlmann, kto lubi twórczość panów z Rammstein powinien z tego koncertu wyjść zadowolony. Połączenie industrialu z nieco cięższym graniem w melodyjnym wydaniu. Plus za sceniczny image – wygląd samych muzyków (ciała pomalowane na srebrny metalik) i dymna atmosfera z grą świateł, wszystko widoczne w ciągu dnia, dzięki sprytnemu zaciemnieniu sceny.  
Pozostając przy głównej scenie po przerwie zaczyna koncert trio z Solitary Experiments. Niemiecki future pop/industrialny skład zaserwował tak zwane znane i lubiane utwory jak "Delight" oraz świeżo wydane utwory, świetnie przyjęte, zwłaszcza, że słuchacze w większości już znali teksty na pamięć. Szkoda tylko, że nie udała się zespołowi niespodzianka przygotowana na pierwszy kawałek "Stars", w postaci modelek grających właściwy zespół.
Czas zajrzeć do hali obok gdzie licznie zgromadzoną publicznością zaopiekuje się ekipa z Faderhead. Okej nie są wybitnymi tekściarzami, wokal czasem oscyluje między średniej, jakości rapem, porykiwaniem i śpiewem, ale i tak byłam ciekawa jak wypadną na żywo. Efekt? Typowo imprezowy zestaw, w tym czterech facetów rytmicznie skaczących po scenie, samo to zachęcało do podrygiwania. Największy entuzjazm wywołał kawałek "Dirtygrrrls/Dirtybois", na który po cichu liczyłam:D W sumie energetyczny, całkiem niezły set, a teraz uciekam na powietrze, bo wentylacji tu niemal brak.



Kolejnym zespołem w moim sobotnim rozkładzie jazdy był poboczny projekt ekipy z Corvus Corax, czyli rockowo-industrialny Tanzwut. Nazwa zespołu pochodząca od zbiorowej psychozy, która objawiała się poprzez niekontrolowane ruchy przypominające taniec wprost idealnie oddaje to, co się działo podczas koncertu. Rewelacyjny kontakt z widownią, bijącą niekończące się brawa – średniowieczne klimaty wyjątkowo służą festiwalom ;)
Scena na czas przygotowań do następnego występu została zasłonięta, powody ku temu konkretne, dobra kawałek udało mi się podejrzeć stojąc taktycznie na uboczu sceny, jednocześnie na tyle blisko by swobodnie obserwować nadchodzący pogrom. Przed Państwem Agonoize. Fani stojący w pierwszych rzędach pewnie w większości wiedzieli, na co się piszą, reszta została uraczona lub zaskoczona ogromną ilością czerwonej mazi w roli krwi. Nie dość, że w trakcie intro Chris został opuszczony linami na scenę, potem krwawił jak zarzynana świnka to jeszcze miał na scenie towarzyszkę przebijającą sobie twarz. Koncert prawie teatralny i hektolitry sztucznej krwi, była po prostu wszędzie! Współczuję ekipie z ochrony, fotografom niewiedzącym o atrakcjach zespołu oraz tym, co musieli to posprzątać, a było na błysk na kolejnym koncercie! Muzycznie bardzo fajnie w tym "Bis das Blut gefriert", więc powodów do narzekania zero ;)
Mała zmiana klimatu, przecisnęłam się do Staatenhaus na końcówkę De/Vision, koncert był równie żywiołowy w porównaniu do poprzednika ;) Tłum był wprost zaczarowany, zespół dał z siebie wszystko zwłaszcza, że występ odbył się w ramach rocznicowego tournee. Warto było załapać się na ostatni z set listy "Flavour of the week".
Mimo męczącej duchoty, panującej w środku twardo zostaję w środku by dostać się w możliwie najlepsze miejsce między ludźmi kombinującymi tak samo jak ja, a wszystko po to by zobaczyć Suicide Commando. Nastawiłam się na podobny koncert do tego z Wave Gotik Treffen, co już było zapowiedzią dobrego występu. Pomyliłam się i to srogo… Owszem grali krócej, ale z a to jak! Johan Van Roy to wulkan energii, szalejący na tle wizualizacji, plus jego rewelacyjna relacja z widownią złożyła się na genialny występ. Jako deser do takich kawałków jak: "Cause of Death: Suicide", "Die Motherfucker Die" czy "Attention Whore" zespół zagrał "Hellraiser’a" Czego chcieć więcej?!



Teraz zdecydowanie przyda się chwila oddechu, a że za chwile zaczyna grać VNV Nation na głównej scenie, to tym bardziej warto wytoczyć się na zewnątrz ;) To nic, że widziałam Ronana w tym roku dwa razy, z chęcią pójdę na kolejny! Tak samo nie przeszkadzał mi fakt, iż set lista była niemal identyczna do tej z WGT i Castle Party. Koncerty VNV Nation ile by ich nie było zawsze są mega pozytywne!




Niedziela

Tego dnia miałam dwa priorytetowe cele Icon of Coil i Beauty of Gemina. Tego postanowienia się trzymając udałam się do Staatenhaus na rozruszający starter – [X]-RX. Większość bandów grających takie electro, techno, rave ma podobny problem, otóż ich brzmienie live niewiele się różni od studyjnego. Generalnie to jakoś mega nie przeszkadza, mając poprawkę na typ muzyki, jednak trochę wariacji na koncertach byłoby mile widziane, poza tym idealne by się obudzić i wystartować na kolejny dzień pełen wrażeń.
W oczekiwaniu na swoje gwiazdy dosłownie rzecz ujmując przetrwałam koncert Bena Ivory. Co ten chłopaczek tam robił?! Skąd oni go wzięli? I kiedy skończy?:D takimi pytaniami dręczyłam się przez cały występ. Ciężko mi nawet go wrzucić do worka z popem, ale to było cos koło tego, tylko mega nudne, więc miejmy to już za sobą.
Jeszcze trzy kroki i jestem przy barierkach! Cel osiągnięty, jeszcze chwila zmagań z technika i panowie z Beauty of Gemina zaczynają grać. Zaskoczenia nie było, koncert kopiuj wklej z Bolkowa, mimo to byłam przeszczęśliwa słysząc ich ponownie. Na minus dwie rzeczy: małe usterki techniczne, niby nic, ale przeszkadza to w odbiorze i znowu nie udało się złapać koszulki zespołu serwowanej ze sceny przez Michaela ;)

Ściskamy się pod barierkami jeszcze bardziej w oczekiwaniu na Andy’ego i Sebastiana. Właściwe to podobnie jak z poprzednikiem, występ bardzo udany, aczkolwiek identyczny do tego sprzed tygodnia w ramach Castle Party. Nie zmienia to faktu, że bawiłam się wybornie, panowie zadbali o swoich fanów, prawie, co piosenkę wtrącając jakaś anegdotkę lub toast wznoszony przez Andy’ego. Uśmiech nie schodził z ust zarówno artystów jak i fanów, totalnie udany koncert. Ochroniarze tylko przeżyli chwile grozy, gdy pomysłowy i szalony Andy najpierw prawie się kładł na ludziach w pierwszym rzędzie (tak mam zdjęcie jego uzębienia;)), by następnie przebić się przez barierki w tańczący tłum. Rewelacja!
Ufff…o dziwo nie samymi koncertami festiwalowicz żyje – czas na zakupy! Na Amphi pod tym względem jest, w czym myszkować, zwłaszcza kusi ku temu  umiejscowiony na osobnej wysepce sklep Xtrax’a. Jak nie trudno się domyślić zwiedzenie większości pochłonęło mi spory kawałek czasu, a jeszcze trzeba było zajrzeć na "gotycka" plażę. Wymarzony wręcz widok plaża pełna mroków na białych leżakach w pełnym słońcu. A tak serio to było tam pięknie, zwłaszcza, gdy słońce zaczynało opadać i udało się złapać wolne miejsce na meblu przypominającym konstrukcją łóżko z baldachimem. Jak komuś się poszczęściło to mógł pogadać z muzykami korzystającymi z uroków tego relaksującego miejsca.



Tymczasem na scenie wariują panowie z Oomph! Od strony muzycznej bardzo poprawnie i przyznaję, że czekałam jedynie na "Augen auf", które zagrali i to świetnie. Największym halo tego występu było jego show  Dero z resztą chłopaków postarali się, mieli kilka kreacji przebieranych czy rozbieranych bezpośrednio na scenie, nawet w akompaniamencie słynnego kawałka " You can leave your hat on". Przysłowiową wisienką na torcie był wykonany na koniec cover z Monty Python’a "Always Look on the Bright Side of Life".
Na ostudzenie emocji wybrałam się ponownie do Staatenhaus na Petera Heppnera. Bardzo przyjemny, spokojny i relaksujący po całym dniu koncert, nawet się wzruszyłam w paru momentach. Nie zabrakło oczywiście sztandarowego dla tego wykonawcy utworu " I feel you", który jednocześnie był ostatnim kawałkiem zagranym na żywo podczas Amphi 2013.



Podsumowując: Fantastyczny program, stylistyczna różnorodność, wysoki standard organizacji i bagaż wspomnień po!

Strony:
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2013-10-02 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: