AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Dyskusja o współczesnej scenie muzycznej - część 2


Czytano: 2272 razy


Moim zamysłem jest podpytanie ludzi, których uważam w pewnym sensie za ekspertów muzycznych w naszym pięknym kraju o ich zdanie w zakresie kondycji naszej alternatywnej sceny, nowości muzycznych,  inspirujących artystów/wydarzeń, tak aby stworzyć pewnego rodzaju krajobraz AD 2023. W tym odcinku na pytania odpowiadają Maciek Frett- organizator Wroclaw Industrial Festival, Rytuału, Podwodnego Wrocławia, znany z projektów Job Karma, FRETT i 7JK, Tomasz Woodraf – organizator Return to The Batcave Festival i licznych koncertów oraz właściciel wydawnictwa Bat-Cave Productions, Łukasz "Wookie" Miernik, współorganizator kultowej Trójmiejskiej imprezy Temple of Goths czy Walka Dekad, oraz Maciej Mehring, właściciel wydawnictwa ZOHARUM

Jakie są, Twoim zdaniem, obecnie najważniejsze zespoły w Polsce i na świecie? Dlaczego?

Maciek Frett: Te, które wytyczają nowe ścieżki, nie oglądają się na panujące trendy, robią konsekwentnie swoją sztukę, pomimo aktualnego wysypu grup które nazywam kopią-kopii albo  żartobliwiej: "sisters of the cure" -  jest ich wiele, wybacz ale nie będę operował nazwami, bo przy tej ilości łatwo kogoś pominąć.
Tomasz Woodraf: Nie odważę się wskazać tych "najważniejszych" zespołów, to kwestia indywidualna każdego odbiorcy, często jest to uzależnione od tego co akurat nam po prostu podpowiadają emocje, dana sytuacja - dana chwila... Ja ze swoim mocno oldschoolowym gitarowym muzycznym zboczeniem mogę tylko polecić, to co pewnie wielu z Was już zna: Wieże Fabryk - niedawno ukazał się ich nowy album "Doskonały Świat" - nie zaskoczyli słuchaczy, znowu solidna piącha w twarz, Miguel And The Living Dead - pół martwy, pół żywy, szlifują materiał na nowy album, na Gothic Pogo Festivalu w Lipsku zagrali tak że wiele osób do dziś szuka szczęki na parkiecie, jest i Pornografia - zawsze byli i są, są i to w bardzo wysokiej formie koncertowej! 1984 - kolejna ikona, fabryka transowego ponadczasowego grania, nadal istnieją i działają. Joanna Makabresku mistrzowie zimnej fali, dla mnie osobiście zespół bardzo ważny - za muzykę, za teksty, za to że są. Psychoformalina niedawno też wypuściła nowy krążek "Chimera" - psychodeliczny transowy chłodny lot, a na żywo jeszcze lepiej, Panowie też udzielają się także w projekcie Opowieść... Może wymienię pozostałe zespoły które chciałbym polecić już tylko z nazwy by nie zanudzać - Schröttersburg, Huta Plastiku, KSY, Undertheskin, no i świeża krew: After The Sin, Bluefaces, Eat My Teeth i Yakutian Cult, warto też przyłożyć ucho do składanki "Najmłodsza Generacja" wydanej niedawno przez Zima Records. Powstrzymam się od polecania zespołów z zagranicy, bo moglibyśmy to jeszcze bardzo długo ciągnąć, w obecnych czasach łatwo odnaleźć muzykę dopasowaną do tego co akurat nam w duszy gra.:)
Łukasz "Wookie" Miernik: Te tworzące nową jakość, przekraczające granice gatunków i wprowadzające swój styl na inne sceny. Obecnie najbardziej cenię współczesną muzykę klubową i techno czerpiącą z korzeni ebmu, italo disco, synthpopu i mrocznych brzmień, czyli takich artystów jak Zanias, Pablo Bozzi, Phase Fatale, Minuit Machine czy Local Suicide. Jestem totalnie zakochany w Kælan Mikla, które ze swoją świeżą wizją wiedźmiego gotyku zasłużenie podbijają świat i wbijają się w scenę metalową, a także w Boy Harsher, którzy wprowadzili zimne brzmienia aż do Hollywood, występując u boku Dannego Elfmana. 
W Polsce z największym podziwem śledzę rozwój emocjonalnej elektroniki Baascha, nasz naczelny towar eksportowy czyli technokrólową VTSS, najbardziej zabieganego członka rap podziemia i zasłużonego zdobywcę Paszportów i Fryderyków - 1988, a także zespół Bokka, który co płytę zmienia całkowicie styl i staje się zupełnie innym doświadczeniem koncertowym.
Maciej Mehring: To pytanie jest niezbyt fortunnie postawione względem moich zapatrywań na muzykę w ogóle; albo - innymi słowami - trudno mi wybrać kryteria, wedle których miałbym dokonać takiego wyboru. Większość z nas na samo hasło"najważniejsze" doszukiwać będzie się w pamięci dobrych przykładów takich artystów, których ceni, a którzy osiągnęli znaczący sukces komercyjny. Tą miarą kreśląc, trudno mi wskazać jakieś konkretne przykłady. Jednak patrząc na to z nieco innej perspektywy, śmiało możemy powiedzieć, że wiele dzieje się w obrębie różnych gatunków, z szeroko pojętej sceny alternatywnej. Nie jest tajemnicą, że przedstawicie  wszelakiej maści metalu wiodą prym w "eksporcie dóbr narodowych". Polski metal = dobra rekomendacja. Podobnie jest w innych niszowych gatunkach, chętnie eksplorowanych w naszej nadwiślańskiej krainie. Można śmiało powiedzieć, że w naszym kraju jest równie wielu ciekawych artystów, jak w innych zakątkach globu. Ten nasz podział na "polskie" i "zagraniczne" dzisiaj wydaje się anachroniczny. Kiedyś budził dreszcz emocji na wieść, że któryś z rodaków podpisał kontrakt z zagraniczną oficyną, bądź wyruszył w trasę po Europie. Mam wrażenie, że to zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat, co akurat odbieram dość pozytywnie. Możemy pochwalić się całkiem ciekawym dorobkiem muzycznym w wydaniu polskich muzyków, który spokojnie może konkurować z innymi. Wiele mniejszych, wręcz niezależnych polskich artystów z powodzeniem koncertuje w całej Europie, zdobywa tam publikę, która przyjmuje ich twórczość z ciekawością, nie doszukując się przy tym "polskiej egzotyki" to chyba najlepiej świadczy o mierze sukcesu. Myślę, że nie ma sensu wymieniać konkretnych nazw, każdy z nas może przy tej okazji wskazać swoich faworytów, a lista mogłaby nie mieć końca...

Który z festiwali jest Twoim zdaniem najbardziej opiniotwórczy, najważniejszy?

Maciek Frett
: Uczestniczę w wielu festiwalach: jako muzyk, widz i organizator…o tym ostatnim powiem tylko tyle, że zawsze chciałem stworzyć festiwal na jaki sam bym chciał jeździć cyklicznie, bez względu na to jak daleko by się odbywał-chyba się udało ;) Jako artysta dobrze się czułem na WGT, Tower Transmission, BIM fest, Castle Party jako widz na W-Fest, Return to Batcave czy festiwalach robionych przez ekipę Old Skull.
Tomasz Woodraf: Jeśli chodzi o nasze rodzime podwórko to będzie to banał co napiszę, ale od lat jest to Castle Party, który jest największym festiwalem tego rodzaju w Polsce, ze świetną atmosferą, co roku skład jest bardzo różnorodny, każdy tam znajdzie coś dla siebie, a jeśli szukamy czegoś bardziej eksperymentalnego to takim festiwalem jest Wroclaw Industrial Festival... Ja praktycznie co roku pojawiam się na obu tych festiwalach.
Łukasz "Wookie" Miernik: Na usta ciśnie się WGT, ale to raczej duże zbiorowisko hermetycznych mikroklimatów niż inspiracja, bo trzeba wcześniej wiedzieć czego się chce i dokładnie rozplanować całą logistykę. Najlepszą robotę robią tu Holendrzy, począwszy od kultowego Roadburn, przez niestniejący już gotycki Summer Darkness, po obecnie najlepiej trzymający rękę mrocznym na pulsie Grauzone.
Maciej Mehring: Z festiwalami podobnie jest u mnie,jak z artystami. Każdy mierzyć może ich status własną miarą i każdy we właściwy sobie sposób wskaże na te, sobie najwłaściwsze. Osobiście nie jestem fanem wielkich eventów muzycznych. Nie czuję się komfortowo, otoczony zewsząd niekontrolowanym tłumem.  Nie czuję również komfortu, gdy zmuszony jestem słuchać ulubionego wykonawcy, skutecznie zagłuszanego niejednokrotnie przez przypadkowych uczestników, którzy owszem są, ale jakby niezainteresowani...Dlatego też nie tęsknię za tymi gigantycznymi spędami, które - siłą rzeczy - są najchętniej odwiedzane. Natomiast okazałbym się ignorantem, nie zauważając takich wydarzeń na krajowej mapie festiwalowej, jak Off czy Tauron Nowa Muzyka, które w ciekawy sposób dobierają line-up, znajdując w nim miejsce dla tych największych, by przyciągnąć rzeszę widzów, ale przy tym nie zapominając o mniej znanych, lecz równie ciekawych artystach. W tym aspekcie pełnią rolę kuratorską, co czyni je wyjątkowymi. Należę do tych osób, które lubią być zaskakiwane podczas koncertów czy innych zdarzeń kulturalnych. Taki od początku był nieco mniejszy, ale nie mniej interesujący, festiwal Revive. Nie da się ukryć, że jego twórcy po pierwsze trafiali w mój, gust, a po drugie stawiali sobie za cel pokazanie rzeczy ciekawych, świeżych, godnych uwagi. Umiejętnie lawirowali pomiędzy tym, co pozwoli im osiągnąć względny sukces finansowy a tym, co koniecznie należy zaprezentować, by zachować dotychczasową formułę. Pod pewnymi względami, choć na mniejszą skalę oczywiście, przypominał on legendarny już berliński Atonal. To inicjatywa, będąca ukierunkowana na to, co ciekawe w szeroko rozumianej kontrkulturze. Trochę żałuję, że tak potoczyły się jego losy, bez rozdrapywania ran z przeszłości. Cały czas jednak kibicuję Terstinowi. Mam nadzieję, że znajdzie  on w sobie jeszcze tyle siły i samozaparcia, aby odbudować markę Revive, jaką udało mu się wykreować przez ostatnie lata funkcjonowania. Zresztą droga Revive, Atonala, czy choćby Off jest nieco bardziej wyboista niż takiego np. Open Aira; wymaga więcej czasu i determinacji, aby przekonać do siebie ludzi i zdobyć ich zainteresowanie. Jednak dzięki konsekwencji, otwartości na nowe zjawiska i umiejętnemu ich pokazywaniu festiwalowiczom, zbudować można społeczność, która towarzyszyć może im przez lata, która wraca, bo wie, że naprawdę warto to robić. Przy okazji przypomniał  mi się jeszcze jeden festiwal, godny uwagi, na który chciałbym się wybrać kiedyś, w przyszłości. Mam tutaj na myśli Roudburn, którego ciekawa formuła sprawia, że ludzie ciągną tam z całej Europy, chociaż nie znają prawie nikogo z ogłaszanego wcześniej line-upu. Wracając do brzegu, praktycznie to wszystko, o czym wspomniałem przed chwilą, odnieść można także do innych mniejszych wydarzeń, w których zawsze chętnie uczestniczę, choćby takich jak WIF, TOS czy nawet Castle Party. Podobnie zresztą odbieram spontaniczne plenery z różnej maści elektroniką, gdzie profesjonalizm, organizacja niczym nie ustępują poziomem od tych organizowanych przez weteranów branży rozrywkowej.

Jak ogólnie oceniasz kondycję sceny alternatywnej w Polsce, w Europie, na świecie?

Maciek Frett:
Alternatywa to dla mnie zbyt szerokie pojęcie i za często nadużywane, jeżeli jednak pytasz o scenę dark: jest to niestety starzejąca się scena, widać to najlepiej na festiwalach w Niemczech, które zawsze były największym zagłębiem tych brzmień a publika liczona była w tysiącach. Wydaje mi się, że ta muzyka i nasze ulubione festiwale umrą razem z  nami, co samo w sobie jakoś specjalnie mnie nie martwi-nic nie może przecież wiecznie trwać;-)
Tomasz Woodraf: Niby kolorowo, ale wcale nie jest dobrze, w końcu to alternatywa, tu nigdy nie było łatwo, miło i przyjemnie - o ile patrzymy na alternatywę jako muzykę, a nie modę. Brakuje świeżej krwi - młodych ludzi którzy chcą działać i tworzyć tą "scenę". Sporo klubów w których były organizowane koncerty i imprezy jest zamykanych, bo po prostu się nie opłaca, lub został podpisany cyrograf z deweloperką na kolejną fantastyczną budowlę w kształcie penisa. Ostatnie lata dają nam jednak wyjątkowo mocno w kość i nie ma co tego lukrować: pandemia, wojna w Ukrainie, szalejąca inflacja, drożyzna - to wszystko oddziałuje także na tą naszą "bajkę, żyjemy w zupełnie innym świecie niż ten który znaliśmy z 2019 roku...Trzeba się wspierać, ale czy starczy nam sił i możliwości na to? Aktualnie zawiesiliśmy organizację regularnych koncertów pod szyldem Return To The Batcave, bo właśnie zaczęło brakować tych sił i możliwości - czy wrócimy? Nie wiem, chciałbym. Skupiamy się teraz tylko i wyłącznie na organizacji Return To The Batcave Festival 2023. Sytuacja jest podobna na całym świecie, w końcu świat to układ naczyń połączonych.
Łukasz "Wookie" Miernik: Bardzo dobrze, może nikt nie grywa już na stadionach, ale średnia półka w rewelacyjnej formie. Alternatywa obecnie oferuje świetną jakość i mocno przenika aż do świata popkultury i tiktoka, choć różnie bywa ze sprzężeniem zwrotnym. W kraju też nie jest źle, raczej adekwatnie do potrzeb. Mamy wytrwale działające labele, od eklektycznych jak Opus Elefantum czy kasetowa ISKRA, przez coraz bardziej poszerzające spektrum gatunkowe Zoharum, klasyczny Batcave Productions, aż po Requiem Records, wykopujące zakurzone legendy z początku dziejów polskiej sceny i promujące nowe obiecujące zespoły. Jest kilku zagorzałych promotorów, choć skupionych głównie w Warszawie, a jedynie imprezy didżejskie nieco kuleją i nie każdy może wyskoczyć na tańce w swojej okolicy. Mamy trochę ciekawych zespołów, ale gorzej z przebiciem za granicę, bo aktywnie koncertują tam chyba tylko undertheskin i NNHMN.
Maciej Mehring: Po trosze odpowiedziałem na to pytanie, gdy mówiłem o artystach, których cenię, uważając ich za najważniejszych. Niewątpliwie to prawda, mamy wielu świetnych artystów, których twórczością możemy się pochwalić, a którzy też świetnie potrafią odnaleźć się na szeroko pojętej, międzynarodowej scenie alternatywnej bez jakichkolwiek kompleksów. Swoimi działaniami wielokrotnie udowadniają, że są artystami, zasługującymi na uwagę odbiorców. Zresztą często spotykają się z życzliwym, czy też uważnym odbiorem ich dzieł i to od fanów, pochodzących nierzadko z dość odległych zakątków świata. Chociaż należałoby dodać, o czym lubię żartobliwie nadmieniać, że nie ma już dzisiaj przemysłu muzycznego, a raczej tylko scena muzyczna. To rozróżnienie de facto jest bardzo istotne. Myślę, że o tym pierwszym, dzisiaj możemy dowiedzieć się czegoś więcej jedynie z filmów, przekazów i anegdot o złotych latach 1960-2000; o twórcach tego przemysłu, którzy ścigali się w metodach, na przeciągnięcie na swoją stronę artysty, w którym upatrywać potrafili źródło bogactwa. To w końcu branża, z jej całym mechanizmem, wprawiającym w ruch różne działania, w zależności od potrzeby chwili, która inwestowała w rozwój artystyczny wielu gwiazd, ryzykując niekiedy olbrzymimi środkami finansowymi. Dzisiaj wydaje się to zupełnie nierealne. Z tego powodu te dwa światy, czyli mainstream i scena alternatywna, świetnie ze sobą współistnieją, nie wchodząc sobie w drogę. Przez lata aktywności w oderwaniu od dużych mediów, cała ta scena alternatywna sprofesjonalizowała się, zyskując w pełni swoją niezależność. Często osoby, które wzrastały w środowiskach alternatywnych, które umiejętnie posługiwały się nowymi narzędziami (od raczkującego niegdyś internetu, po w pełni komercyjne dzisiaj social media), przy wykorzystaniu kontaktów i znajomości, zawiązanych przed laty w różnych klubach, pod sceną na koncertach i festiwalach, rozpoczynały najpierw aktywności w głębokim podziemiu. Część z nich tworzyła podwaliny pod to, co dzisiaj postrzegamy za alternatywę - i co cieszy najbardziej - do dzisiaj działa w duchu idei DIY trwając nieprzerwanie już od kilku dekad; inni rozpoczęli swoją aktywność nieco później. Wszyscy oni dzisiaj prowadzą w profesjonalne firmy, zajmujące się bookowaniem koncertów, transportem dla artystów, wydawnictwa, czasopisma, które w naturalny sposób są przedłużeniem ich tapetradingowych aktywności. Z czasem okazało się coś, co wtedy nie było takie oczywiste, że scena alternatywna funkcjonować może w pełni, w oderwaniu od głównego nurtu, proponując często lepszą ofertę, aniżeli ta, którą proponował mainstream. Dzięki temu przekonali do siebie sporą rzeszę osób, poszukujących ciekawych, nowych i niebanalnych zjawisk w muzyce, czy w szerszym kontekście - w kulturze. Okazało się, że aby tworzyć, publikować, występować na żywo, nie potrzeba legitymacji licencjonowanego artysty, (który i tak często zdany był na łaskę i niełaskę smutnych panów z dyplomami renomowanych  biznesowych uczelni, których wiedza o muzyce była dość wątpliwa), wystarczy talent, lekki dryg menadżerski i szczypta bezczelności, by wedrzeć się tam, gdzie jeszcze Ciebie nie znają. Upraszczając i próbując dobić do brzegu z tą wypowiedzią, powiem, że funkcjonująca w ten sposób scena, oparta na pewnego rodzaju symbiozie tworów i odbiorców, których łączy podobna wrażliwość, szczerość i podobna pasja. Dzięki temu skuteczniej docierają tam, gdzie aktywność majorsów, oparta na chłodnych kalkulacjach, nigdy nie dotrze z mało niestertującymi  produktami popkultury. W końcu działalność w obrębie alternatywy nie nosi już znamion substytutu, czy tańszego zamiennika; jest w pełni profesjonalna, często lepiej radząc sobie w nieustannie zmieniających się realiów, bez względu na to, jaką gałęzią branży są związani. Dzięki temu możemy czuć się lepiej, wiedząc, że dzięki ludziom o podobnej wrażliwości, lecz ze smykałką i większą umiejętnościami organizacyjnymi, wciąż mamy okazję spotykać się na koncertach ulubionych artystów, by po nich móc rozmawiać z przyjaciółmi o tym, co lubimy, co warto poznać nieco lepiej lub o tym, co jeszcze może nas zaskoczyć. To jakoś, mimo wielu trudności, napawa optymizmem.... póki co.

Czy uważasz, że liczba imprez/koncertów będzie się zmniejszała, że coraz mniej ludzi ma ochotę na udział w wydarzeniach na żywo?

Maciek Frett: Jeżeli mamy na myśli szeroko pojętą scenę goth/industrial/wave - to obawiam się, że tak i już ten proces obserwujemy. Jak wcześniej wspominałem, publiczność starzeje się wraz ze swoimi  ulubionymi zespołami, dziś 40 latkowie niekoniecznie w pierwszej kolejności wybiorą koncert, wielu ma rodziny, dzieci, brak czasu, inni ledwie wiążą koniec z końcem, ktoś spłaca kredyty i nie starcza mu do pierwszego, jeszcze inni wybiorą wieczór przy Netflixie - jest tyle alternatyw na spędzenie wolnego czasu. Proza życia w średnio zamożnym społeczeństwie,  bogatszej części świata. Z kolei dla młodego pokolenia muzyka przestała spełniać funkcje kontrkulturowe czy kulturotwórcze, jest miłym dodatkiem w tle. Zawsze funkcjonowaliśmy w niszy, ale teraz jest to nisza nisz i sądzę, że będzie to coraz bardziej elitarne. Szkoda… lata 80/90 i towarzyszący im głód muzyki i koncertów raczej już nie powrócą, z drugiej strony jestem z tym pogodzony, szat nie rozdzieram i nie zamierzam zawracać kijem rzeki.
Tomasz Woodraf: Ciężko powiedzieć, patrząc realnie to mniejsi organizatorzy zwiną żagle i wycofają się z tej całej zabawy, pozostaną Ci więksi którzy będą mieli możliwości by pchać dalej ten wózek, ludzie identyfikujący się z daną sceną zawsze będą mieli ochotę na udział w wydarzeniach na żywo, to jest w ich DNA - pytanie czy będą mieli możliwości by uczestniczyć w tych wydarzeniach, czy nie będą musieli jednak odmówić sobie tej przyjemności i dorzucić kasę do rachunków. Życzę każdemu, by jednak dobre czasy sprzyjające hedonizmowi w końcu nastały na dobre.:)
Łukasz "Wookie" Miernik: Coraz mniej starych marud ma ochotę na cokolwiek Cieszy, że na koncertach jest dużo młodzieży i nowe zespoły jak Boy Harsher czy Molchat Doma ściągają więcej ludzi niż odgrzewane przez dwadzieścia lat sceniczne kotlety. Niestety organizacja niszowego koncertu to obecnie trochę loteria i nie wiadomo czy winą za brak ludzi obarczać inflację, postpandemiczne zapuszczenie korzeni, czy chwilowy natłok wydarzeń. Jest nadzieja na przyszłość, choć przygaszana sukcesywnym znikaniem alternatywnych lokali pod ciężarem łap deweloperów i przejmowaniem modnego grania przez duże agencje absurdalnie windujące ceny. Jedyne co można zrobić to wspierać lokalnych promotorów i ruszać się z domów na małe wydarzenia.
Maciej Mehring: Fakt, że ostatnie lata dały się mocno we znaki branży eventowej. Wielu też znajomych zawinęło się z dotychczasową działalnością. Te dwa lata pandemii zrobiły swoje, a powrót po zniesieniu restrykcji też nie był łatwy. Najpierw nastąpiła jakaś gigantyczna kumulacja. Wszyscy nagle postanowili odkuć się  po chudych latach, nadrobić stracony czas, zapominając przy tym, że zasobność portfeli każdego z nas ma swoją ograniczoną pojemność... Lecz wydaje mi się, że problem tkwi jeszcze gdzie indziej i,tak jak kiedyś branżę fonograficzną, teraz dotyka organizatorów imprez, wystawiając ich na próbę wytrwałości i kreatywności. Czasy, w których obecnie znajdujemy się, wymuszają gotowość na gwałtowne  zmiany. Trzeba z pewnością zastanowić się, co zrobić? z jaką ofertą wyjść do swoich klientów, aby wciąż mieć ich blisko przy sobie. Jako konsumenci, wszyscy stajemy się w mniejszym lub większym stopniu narażeni na przestymulowanie niepohamowanym i niekontrolowanym strumieniem najróżniejszych bodźców w taki sposób, że trudno znaleźć moment, aby zatrzymać się na chwilę i pozwolić sobie na luksus "łaknienia czegoś", czyli na ten moment, w którym dojrzewa w nas prawdziwa potrzeba czegoś, czemu chcemy poświęcić więcej uwagi, skupienia, aby w końcu wyciągnąć z niego  jak najwięcej dla siebie. Powiedz,czy nie zdarzyło Ci się tak, że w jednym momencie, kilku znajomych poleciło Ci ciekawy film, w międzyczasie przeczytałaś dzieś kilku = publikacjach, które warto poznać i koniecznie powinnaś wybrać się na jakieś dwie premiery, powiedzmy teatralne, a Ty aby zachować prawo głosu w dyskusji, zaczynasz nieco nadganiać te zaległości, lecz nadal bombardowana jesteś kolejnymi rewelacjami? Zaczynasz gonić, bo w końcu nie wiesz, o czym Ci wszyscy ludzie z Twojego otoczenia mówią. Czasu mało, to może po łepkach jakoś to uchwycisz, by wyrobić swoje zdanie w dyskursie. Sam złapałem się na tym kilka razy. W porządku, to świetnie, że potrafisz wypowiedzieć się na dany, aktualny temat. Jednak jak znajdujesz jeszcze właściwy czas, aby wrócić do omawianych rewelacji, aby dokładnie zgłębić potencjał, który w nich tkwi? Być może raz, a jak masz więcej szczęścia to dwa lub trzy... Ile znajdujesz czasu, aby w tym zalewie informacji wrócić do czegoś, co bardzo lubisz, co jest Twoje w 100% i beztrosko z nieodpartą radością oddajesz się słuchaniu / czytaniu / oglądaniu tylko dla czystej przyjemności? Być może kilka dekad temu, żyliśmy nieco wolniej,być może byliśmy mniej wyedukowani i wielu z nas nie zyskało tytułu megaspecjalisty w każdej dziedzinie, wygłaszającego swoje nieomylne opinie na każdy temat w swoistym hyde-parku, usytuowanym teraz na fajsbukach, Twitterach i innych socjalach, ale przynajmniej cieszyliśmy się tymi naszymi odkryciami, przez wiele godzin oddawaliśmy się przyjemności, zgłębiając najmniejsze niuanse, detale, znając każdy kolejny fragment w każdym calu prawie tak, jak ich twórcy.  Wyczekiwaliśmy na wymarzone koncerty, premiery ulubionych artystów, a to z kolei powodowało, że każda taka okazja była pretekstem do celebracji. Jakimś szczególnym czasem dla nas odbiorców i artystów twórców. Mam wrażenie, że w tej pogoni, narzucającej dyktat wszechwiedzy na każdy temat, zostaliśmy wyjałowieni z tej umiejętności. Mam wrażenie, że ta owa "pogoń", została żywcem wyciągnięta z dobrze prosperujących mechanizmów marketingowych, które doskonale wytrenowały naszą konsumencką naturę, i wpuszczono w ten właśnie krwiobieg. Ile byśmy się nie starali, ile czasu nie znaleźli, to nie jesteśmy dotrzymać kroku, podążając w kilku kierunkach jednocześnie. Musimy kierować się instynktem, w dodatku bez możliwości pełnego wglądu w to, co moglibyśmy rzeczywiście zobaczyć, bo wylewający się na każdym kroku od lat panujący chaos nam to uniemożliwia. Do tego nasz świat podporządkowaliśmy logarytmom, wedle których, na podstawie wyników z naszego googla, pomnożonych przez jakość, mierzoną na podstawie w ilości odsłon, decyduje się o tym, czego potrzebujemy. Na początku niby dla naszej wygody, daliśmy się zamknąć we własnych bańkach, w których odnajdujemy obraz świata taki, jaki nam nakreślono na podstawie naszych dotychczasowych oczekiwań, maskując te jego aspekty, które nie budziły naszego zainteresowania. W ten sposób pozwoliliśmy sobie na ograniczenie możliwości zmiany kierunku, bo zaakceptowaliśmy to, że nałożono nam klapki na oczy, byśmy przypadkiem nie stracili drogi z obranego przez nas kierunku. Dlatego spotykamy w większości w sieci osoby, które dzielą nasze zainteresowania, poglądy i aspiracje. Przyjmujemy to nawet za ogólnie obowiązujący w przewadze trend, uznając go niekiedy za w pełni referencyjny, bo nawet w kwestiach spornych, większość przecież słusznie myśli jak ja, ceni i lubi to samo co ja. Z takimi osobami chętnie podejmujemy rozmowę z tymi, którzy często wtórują w naszych działaniach. Widzimy, że przecież wielu chce tego samego, co ja. Polegając na tym, podejmujemy decyzję na przykład o zaproszeniu jakiegoś tam artysty X. Przecież jeżeli takie liczne grono, tylko na tym jednym forum wychwala tego fenomenalnego artystę, to pomyślmy, ilu takich nieudzielających się musi go wielbić? To działamy, promujemy i nadchodzi ten dzień. Konfrontacja z rzeczywistością, czyli koncert na mieście, na który przychodzi kilku miśków, których kojarzymy już z naszego forum, przybijają piątki, niektórzy gratulują pomysłu, wznoszą toasty, abyś nie rezygnował, bo jak nie Ty, to kto... etc. Tymczasem koncert dobiega końca, koncert owszem wypadł fenomenalnie.  Zastanawiasz się, jak to jest, że taka świetna sztuka, taaaaki artysta, to dlaczego sprzedałeś tak mało biletów, dlaczego jesteś w plecy, przecież te wszystkie ziomki znane i nie znane z internetów chciały zobaczyć teeego artystę. Przecież wszystko zrobiłeś jak trzeba. Do tej pory to działało, więc o co chodzi?  Powodów mógłbym wskazać kilka; Po pierwsze na sieci, bądź co bądź anonimowi, dobrani wedle schematu w oparciu o algorytm, spotkali się Ci, którzy raz wygooglowali danego artyyystę, nawet lubią, niektóre jego piosenki, a że nie chcą być gorsi to w sieci są bardziej gorliwi niż jego najstarsi fani. Ponadto, bez żadnej konsekwencji, bez możliwości weryfikacji, budują zakrzywiony obraz potencjału, jaki rzeczywiście był na powodzenie tego eventu. Po drugie straciliśmy jako społeczeństwo przestrzeń, w której bez żadnej kontroli, bez szumu zakłócającemu nasz obraz możemy w pełni swobodnie komunikować się z każdym, choćby z przypadkowo spotkanym człowiekiem, z który rozmawiając w cztery oczy, dającej pełniejszy o kontekst i możliwość weryfikacji, co do kryteriów według których potrafimy zweryfikować, czy rozmawiamy z nerdem, który przepuszcza ostatni grosz z wypłaty na koncert jakiegoś nikomu nieznanego muzyka, czy z jakimś leszczem, który lubi, jak się dzieje. Jednak przecież nie mówił, że będzie tam, gdzie się właśnie dzieje (powiedzmy, że takim przykładem mogłaby być dyskusja z kimś spotkanym przypadkiem na koncercie zespołu Y, który też ma wąskie grono odbiorców, ale mimo, że bilety były droższe niż złoto, on tam był). Reasumując ten mój, jakże przydługi wywód, upatrywałbym przyczyn takiego stanu rzeczy w braku umiejętnej oceny sytuacji, braku przestrzeni, w której ona można dokonać takiej oceny w oderwaniu od mechanizmu, który steruje całe rzesze ludzi, niczym trybikami w skomplikowanej konstrukcji, służącej pomnażaniu zysków, ale nie naszych, lecz innych. W takich okolicznościach trzeba znaleźć wyjście z sytuacji poprzez zastosowanie, zupełnie innych rozwiązań, które zaistnieć mogą poza siecią. Oczywiście mówimy o branży eventowej w skali makro, lecz tej działającej w obrębie niszy, bo duże koncerny, pakujące niebotyczne pieniądze w promocję samych siebie (vide, "jadę na zajebisty festiwal, ale nie wiem jeszcze, kto na nim zagra" - i tutaj przynajmniej nie chodzi o renomę, lecz o dobrze wypromowane, niekoniecznie ciekawe muzycznie, wydarzenie na którym każdy powinien być). Chodzi tutaj o znalezienie nowej formy docierania do właściwych adresatów. Kiedyś o tyle było łatwiej, że łatwiej było można znaleźć bardziej miarodajne, realnie opiniotwórcze ośrodki, wokół których skupiały się konkretne grupy docelowe. Funkcjowała prasa muzyczna, która z określonym profilem trafiła do tych szczerze zainteresowanych, bo prenumerujących ją z tego powodu osób. Tam można było ogłosić się z własnym pomysłem, a jeżeli on wydał się interesujący dla wydawców, Ci pomagali w promocji, wykorzystując siatkę odbiorców, wyłonionych spośród czytelników. Dzisiaj nie ma już takiej możliwości. Żyjąc w sieci, przyzwyczajamy się do tego, że wszystko jest za darmo, na każde zawołanie. Chociaż to iluzoryczne, mieści się ono w naszym ulubionym podręcznym pudełku, z którego mogę korzystać w nieograniczony sposób, jak również mogę podkręcić śrubę innym, bo co? Ktoś mi coś zrobi? Przetrwa ten, kto będzie potrafił się odnaleźć w takiej rzeczywistości, pamiętając przy tym, że trzeba pozwolić ludziom na to, aby znaleźli dla siebie przestrzeń, w której z przyjemnością, pozwolą sobie na rozbudzenie jakiejś konkretnej potrzeby. Do tego każdy z nas potrzebuje czasu i sprzyjających warunków. Dodatkowo ten ktoś powinien mieć przy sobie kompetentnego doradcę, który skonfrontuje w realny, a nie odklejony sposób, nowe pomysły, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw. Sam nie mam pojęcia, jak należałoby to zrobić wobec powyższych argumentów, wiem natomiast, że znajdą się pomysły, które będą wyjściem i odpowiedzią na taki stan rzeczy. Człowiekiem rządzi determinizm, z którym dążenie do celu wiąże się z szukaniem nieskończonej ilości rozwiązań. Zatem tylko trzeba poczekać, aż one wszystkie zostaną uruchomione.:)

Jaki artysta Cię obecnie najbardziej inspiruje?

Maciek Frett: Inspirują mnie raczej filozofowie, myśliciele, mistycy, Natura, podróże, społeczeństwo jako byt, człowiek z jego dualną naturą, geopolityka, historia homo sapiens, cywilizacje, architektura, fizyka kwantowa itd … muzyka z płyt towarzyszy mi od rana do wieczora, ale nie jest źródłem inspiracji - przynajmniej świadomej;-)
Tomasz Woodraf: Od dawna Pink Turns Blue, tak po prostu, naturalnie - ich muzykę łykam w każdej formie bez popitki... Z nowości to Vlure, ale nie pojadę na ich koncert w Polsce, oraz dark free style w wykonaniu Blu Anxxiety!
Łukasz "Wookie" Miernik: Niezmiennie od schyłku ubiegłego wieku jest to święta trójca Björk, Coil i KLF. Z mrocznej sceny, mimo że nigdy nie byłem zagorzałym fanem żadnego z jego zespołów, najbardziej cenię Daniela Myera za całokształt twórczości, kreatywność i umysł, który to wszystko ogarnia. Tak samo wspomnianą już wcześniej Zanias, która ciągle poszukuje nowych brzmień, jej wszystkie projekty muzyczne gwarantują doskonałą jakość i ma świetną selekcję artystów wydawanych w swoim labelu.
Maciej Mehring: Hm... trudno mi wskazać konkretnego artystę, który swoim działaniem inspiruje mnie twórczo do działania tak, abym chcąc podążać jego śladami, obrać miał jakiś nowy kierunek. Być może wynika to z podobnych kwestii, o których wspominałem przy okazji poprzedniego pytania, a być może dlatego, że jestem na takim etapie życia, w którym moja aktywność na różnych polach realizacji, determinowana jest przez inne bodźce niż kiedyś. Mniej  emocji i wszechogarniającego zachwytu neofity, a więcej skupienia na celu, który chciałbym osiągnąć w konkretnych realizacjach. Emocjonalność w odbiorze zachowuję tylko po to, by pielęgnować wewnętrzne dziecko, które z tą lekką naiwnością wciąż potrafi zachwycać się równie intensywnie jak kiedyś, nie tracąc instynktu poszukiwania nowego, ciekawego etc.  Natomiast cieszę się, że nadal potrafię dostrzegać fenomenalne rzeczy, będące dziełem wielu artystów, zarówno tych, których podziwiam od lat jak i tych, którzy stawiają pierwsze kroki na scenie, ale realizujących rzeczy niezwykłe. Najczęściej lubię tych, którzy działają wbrew ogólnie przyjętym kanonom, traktując swoje artystyczne rzemiosło jako medium do pokonywania nowych wyzwań, czy wypełnia się ono w obrębie rozrywki, czy to w ramach sztuki wysokiej. Lubię gdy artysta zaskakuje, burzy efekty dotychczasowych realizacji, redefiniując je, by wrócić z czym zupełnie nową, nieoczekiwaną realizacją. Nie chodzi tutaj o odkrywanie koła, lecz o skuteczne i efektowne działanie poza własną strefą komfortu. Mniej istotne w tym procesie są środki wyrazu, jakimi posłuży się do osiągnięcia celu, a raczej metoda bądź konwencja w którą zostanie wpisana. Tego wszystkiego potrafię doszukać się w twórczości środowisk, z którymi się utożsamiam i w obrębie, których działamy z Zoharum. Myślę jednak, że z powodzeniem można to  odnieść również do zjawisk artystycznych funkcjonujących w mainstreamie. Weźmy dla  przykładu np. premiery wielkich gwiazd, które zawsze są szeroko komentowane, choćby pierwszy z brzegu, takie Depeche Mode, czy Deep Purple. Z premedytacją wybrałem taki, wręcz  banalny przykład. Można znaleźć setki podobnych, jednak trudno przejść obok tych premier zupełnie obojętne, szczególnie z ładunkiem emocjonalnym, nagromadzonym przez lata sentymentalnej więzi fanów i ich idoli. Co się okazuje, jedni zarzucą im zdradę za obrany kierunek, inni jakiś anachronizm, który również jest im zarzucany. Nie poddaję tego ocenie, zresztą  jedna i druga strona znajdzie na to właściwe argumenty. Bardziej chodzi mi o samo zjawisko. Zestawmy jeszcze przy tej okazji twórczość Brytyjczyków AD 1985 i AD 20++ i postawmy ją obok tych, którzy debiutowali w podobnym czasie, choćby. OMD, albo jeszcze bliżej - Erasure. Kto przetrwał próbę czasu? Dlaczego? Kogo twórczość ewoluowała, odnajdując się w zastanej rzeczywistości, zachowując przy tym własny charakter, po którym rozpoznajemy, że to nadal ten sam zespół. Może to zbyt grubymi nićmi szyty model, chodziło mi jednak o zobrazowanie tego, co cenię w samej metodzie pracy u innych artystów. Zdecydowanie wolę zatracić się w bliższych mi stylistycznie rejonach muzycznych, w których bez wątpienia można mnożyć podobne przykłady... Pozwól jednak, że nie będę wskazywał konkretnych artystów z imienia i nazwiska. Zbyt wielu ich jest.... na szczęście

Jakie zespoły najchętniej zobaczyłbyś/zobaczyłabyś na żywo w Polsce?

Maciek Frett: Jednym z powodów dla których pod koniec lat 90 ubiegłego wieku zająłem się organizacją koncertów a potem festiwali był fakt, że miałem już dosyć jeżdżenia na interesujące mnie wydarzenia do Pragi czy do Niemiec. Powiedziałem sobie - hej, zaprośmy ten zespół do Wrocławia, niech zagra w odpowiednim miejscu, nie będziemy musieli nigdzie jeździć, niech inni do nas przyjeżdżają;-) Mam zatem swego rodzaju komfort, że jak bardzo chcę kogoś zobaczyć-to zapraszam do nas;)
Tomasz Woodraf: The Chameleons, Pink Turns Blue, Corpus Delicti, ponownie UK Decay... i Blu Anxxiety!
Łukasz "Wookie" Miernik: Wszystkie fajne, które (o ile się orientuję) jeszcze u nas nie grały - Kite, Nuovo Testamento, Black Nail Cabaret, Years Of Denial, czy Dina Summer. Z już potwierdzonych wypatruję Björk, PVA, Ultra Sunn, Die Selektion, Mareux, pożegnalnej trasy Lingua Ignota oraz długo wyczekiwanych powrotów Röyksopp i Ladytron. Mam nadzieję, że VLURE trafią również na koncert klubowy poza nieszczęsnym OFF Festiwalem.
Maciej Mehring: Nie wiem, czy jest sens, abym wynurzał się tutaj z jakimiś marzeniami o koncertach, których jeszcze nie było. Większość z tych, które chciałbym zobaczyć, odbyły się w naszym kraju. Część z moich ulubionych twórców miałem okazję zobaczyć wielokrotnie na żywo, a innych ani razu, łudząc się, że zdołam jeszcze nadrobić zaległości. Chociaż nie wszystkie... Właśnie, o ile nie zaskoczyłbym pewnie nikogo własną listą koncertowych życzeń, o tyle znalazłbym kilka takich, których nie potrafię sobie odżałować, jak choćby COIL w Gdańsku, gdy opiekowałem się chorą mamą, czy Throbbing Gristle, na który myślałem, że jeszcze zdążę... Z pozostałych koncertów.... wierzę, że jeszcze wiele przede mną.

Nad czym obecnie pracujesz – jakie są Twoje najważniejsze projekty – koncertowe, muzyczne, DJskie, artystyczne?

Maciek Frett: Aktualnie kończę nagrywać nową płytę FRETTa, która ujrzy światło dzienne jesienią 2023, zapewne zagramy kilka koncertów promujących ten materiał. Poza tym w czerwcu jako Industrial Art organizujemy jubileuszowy 20 Rytuał, coroczny Podwodny Wrocław, w listopadzie 22 edycję WIF, chwilę później Energię Dźwięku a rok zakończymy tradycyjnie balem sylwestrowym z industrial Art. Na nudę nie narzekam;-)
Tomasz Woodraf: Pracuję nad kilkoma projektami - najważniejszy to Return To The Batcave Festival 2023, poszliśmy z tegorocznym składem jeszcze bardziej w stronę gitar - myślałem że się bardziej nie da, a jednak! Oprócz legend oraz zespołów o wyrobionej marce jak The Snake Corps, Belgrado, Bohemien, The Foreign Resort, The Cemetary Girlz będzie też kilka młodych kapel jak Da'at, Night Hexe, czy Cataphiles. Cały czas pracuję nad nowymi wydawnictwami Bat-Cave Productions... jeszcze kilka ich w tym roku będzie mam nadzieję, ale za wcześnie by o tym mówić. Powoli też odliczam dni do Castle Party na którym ze znajomymi poprowadzimy afterparty w "nietoperzowym stylu" - może nawet przywiozę lizaki dla niegrzecznych dzieci, później krótka przerwa i wyjazd na festiwal Prague Gothic Treffen gdzie też zaproszono mnie do poprowadzenia aftera, bardzo lubię ten festiwal, co roku mają świetny skład - polecam odwiedzić! Są też szanse, że pojawi się coś nowego od projektu BluzaTaty. ;)
Łukasz "Wookie" Miernik: Wrodzone lenistwo i codzienna praca z dźwiękiem skutecznie powstrzymują mnie od własnego twórczego uzewnętrzniania, ale jeszcze całkiem siebie nie przekreśliłem. W najbliższym czasie zapraszam na after po OldSkullu 17.06 w Chmurach (z Sex Kino, Hammershøi i Psychoformaliną), planuję rozgrzanie estońskich parkietów i ruszenie z nowym cyklem imprez klubowych. W przyszłym roku nasz didżejski kolektyw TOG świętuje 25-lecie, także można i należy spodziewać się czarnych celebracji w całym kraju.
Maciej Mehring: Hm... ostatnio większość życia pochłania mi działalność na rzecz Zoharum. Wszelkie obowiązki z tym związane wypełniają mi większość czasu, który dzielę z obowiązkami na rzecz mego pracodawcy.  W tej sytuacji ciężko mi znaleźć wolną chwilę na inną działalność muzyczną. Z tego powodu zarzuciłem działalność w Bisclaveret. Zresztą myślę, że znaleźliśmy się z Radkiem w miejscu, z którego każdy chciał iść w innym kierunku. Mam w głowie sporo muzycznych pomysłów, które być może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, chociaż w jakimś stopniu, uda mi się zrealizować. Rzeczywiście moją aktywność muzyczną i każdą wolną minutę przesunąłem na djskie rzemiosło, które sprawia mi wiele frajdy. Zawsze, odkąd pamiętam, lubiłem dzielić się muzyką, jaka mnie pochłaniała w danym okresie. Zatem ten rodzaj działalności, podparty pracą nad rzemiosłem daje mi taką możliwość niemalże w 100%. W związku z tym podejmuję się czasem organizacji wydarzeń, podczas których realizuję ideę "industrial music for industrial people". Zawiązał się cykl Join In The Chant, podczas którego gramy dla klubowej publiki to, co nam w duszy gra, czyli synth, electro, EBM z domieszką innych beatowych stylistyk z dużym naciskiem na industrial. Jeżeli uda się to sfinalizować, to niebawem wyjdziemy z cyklem poza obszar Trójmiasta. Cieszy mnie moment, w którym publika bawi się do "twojej" muzyki, chociaż słyszy ją często po raz pierwszy. Z koncertów, nie moich, lecz innych, organizujemy właśnie po raz pierwszy od kliku lat zdarzenie  zespołów, z którymi współpracujemy, czyli That's How I Fight, Dusseldorf i Popsysze. Dawno tego nie robiłem, nie wiem, jak przełożyć na tym etapie ilość pracy na efekt, ale z lekką ekscytacją czekam na moment, gdy to skonfrontujemy. Gdybym miał wskazać coś jeszcze, to dzięki naszym działaniom związanym z Zoharum, udaje mi się nieco wyżyć, projektując znaczną część poligrafii jak i innych materiałów graficznych dla naszych potrzeb. Ta część plastyczna daje mi ostatnio sporo radości, ale i wytchnienia oraz wolności twórczej, a jeżeli przy tym spotyka się z dobrym przyjęciem ze strony artystów, z którymi współpracujemy, daje sporo satysfakcji.
Dzięki wielkie za rozmowę
Autor:
Tłumacz: khocico
Data dodania: 2023-06-07 / Wywiady




Najnowsze komentarze: