AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Zita Rock Festival 2012


Czytano: 6195 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Zita Rock Festival 2012

Początkowo fani wybierający się na szóstą edycję Zita Rock Festival nie mieli szczególnych powodów do wielkiego entuzjazmu. Pierwsze zapowiedziane zespoły były co prawda dobrze znane i przyjemne dla uszu, ale jak to stwierdziła moja koleżanka: "grają ci co zawsze, tam gdzie zawsze". Dopiero krótko na początku roku coś drgnęło. Dodano kolejny dzień festiwalowy i uzupełniono skład o naprawdę kultowe zespoły.

PIĄTEK

Lord of the Lost
Debiutujący na berlińskim festiwalu muzycy z hamburskiego Lord of the Lost nie mogli bynajmniej narzekać na niewdzięczną rolę rozgrzewacza, gdyż mimo dość wczesnej pory pod sceną zgromadził się już spory tłumek widzów, którzy występ młodych, energicznych rockersów przyjęli z wyraźnym entuzjazmem. Muzycy pod wodzą Chrisa Harmsa dali żywiołowe, pełne energii show. Uwagę zwracały ich sceniczne outfity, staranne makijaże i stylizacje. Mimo krótkiego seta i wczesnej pory dali z siebie wszystko. Publiczność zdecydowanie doceniła ich starania, ludzie śpiewali razem z Chrisem i nagradzali każdorazowo brawami. "Lollies" zagrali sztandarowe utwory, a także kilka kawałków z nadchodzącego albumu "Die Tomorrow".



OOMPH!
Po młodzikach przyszedł czas na weteranów. OOMPH!, który na ZRF pojawił się już po raz trzeci, był tego dnia bez wątpienia wyczekiwany przez większość widzów.
Byłam ciekawa ich występu, gdyż promowana właśnie płyta "Des Wahnsinns fette Beute" zbiera wśród fanów i recenzentów skrajne opinie. Jak sam Dero twierdzi płyta ma w zamierzeniu być 'autoironiczna'. Jest... nietypowa. Cóż więc pokazał nam OOMPH! tegoż późnego popołudnia?
Nie sposób nie zauważyć, że na scenie jest teraz więcej muzyków – dodatkowa automatyczna perkusja i klawisze. Wystrój – marynistyczny. Muzycy łapią za instrumenty i zaczynają ostro od "Unzerstörbar". Na scenę – niczym szalony bosman – wbiega frontman Dero Goi.
Mocny, groteskowy makijaż "a'la Joker", marynarskie wdzianko. Jak zawsze czaruje możliwościami wokalnymi, śpiewa czysto, bez potknięć. Dodatkowo wybija rytm na stojącym obok statywu bębnie. Publiczność wtóruje mu klaskaniem, nikt nie wygląda na przyrośniętego do podłoża i znudzonego, nikt się chyba nie zastanawia, czy nie lepiej byłoby wyjść teraz na frytki. Nowe utwory przeplatają się ze starszymi, w mojej opinii chyba jednak bardziej mocarne, porywające są te starsze. Szczególnie, kiedy widzę jak w "Mitten ins Herz" pod sceną rozkręca się pogo, a Dero skacze wprost w wyciągnięte ręce fanów.
Z nowości z pewnością wyróżnia się oryginalna 'szanta' "Seemansrose", w której najważniejszym instrumentem nieoczekiwanie staje się akordeon, a splecione dłonie widzów przypominają morskie fale. Na zakończenie tradycyjnie zespół serwuje nam cover – tym razem to "Always look on the bright side of life". Skorzystałam zatem z tej rady i przymknęłam oko na wątpliwości, jakie mam do nowej płyty. Czekam, czym O! mnie zaskoczy podczas jesiennej trasy.



Nadszedł czas na pospacerowanie po terenie festiwalu. Wszystko tradycyjnie na swoim miejscu – duży wybór jadła i popitku wszelakiego, sklepy z 'mrocznymi' ciuchami i gadżetami, festiwalowym merchem. Nowością była prawdziwa gratka dla wielbicieli piłki nożnej – z uwagi na trwające właśnie rozgrywki EURO 2012 pod drzewami ustawiono duży telebim, na którym można było śledzić sportowe zmagania. Nie zabrakło również namiotu, pod którym muzycy składali swe podpisy na ochoczo podsuwanych im przez fanów płytach, koszulkach, torbach czy też... ciałach. Oficjalnie w tym dniu sesję autografów mieli mieć tylko Lord of the Lost, niespodziewanie jednak jako pierwsi pojawili się tam OOMPH!. Niestety, informacja o tym nie pojawiła się nigdzie oficjalnie (a jeśli pojawiła, to bardzo późno), więc wielu fanów straciło niestety okazję do spotkania muzyków oko w oko.
Evanescence
Nad cytadelą zapadł zmrok, nadszedł czas na występ headlinera. Miło zanotować fakt, że w końcu frontmanką była kobieta. Amerykańska wokalistka bez trudu zawładnęła sercami fanów, a jej głos sprawił, że rockowe rytmy stały się dużo bardziej... delikatne. Reszta zespołu wydawała się być wiecznie skryta za jej plecami.
Oglądałam występ z daleka, więc miałam okazję przyjrzeć się dobrze ładnej grze świateł, które w końcu po zmroku można było podziwiać w pełnej krasie. Podejrzewam, że nikt tego dnia nie wychodził z cytadeli zawiedziony, mimo że pierwszego dnia zagrały zaledwie trzy zespoły.



SOBOTA

Sobotni dzień festiwalowy zaczęłam od wizyty we "Fledermaus Keller". Owa piwnica nietoperzy to pomieszczenia zaadaptowane jako muzeum i nietoperzowe 'minizoo'. Trzeba bowiem wiedzieć, że zwykle w budynkach cytadeli zimuje około 11.000 nietoperzy! To jedno z najważniejszych siedlisk w całej Europie. Wstęp jest płatny, pieniądze są oczywiście przeznaczane na opiekę nad owymi nietypowymi lokatorami. W muzeum, oprócz możliwości podglądania zza szyb śpiących gacków są również sale wystawowe, gdzie można poznać gatunki nietoperzy, ich zwyczaje, czy towarzyszące im przesądy i zabobony. Skoro o przesądach mowa, to do łez ubawiła mnie 'sala Draculi' z koszmarnymi figurami słynnego wampira i leżącej w trumnie wampirzycy. Niestety, nie dane mi było spędzić w muzeum tyle czasu ile chciałam, gdyż na scenie zainstalowali się już muzycy.

Staubkind
Przelotny deszczyk nie skłonił nikogo do ucieczki spod sceny, sama kolejny raz chętnie obejrzałam występ miejscowego projektu Staubkind, którego mastermindem jest gitarzysta Terminal Choice, Louis Manke. Rok 2012 jest dla niego niewątpliwie udany – niedługo wychodzi nowa płyta, a zespół ma okazję supportować na trasie coraz bardziej popularnego w Niemczech Unheiliga. Trudno w ich występie doszukiwać się rewolucji, jak zawsze postawili na prostotę i sceniczny minimalizm. Zagrali oczywiście również piosenki z nadchodzącego albumu, szczególnie przypadło mi do gustu energetyczne "Rette mich".



Zeraphine, Mono Inc.
Dwa kolejne zespoły występowały również w ubiegłorocznej edycji festiwalu. Dlatego też zainteresowanych chciałabym odesłać do mojej zeszłorocznej relacji – zmian nie ma za grosz, co oczywiście nie znaczy, że na koncertach bawiłam się źle. Rewolucji jednak nie ma. Każda z kapel prezentuje ten sam, wyrobiony styl, zmiany w show są niezauważalne. Przez rok nikt nie "wynalazł koła", więc pozwolę sobie nie strzępić sobie klawiatury na pisanie o nich tego samego co w zeszłym roku.



Saltatio Mortis
Wspomnę z dziennikarskiego obowiązku, ze taki koncert również się odbył. Niestety, nawet redaktorzy muszą czasem jeść i pić, nie mówiąc już o wyławianiu na widowni znanych muzyków, którzy co prawda w tym roku nie pojawiają się na scenie, ale przybyli pobawić się prywatnie – obecni byli np. Alex z Eisbrechera i Chris L. z Agonoize. Tak więc niestety, ale występu SM w tym roku nie widziałam, jednak sądząc po roztańczonych fanach i gęstym tłumie pod sceną koncert był pewnikiem udany.



The 69 Eyes
Przyznam od razu, że dla mnie był to najlepszy koncert na festiwalu. Kolejni weterani sceny, konsekwentni w brzmieniu i wizerunku. Tego wieczoru ponownie mnie nie zawiedli – widać było, że są w świetnych humorach i najwyższej formie. Zaserwowali widzom zestaw sprawdzonych hitów, sprawili, że sobotnie popołudnie stało się prawdziwym świętem Goth'n'Rolla. Tradycyjnie nie zabrakło kultowego w tym mieście "Feel Berlin". Jak dla mnie zeszli ze sceny zdecydowanie za wcześnie.



ASP
Na szczęście po rewelacyjnym występie Finów fanom nie dano odczuć spadku mocy i napięcia. Alexander "ASP' Spreng ponownie (występował na ZRF już kilkakrotnie) wziął widzów w obroty i wycisnął z nich ostatnie poty. Niedawno fani z żalem przyjęli wiadomość o odejściu z zespołu gitarzysty Matze, muszę jednak przyznać, ze jego następca sprawuje swe powinności godnie. ASP jak zwykle okazał się umiejętnym "wodzirejem" który potrafi porwać ze sobą publiczność w niezwykły świat w którym żyją Czarne Motyle, a rzeczywistość pokryła się lodem. Pierwszy raz miałam okazję wysłuchać piosenki stojąc z wokalistą 'plecy w plecy' – w "Rücken an Rücken" ASP odwrócił się bowiem plecami do widzów, a widzowie plecami do sceny. Show okraszono również sporą ilością efektów specjalnych – pirotechniką ("Ich will brennen"), armatkami CO2 ("Eisige wirklichkeit"), pianą imitującą śnieg ("Ungeschickte Liebesbriefe") Wrażenia – niezapomniane.



Po koncercie rzuciliśmy jeszcze okiem na telebim, na którym akurat polscy piłkarze dostawali łupnia od Czechów i poszliśmy, żegnani odpalanymi nad cytadelą fajerwerkami, do pobliskiego browaru Spandau, żeby 'świętować' odpadnięcie naszej drużyny z Euro.
Całe szczęście, że koncerty na festiwalu dostatecznie osłodziły nam wyczyny naszych piłkarskich "orłów".

Strony:
Autor:
Tłumacz: harpia
Data dodania: 2013-02-03 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: