AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Castle Party 2015


Czytano: 5425 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

W myśl, na pozór tylko bezsensownego stwierdzenia, że "nie samym życiem żyje człowiek" na kilka dni w roku zapominamy o codzienności, zepsutym zszywaczu w pracy, niezapłaconych rachunkach i miłosnych rozczarowaniach. Pakujemy koronki, tiule i lateksy i podążamy w stronę…. nie, nie, nie w stronę światła, w stronę mroku. Oddalamy się od rzeczywistości i "życia" aby na moment przenieść się do świata wampirów, upiorów, księżniczek i generalnie wszystkiego co mroczne i złowrogie. To taki trochę skok w inny wymiar egzystencji. Te kilka dni, przepełnione czernią i dźwiękami, które poruszają umarłych, to festiwal Castle Party – wydarzenie z ponad dwudziestoletnią tradycją odbywające się co roku na zamku w Bolkowie i skupiające fanów sceny dark independent. W tym roku odbył się on w dniach 16-19 lipca i jak zwykle dostarczył niezapomnianych wrażeń, nie tylko tych zaplanowanych.
Festiwal rozpoczynamy od czwartkowych koncertów na scenie byłego kościoła ewangelickiego, gdzie jako pierwszy zespół w tym roku zagrał czeski Carpatian Castle. Damski, głęboki wokal, gitary i urokliwy czeski język wpłynęły na pozytywny odbiór tego gotycko rockowego projektu, a początkowo pusty kościół szybko wypełnił się publicznością. Również z damskim wokalem, ale w nieco innej, bo steampunkowej stylistyce zaprezentował się zespół Victorians. Po raz drugi w Bolkowie i z nowym materiałem, muzycy pokazali świetną formę. I znowu zmiana klimatu na zdecydowanie chłodniejszy, mimo panującego na zewnątrz upału, zdecydowanie można było odczuć gęsią skórkę wywołaną zimnofalowym brzmieniem 1984. Zespół, dziś już nieco zapomniany, ostatnim razem zagościł na bolkowskiej scenie w 2008 roku. Wtedy w pełnym słońcu na zamkowym dziedzińcu, dziś w mrocznych, przydymionych nawach kościoła, otworzył przed zgromadzonymi "zimną krainę". Atmosferę zaświatów skutecznie podtrzymał kolejny projekt, God’s Bow serwując dźwięki efemeryczne i senne. Wrażenie ulotności było na tyle silne, że wręcz można było ujrzeć wędrujące po niebie dusze, zdecydowanie dla fanów mistycznych doświadczeń. Absolutnie godny polecania, Skeptical Minds, to belgijski projekt z polską wokalistką. Karolina Pacan, która wyglądem przypomina Wednesday Adams po latach, mimo niepozornej postury jest prawdziwym wulkanem energii. Ktoś kiedyś stwierdził, że o wokaliście można powiedzieć, że jest dobry jeżeli potrafi porwać tłum i ona dokładnie to zrobiła. Zawładnęła publicznością w mgnieniu oka, słowem urzekający koncert. Na zakończenie legenda polskiej mroczności, świętujący w tym roku swoje dwudziestolecie, Artrosis. Na twarzach fanów pełna satysfakcja, Medeah mogłaby po prostu stać a tłum i tak by ją kochał. Zatem koncertowo dzień jak najbardziej udany. Z nowości około muzycznych, po raz pierwszy wokół kościoła pojawiły się budki z różnymi przysmakami oraz ławki i stoliki, świetny sposób na naładowanie baterii przed, po czy między koncertami bez konieczności zbytniego oddalania się.
Piątek. Temperatura odczuwalna – milion stopni. Stan gothowości w Bolkowie – level master. Koncerty na dużej scenie tego dnia otwierają polskie projekty, gotycko rockowy, progresywny The Digital Angel oraz post punkowy Już Nie Żyjesz. Z lekkiego marazmu wyrywa gotów kolejny polski skład, mianowicie Percival, który w Bolkowie zaprezentował się w swojej groźniejszej Schuttenbachowej odsłonie. Niespożyta energia, słowiański duch i niesamowite show. Panie z gracją wysłały Jezusa do Wieliczki i w zasadzie nie było co zbierać. Nieco uspokoił i rozbujał zgromadzonych brytyjski Antimatter. Trochę depresyjnie, gitarowo, wydaje się, że głęboki głos Micka Mossa mógłby doprowadzić nas na skraj wszechświata. Po tych międzygalaktycznych wędrówkach wracamy do pogańskiego świata i jego mrocznych obrzędów. Na scenie Candia, pląsając niczym rusałka w wianku na głowie i Inkubus Sukkubus. Odnosi się wrażenie, że cokolwiek zaśpiewa zabrzmi jak rzucanie uroku. Tym samym oczarowała publiczność, wezwała czarownice na sabat i pomalowała nasz świat na ….czarno. Kolejny koncert w okultystycznym duchu ale cięższym wydaniu to Merciful Nuns. Niewzruszone twarze muzyków tylko wzmagały nastrój grozy, muzycznie przejmująco. Na zwieńczenie dnia L’ame Immortelle. Miało być mrocznie, wypadło z lekka groteskowo. Wokalnie i scenicznie nieco bardziej przekonywująco wypada jednak Sonja. W szczególności gdy niczym ten upiór z zaświatów – kochanka pozostawiona na śmierć przez anioła, wraca by opowiedzieć smutną historię, a wiatr rozwiewa nieskończone warstwy jej sukni. W pewnym sensie można w tym usłyszeć dźwięk łamanego serca. Tymczasem na scenie kościelnej dzień metalowy i maraton polskich projektów od Shodan, Extinct Gods, przez Mord’A’Stigmata, Thaw, Darzamat i Hate.
Sobota. Temperatura odczuwalna – milion stopni. Poziom gothowości – wciąż level master. Koncertowe popołudnie rozpoczyna polski industrialno rockowy projekt Weimar. Tuż po nim Zombina and The Skeletons zaserwowali coś w rodzaju mrocznego kabaretu z podmuchem horroru klasy B i urokiem osobistym wokalistki w stylu Marilyn Monroe. Trzeba przyznać, że ciekawe w odbiorze. Kolejny projekt tego dnia to już wyższy poziom doświadczania. No bo co tak naprawdę powinniśmy czuć mając przed sobą techno-rycerzy, electro-templariuszy? Żywy dowód na to, że wszystko da się połączyć, a najdziwniejsze mieszanki czasem wychodzą najlepiej. Heimataerde powalili ludzi na kolana – dosłownie. Porzucamy średniowiecze, ale trzymamy się dalej elektroniki i przed nami Rabia Sorda z niemoralną propozycja "you can take me" a następnie wciąż elektronicznie polski skład H.Exe. Długo kazali na siebie czekać, ale czego się nie robi, kiedy spełnienie marzeń wielu fanów ma nastąpić lada chwila. Chłodny wiatr z północy zwiastował nadciągających wikingów. Wardruna dosłownie zagrabiła serca i splądrowała umysły publiczności, nie pozostawiając za sobą żadnych ocalałych. Po raz pierwszy w Polsce fani mieli okazję chłonąć dźwięki rodem z norweskiej mitologii. Atmosfera zamku jak i zjawiska atmosferyczne (widzimy przed sobą ścianę deszczu, na skórze nie czujemy ani kropli) spotęgowały doznania, sprawiając, że był to najbardziej mistyczny i odrealniony koncert tej edycji festiwalu. Ostatnią gwiazdą wieczoru był Paradise Lost. Idąc za Miltonem, w myśl stwierdzenia, iż "długa i trudna jest droga, która z piekła prowadzi ku światłu" panowie poprowadzili nas ścieżką swojej twórczości aż do zatracenia. Z wydarzeń około muzycznych, sobota to dzień kiedy na polu namiotowym odbywa sie sławne już Pool Party - w tym roku trochę wody dla ochłody jest bardzo wskazane. Na rynku za to spotkali się fani steampunkowych klimatów.
Niedziela. Temperatura odczuwalna – milion stopni. Poziom gothowości – level master bez zmian. Siła wiatru – należy rozważyć zakotwiczenie. Rozpoczyna gotycko rockowy Dance on Glass. Gdzieś w połowie koncertu następuje wymiana wokalistki na wokalistę i oto mamy przed sobą Opozycję. Równie intrygujące jest to, że w trakcie koncertu zdejmowany jest baner ze sceny. Monica Jeffries, choć ma polskie korzenie to w Polsce do tej pory nie występowała. W Bolkowie otwarła dla nas "window of hope" i wprowadziła w taneczny nastrój, podtrzymany również przez kolejny elektroniczny projekt Psyche. Ale jako że "all things pass into the night" to "goodbye horses", a przed nami kolejny koncert. The Frozen Autumn zahipnotyzował i wzbudził zachwyt publiczności. Melancholijne wokale i zimnofalowy powiew lat 80-tych a przy tym otwartość muzyków na kontakt z publicznością zdecydowanie spodobała się fanom. Projekt Thomasa Rainera, Nachtmahr miał zagrać w Polsce po raz pierwszy, fani czekali na ten koncert od dawna, przez cały dzień to tu to tam można było zaobserwować charakterystyczne białe koszule i przepaski na rękach. No i zagrał, jednakże ten imperial austrian industrial show został nieoczekiwanie przerwany. W pewnym momencie na scenę wszedł techniczny przekazując Thomasowi informację, po czym usłyszeliśmy komunikat, że koncert ze względu na bezpieczeństwo zostaje przerwany. Zdezorientowani fani nie do końca wiedzieli co się dzieje, zapatrzeni w scenę nie zauważyli tego, co rozgrywało się za ich plecami. Wystarczyło się odwrócić żeby ujrzeć ogromną masę czarnych chmur i błyskawic, potężna nawałnica w zastraszającym tempie zbliżała się nad zamek. Około 4 tysięcy fanów zostało ewakuowanych z zamku w przeciągu 8 minut. Duży ukłon w stronę organizacji jak również w stronę całej publiczności, która szybko i sprawnie opuściła dziedziniec. Nikt nie miał wątpliwości, że należy uciekać. Dalsza część koncertów stanęła pod znakiem zapytania. Burza choć gwałtowna nie trwała długo i ok 23:00 otrzymaliśmy informację, że Juno Reactor przygotowuje się do występu. Wracamy zatem na zamek. Dach sceny opuszczony do połowy, w fosie reporterskiej skrzynie ze sprzętem, ze względu na uszkodzenia sprzętu oświetleniowego scenę oświetla jedynie kilka reflektorów. Jeden z nich techniczny ręcznie odwraca w trakcie koncertu tak, aby rzucał światło na perkusistę. W takich oto post-apokaliptycznych warunkach Juno Reactor serwuje jeden z bardziej klimatycznych koncertów tej edycji Castle Party. Początkowo prawie pusty dziedziniec szybko się wypełnia. Dźwięki wibrują a my w poczuciu, że przetrwaliśmy odbieramy wszystko jakoś mocniej, jakoś bardziej.
Kończy się koncert i kończy się kolejna odsłona Castle Party a z nią czas błogiego odrealnienia. Jak zwykle w takich momentach pozostaje niedosyt i żal, że nie będzie więcej… a nie, wróć, będzie i to całkiem niebawem, bo jedynie za jakieś 370 dni. Tak proszę Państwa, do zobaczenia 28 lipca 2016. Stay dark!
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2015-07-26 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: