AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Wrocław Industrial Festival 2010


Czytano: 7688 razy


Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Wybierając się do Wrocławia na WIF pociągiem, starannie przyjrzałem się prognozom pogody. Zawsze tak robię, żeby nie wylądować w samych majtkach, z gumowym kółkiem i płetwami w śnieżnych zaspach, co zresztą zdarza mi się ostatnio coraz częściej, tym samym przekonując mnie coraz bardziej, że całe to modne medialnie, globalne ocieplenie może się gdzieś i odbywa, ale na pewno z dala od Polski.
Na listopadowy weekend 12/13.11.2010 zapowiadano chłód, deszcz, zimno, deszcz i dla urozmaicenia deszcz, co momentalnie sprawiło, że w moim odtwarzaczu pojawił się nieśmiertelny "Wroclaw in the rain", a w plecaku przeciwdeszczowa kurtka z kapturem. To nic, że ciężka. W każdym razie przygotowany na deszcz i zimno, 12 dnia miesiąca listopad, jak oznajmia pismo, wcześnie rano przy wybitnym udziale PKP podjąłem nierówną walkę o przetrwanie, której celem miało być zdobycie Iwo Jimy. No prawie, bo właściwie, to chodziło o przetrwanie siedmiogodzinnej podróży koleją i dotarcie do Wrocławia. Zresztą na jedno wyszło, z tą tylko różnicą, że Amerykanie mogli wyładować swój słuszny gniew na wrogach, a tu lipa. Kierownik pociągu był dwa razy większy ode mnie.
Jedyne, co mi pozostało, to odizolować się od świata zewnętrznego słuchawkami i wiązanką melodii młodzieżowych z iPoda. Już po niecałych dziewięciu godzinach, po rozjechaniu czyjegoś samochodu na przejeździe, jak zawsze niezawodny Wrocław przywitał mnie wbrew zapowiedziom - ciepło i słonecznie, powodując u mnie natychmiastową chęć zamiany kurtki za parę butelek zimnego piwa.
Oprócz słońca, moje gałki oczne zaatakowały plakaty imprez, z których wyróżniały się czarno-czerwone afisze Wrocław Industrial Festival. To już dziewiąty raz organizatorzy tego niewątpliwego wydarzenia kulturalnego sceny (post)industrialnej i okolic, stanęli na wysokości zadania, proponując prawdziwą duchową ucztę podobnym mi fanatykom. Mogłem tylko szczerze żałować, że przyziemne obowiązki wynikające z założenia rodziny, nie pozwoliły mi cieszyć się pięciodniowym pobytem, ale wiadomo - casus fortuitus. Trudno. Z późniejszych relacji znajomych wywnioskowałem, że było naprawdę nieźle. Imprezy dzieli się na te, które się pamięta, i te, których się nie pamięta. Oba rodzaje są fajne. Tym razem jednak musiałem uwierzyć na słowo. Niestety nie pamiętam, bo nie byłem.

10.XI˙- BWA AWANGARDA GALLERY godzina 19.00

BIRDS BUILD NESTS UNDERGROUND (CZ)
ZENIAL / PIOTROWICZ (POL)

11.XI - BWA AWANGARDA GALLERY godzina 19.00

FETISCH PARK (DE)
SUTURE NAVIGATOR (POL)

Mój dzień pierwszy 12. XI - GOTHIC HALL godzina 19.00

Kierując się nieśmiertelnym cytatem z Misia, "...przyszłem wcześniej... gdyż nie miałem co robić". Na całe szczęście, dzięki uprzejmości organizatorów, mogłem przeniknąć od razu do Sali Gotyckiej. Po wstępnym oswojeniu się za pomocą nie surowego piwa z surowym, klimatycznym wnętrzem, byłem gotowy na chłonięcie. Zarówno dźwięków, jak i kolejnych piw. Dźwięków surowych, piw warzonych, pasteryzowanych. Jakoś tak. Może to własnie z ich powodu soundcheck przeszedł w mojej głowie niemal płynnie w otwierający, rozgrzewkowy set DJ BAMBULE, czyli Gordona Sharpa z Cindytalk. Trzeba przyznać, że był dobrze dobrany i zmiksowany, zarówno set, jak i Gordon. Wszyscy trzej, set, Gordon i jego image, spełnili swoje zadanie znakomicie. Publiczność na parkiecie zdawała się wkręcać coraz bardziej, a wszyscy nowo przybywający do świątyni hałasu otrzymywali już na powitanie solidną porcję liturgii. A potem jeszcze tylko oficjalne przemówienie organizatorów, godne Oskarowej gali, przecięcie wstęgi, goździki, uśmiechy, brawa i...



Brytyjska grupa THEME objawiła się nam na swoim piątym koncercie w historii projektu, praktycznie na drugi dzień po występie w Krakowie, będącym jakby próbą generalną w tej konfiguracji. To podaję oczywiście li tylko z kronikarskiego obowiązku, jako, że trzon Theme - Richard Johnson (Richo) oraz Stuart Carter to doświadczeni muzycy, znani choćby z aktywności w projektach Playground, czy Splintered, któregoż to ostatnie wcielenie obydwaj razem tworzą. Donośny głos wokalisty wykonującego swoiste melodeklamacje przeplatane agresywniejszym krzykiem, rozbrzmiewał aż pod sklepienie gotyckiej sali, skupiając uwagę na Olga Drenda obsługującą metalowe "przeszkadzaje" to wartościowe uzupełnienie żywego wcielenia Theme. Bardzo dobre otwarcie. Ciekawostką jest to, że w pewnym momencie w utworze "Turn To Light" znów pojawili się w trójkę - Gordon Sharp, jego image i tym razem jego głos, wspierając wokalnie Johnsona. Rozmawiając z Richo już po koncercie, dowiedziałem się, że współpracę z Gordonem zamierzają kontynuować. No i w sumie bardzo dobrze, może być ciekawie. Theme zaprezentowało po kolei utwory "Time Always Wins", "An Answer To All Life", "Turn To Light", "Dream Your Dreams" i na koniec "Burn the Truth". Ten ostatni, jak również "An Answer..." pochodzą z trzeciej płyty grupy, "Valentine (Lost) Forever", pozostałe zostały stworzone dla potrzeb nowego, nieopublikowanego jeszcze wydawnictwa. Zapowiada się naprawdę nieźle.



Pewnym zaskoczeniem dla niektórych mógł okazać się występ holenderskiego BEEQUEEN. Zamiast spodziewanej solidnej dawki dronów przygotowanej, na bądź co bądź, industrialny festiwal, otrzymaliśmy w większości zaskakująco świeżo brzmiącą miksturę formy eksperymentalnej z popową treścią. Taką niepozbawioną swoistego uroku, zrównoważoną w wyrazie estetyką, panowie Freek Kinkelaar i Frans de Waard uraczyli nas przy ogromnym współudziale wokalistki Olgi Wallis. W repertuarze przygotowanym na WIF pojawiły się utwory z ostatniej, udanej płyty Beequeen - "Sandancing", jak również nieco starszych utworów. Występ może troszeczkę zagubiony w ogromnej hali (w przytulnym klubie propozycja Beequeen obroniłaby się na pewno lepiej), ale przykuł moją uwagę, dzięki niemu postanowiłem nadrobić swoje braki w obeznaniu z muzyką Holendrów. Ponad 50 minut upłynęło z kawałkami, kolejno: "Gilbert", "Someday Today", "Breathe" (Sandancing), "The Lord is My Shepherd", "The Maypole Song (Sandancing)", "It's a Fine Day", "Port Out Starboard Home", "Shame", "Honeythief" (Sandancing). Było tak pięknie, że przez chwilę zwątpiłem w temat przewodni festiwalu. Zamiast glanowania uszu, musiałem sobie zafundować glanowanie gardła.



Chwila przerwy technicznej i pierwszy występ, na który czekałem. Francuska, eksperymentalna formacja post-punkowa CLAIR OBSCUR, czyli najniebezpieczniejszy zawód świata. Takie skojarzenie przyszło mi na myśl, gdy obserwowałem film puszczony w tle. Dowiedziałem się później od wokalisty Clair Obscur, Christophe'a Demarthe, że ich wizualka to zmontowane fragmenty dokumentalnego filmu o rybakach - Les Derniers Du Grand Metier. Kto chce, może poszukać w sieci, albo obejrzeć podobne zmagania z krabami na Discovery. Pierwsza część koncertu oparta na spokojnych gitarowych riffach, z nastrojowym wokalem. Christophe'a wspomagali Nicolas Demarthe i Dorota Kleszcz na gitarach. Po kilkunastu minutach nastąpiła diametralna zmiana nastroju. Żywsze tempo, syntetyczne rytmy, klawisze. Fragmentami Christoph ocierał się o manierę wokalną Klausa Nomi. Nie wiem, czy było to celowe, w każdym razie było to zauważalne. Ta część wspierana była z podkładów, zarejestrowanych przy udziale pań i panów: Bruno Dupont - instr. perkusyjne, klawisze, Sabine Martel - chórki i Aline Montfort - flet. Nie wiem, które z wcieleń Clair Obscur bardziej przypadło mi do gustu, ja po prostu lubię "Obskurną Klarę" taką, jak jest w całości. Na występ złożyło się dwanaście utworów, w kolejności: "Blume", "The Last Encounter","Petite Fable","Cry No More", "Decades", "I Hope You're Fine", "This Song Is For You GPO", "Es War", "It'll Be Allright", "Toundra", "Barake", "Rain". Wszystkim, którzy nie byli usatysfakcjonowani tym, co Clair Obscur prezentuje na żywo, polecam zapoznanie się z wydawnictwami płytowymi. Warto.



Kolejna legenda post-punku, nowej fali lat 80-tych, czyli CINDYTALK prowadzona przez tak, tak - Gordona Sharpa, który był rekordzistą tego dnia w ilości ujawnień na scenie. Wyznam szczerze, że z nieukrywaną przyjemnością znów odbyłem nostalgiczną podróż w lata mej młodości. Wiele osób zapewne kojarzy projekt This Mortal Coil i jego debiutancką płytę, ale niewiele osób może kojarzy, że ekspresyjne wokale w utworach "Kangaroo", "Fond Affections" i "A Single Wish" są dziełem Gordona. Ten szkocki muzyk i performer, w ostatnich latach porusza się w obszarach bardziej abstrakcyjnych, wyzwolonych, skupiających się na ciekawych industrialnych rytmach okraszonych sporą dawką eksperymentalnych, wolnych, niesformalizowanych w połączeniu, noisowych dźwięków. Program przygotowany był specjalnie na Wrocław i składał się z miksu kawałków granych na żywo: "Speechless Cage","Lost Between Us", "Widen The Focus", "A Useful Melancholy", "Prince of Lies","Outside Out", "My Drift is a Ghost" z podkładami z laptopa. Pełne utwory przeplatane krótkimi fragmentami, czasem wręcz tylko tekstów, zaczerpniętych z innych produkcji grupy, melancholijne wokalizy wyśpiewywane do świdrujących uszy hałasów, teksty wykrzykiwane do połamanych, chaotycznych rytmów, to wizytówka obecnego wcielenia grupy. Bez trudu jednak dało się wyczuć tak charakterystycznego dla niej ducha. Dla mnie jeden z najciekawszych punktów pierwszego dnia festiwalu.

To co nastąpiło dalej, można ująć krótko - bezlitosne, brutalne, biczowanie dźwiękiem. ESPLENDOR GEOMETRICO nie wymagają specjalnej prezentacji, kto zna, wie, że bomba, kto nie zna, ten trąba. Za pulpitami sterującymi tą industrialną bronią masowego rażenia Arturo Lanz, od czasu do czasu chwytający za mikrofon, by wykrzyczeć swoje repetytywne, urwane frazy tekstu, niesione potężną falą bitów generowanych przy współudziale Saverio Evangelisty. Co do performance'u Arturo - z reguły nie mogę się powstrzymać od śmiechu, gdy oglądam mikrofon w ustach faceta. Przypomina mi się słynny, śmieszny filmik z wesela z Ziggim. Ale w trakcie występu EG wcale do śmiechu mi nie było, choć Arturo wyglądał momentami, jakby chciał mikrofon połknąć. Autentyczne emocje, wystrzeliwane maszynowymi seriami forte fortissimo, bunt, krzyk, opresja, zniewolenie. Trans. Jedyne co mogę rzec na temat utworów, to tyle, że znalazły się tam fragmenty z wydanej w 2009 plyty "Pulsión", ale dużą część wypełniły swobodne improwizacje i transowe pochody. Bardzo dobry występ, kwintesencja gatunku, ogromne wrażenie.



Przytłoczony tą eksplozją nuklearną w wykonaniu EG i zaczynającym się kryzysem z niewyspania, pomału wsunąłem się w kolejny punkt programu, brytyjski duet KONSTRUKTIVISTS. Projekt założony pod koniec lat siedemdziesiątych przez Glenna Michaela Wallisa w swojej twórczości epatuje interesującą mieszanką awangardy i industrialu z charakterystycznymi elementami stylistyki krautrockowej. Ten były członek ekipy koncertowej Throbbing Gristle i bliski przyjaciel Roberta Rental, z którym swego czasu współpracował, wraz z towarzyszącym mu obecnie Markiem Crumby, zaprezentowali w Polsce utwory z początkowego okresu działalności grupy. Był to specyficzny wyraz uczczenia zarówno wczesnych lat Konstruktivists, jak i pierwszej wizyty projektu w Polsce. Usłyszeliśmy zestaw 11 utworów: "The Master", "Free Form Fetish", "Loch Groove", "Friendly Fire", "Mansonik no 3", "For Each Of Us", "Physical Jerk", "Konfrontation", "Mansonic No 1", "In Kabul" oraz finałowy "Andropov 84/I'm coming around your house". Może to atmosfera rozkręcającego się festiwalu sprawiła, że Glenn poczuł się swobodnie, czego wyrazem była jego naga klata, odrzucenie klasycznych tekstów i improwizacje, a także wyraźne cytaty nawiązujące do Whitehouse. Zabawa była przednia.



Przepięknym zwieńczeniem tego dnia pełnego wrażeń, była emanacja spirytualizmu i bolesnej cielesności w tyglu postindustrialno-metafizycznym, czyli rodzima grupa CHRISTBLOOD. Ten kolektyw trójki artystów - Grażyna Kaczmarek, Tomasz Baran i Krzysztof Pawlik, istniejący na scenie już kilkanaście lat pokazuje, że możliwe jest takie wyważenie środków wyrazu, żeby przekaz był poruszający, pełen głebokiej treści, a jednocześnie daleki od przyciężkiej stylistyki.
Transowe frazy, użycie samplowanych dźwięków jako podkładów do teatralnych melorecytacji, rozbudowane, ciekawe instrumentarium, ruch sceniczny i poruszające wizualizacje, sprawiły, że nalezy zaliczyć ten występ do bardzo udanych. Pomimo totalnego zmęczenia późną/wczesną porą przykuł uwagę bez wątpienia. Polecam każdemu zapoznanie się z twórczoscią grupy, któraz we Wrocławiu zaprezentowała 10 utworów: "Krople oceanu", "Pierwszy krzyk", "Inversus", "Inicjacja", "Ancor", "Chwila, która sprowadza ciszę", "Degradacja", "Passage... ", "Rubicon" i na koniec "Oceanu łzy".

Dzień zakończył, czy raczej ze względu na wczesną porę powitał, DJ MNIAMOS / ACIDTV, ale niestety już beze mnie:-)

13 XI - GOTHIC HALL
7.00pm

Drugiego dnia, gdy tylko wróciłem do żywych, co nie obyło się bez dłuuugiej, popołudniowej drzemki, dla odróżnienia "...przyszłem wcześniej... gdyż nie miałem co robić", co po raz kolejny okazało się strzałem w 10. Rozgrzewka w wykonaniu żywej legendy - Dirka Ivensa (Absolute Body Control, The Klinik, Sonar, Dive) w połączeniu z piwem i owocnymi rozmowami ze znajomymi, była znakomitym aperitifem. Cieszę się, że znów zobaczymy Dirka na kolejnym, X WIF.

Wrocławskiej JOB KARMY (POL) nie widziałem już dość dawno, tym większe było to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Choć z Maćkiem i Aureliuszem znamy się osobiście, nie jest to w żadnym przypadku przyczyna, dla której teraz będzie na kolanach. Zarówno strona muzyczna, jak i wizualna plasuje występy Job Karmy w randze wydarzeń na scenie industrialnej.
Zdecydowanie ścisła czołówka. Najnowszy krążek Job Karmy "Punkt" dotarł do mnie dosłownie trzy dni przed wyjazdem na WIF (wiem, wiem, TAKĄ płytę trzeba było zamówić już wcześniej:-), więc ledwie starczyło mi czasu na pobieżne przesłuchanie. No nic... zaczęło się od mrugających oczu z ekranów ustawionych do publiczności. Trzeba przyznać, że ta swoista sekwencja zrobiła na mnie niesamowite wrażenie - z jednej strony to jakby oko, puszczane w kierunku widza, z drugiej baczny obserwator. Wielki Brat w kontrolowanym i indoktrynowanym społeczeństwie. Obydwaj muzyczni członkowie Job Karmy, Maciej Frett i Aureliusz Pisarzewski "obudowani" szczelnie muzycznym sprzętem sprawiali wrażenie uwięzionych, podczas, gdy ich muzyka otwierała przestrzenie dla wyobraźni i wolności. Muzycznie to klimaty, które czerpią najlepsze wątki z czasów syntezatorowej rewolucji przełomu lat 70-tych i 80-tych. Motoryczne rytmy, na tle kórych plotą się syntezatorowe opowieści, niezwykle udanie podkreślone partiami gitary Aureliusza. A wizualnie... hmmm... kto nie widział przerażająco sugestywnych filmów Arka Bagińskiego, temu żadne słowa nie wystarczą. Animacje oparte na charakterystycznym rysunku, a w otwierającym koncert filmie zagrał "żywy" aktor - Artur Grochowiecki.
Dwoma słowami - fantastyczny występ, na który złożyły się w wiekszości utwory z ostatniej płyty: "RAF", "Brain's Processing", "You Are The Key" uzupełnione o Shekle z debiutanckiego krążka "Newson", "Bronte", "Hel", "TerrorVizja" i znakomitego, opartego na transowym pulsie "Hydroxixinum City" z albumu "Tschernobyl". Może niektórzy z czytelników nie mogą juz znieść tego poziomu egzaltacji, może robi im się niedobrze, a ekran komputera spływa w ich mniemaniu wazeliną, ale ja nic na to nie poradzę, że Job Karma to w tej konwencji dla mnie numer jeden tego wieczoru. A płyta "Punkt" jest stałym punktem mojej kontemplacji.



Po krótkiej przerwie technicznej NON TOXIQUE LOST. Występ Niemców na WIF był ich jak do tej pory pierwszą wizytą i okazją na zaprezentowanie się na żywo w Polsce. Niestety, pierwszą część koncertu "zjadły" problemy techniczne. Szkoda, bo chwilowy brak odsłuchów, a w rezultacie granie "obok" i zmaganie się muzyków z tzw. zwrotną, nie ułatwiły odbioru słuchaczom. Pomimo to, program jaki zaprezentował duet Sea Wanton i A. Wollscheid w postaci siedmiu utworów, był na tyle intrygujący, że kłopoty z ogarnięciem materii udało się przezwyciężyć. "Eisicht a Suivre", "Nachtbuszeit", "England Ihren Feinden Schenken", "Buchenwald", "Neues Deutschland Lied", "Frobot" i kończący "Burnt Out" to konglomerat gitarowych eksperymentów, w towarzystwie sampli oraz fal radiowych z obecnego na scenie odbiornika. We wszystko to zostały wplecione melodeklamacje z iście aktorską ekspresją. W pewnym momencie pośród innych haseł, na ekranie pojawił się napis "you will forget me very quickly" - jeśli to było coś w rodzaju refleksji NTL nad trwałością odbioru ich sztuki w pamięci widzów, to zupełnie niepotrzebnie poddali się takiej samokrytyce.



Nie będę już wspominał o przerwach technicznych pomiędzy poszczególnymi wykonawcami, bo zdaje się to być całkiem normalne i uzasadnione, poza tym trzeba raz na jakiś czas zaczerpnąć świeżego powietrza i świeżego piwa przy tak intensywnej percepcji. Takim też świeżym oddechem okazał się CONTAGIOUS ORGASM (JAP). Cudownie mistyczne dźwięki wplecione w kołyszące rytmy nadały występowi Japończyków specyficznego kolorytu. Niezwykle sympatyczni (jak się później okazało w rozmowie) Hiroshi Hashimoto i Shingo Sugiura prezentowali swoje dźwięki w oszczędny sposób, bez fajerwerków świetlnych, dymów i stroboskopów, dzięki temu wciągając słuchaczy bez reszty w swój świat. Powolnie zmieniające się kadry w wizualkach (w tym fotografie z polskich filmów z lat 60-tych) potęgowały wrażenie. Przyznaję się bez bicia, że choć znany mi już był wcześniej, Contagious Orgasm dopiero występem na żywo wywarł na mnie ogromne wrażenie. Na tyle, że postanowiłem poszerzyć swoją kolekcję płyt o albumy Japończyków. Siódemka chyba była szczęśliwą liczbą wieczoru, albowiem na set CO złożyło się właśnie siedem utworów, w kolejności: "The Cause Of Beginning", "In A Flow", "Sweet Home", "Ballet Mechanic", "Smoke", "Inspection 09", "Long Distance Works 1".



Łyk piwa, wymiana zdań w przedsionku i DERNIERE VOLONTE. Mix klasycznej francuskiej chanson z elektroniką lat przełomu lat 70-tych i 80-tych (Kraftwerk, OMD) w marszowym, militarnym sosie. Że co, że nie da się tego połączyć? Bzdura! Naród, który potrafi wydać na świat tak znakomite połączenie jak ser brie z winem cabernet sauvignon, raczy nas fenomenalnie smakującymi produkcjami DV już ponad 15 lat. Na WIF Derniere Volonte zaprezentował się jako dwuosobowa załoga francuskiej łodzi. W "marynarskich" koszulkach wystąpili - drugie wcielenie Dave'a Gahana, czyli Geoffrey D., wspierany na żywo przez multibębnistę Pierre'a Pi. Poważnym wsparciem koncertu było świecące w ciemności logo Apple. No i co... Tyłki do góry poderwało jedenaście utworów - "Ami", "Regard Camouflage", "L'ombre des Réverberes", "La Nuit revient", "Mon Mercenaire", "Mon Orage", "Maintenant", "Qu'avez Vous Fait?", "Tout a Disparu", "Au Travers des Lauriers" i nomen omen "La Fete est Fini". I chociaż z mojego ulubionego albumu "Immortel" znalazł się tylko utwór " Maintenant", a zabrakło takiego hiciora jak "Impossible", to i tak było bardzo tanecznie, fajnie, kołysząco, energetycznie i tanecznie. Powiedziałem dwa razy tanecznie? No cóż, widocznie tak było:-)



Pamiętam SPIRITUAL FRONT sprzed paru lat z Poznania, więc nie zdziwiły mnie przygotowania w postaci instalacji na scenie lampy nocnej:-) A gdy w formie wizualki ujrzałem pierwsze sceny z filmu "Mamma Roma" Passoliniego, wiedziałem, że będzie dobrze. Włoskie kino czarno-białej kreski, realizmu, to moje ulubione kino. Passolini nakreślił tu dramatyczny obraz życia rzymskiej prostytutki znanej jako Mamma Roma i jej syna Ettore. Obrazy z ich życia pośród alfonsów, kurew, złodziei, niebieskich ptaków - ludzi przegranych, ale zdających sobie sprawę ze swojej beznadziejności, mimo to tkwiących w oparach swego marnego przeznaczenia, byłyby znakomitym zobrazowaniem piosenek SF, gdyby były wyświetlane na czymś więcej, niz tylko pudło dwunastostrunowej gitary Simone Salvatori'ego. Tak, jak Wielkim atutem filmu jest niezrównana, pełna żywiołowej ekspresji kreacja Anny Magnani, tak ogromnym atutem Spiritual Front jest postać lidera. To praktycznie on odpowiada za cały zespół, no i trzeba przyznać, że robi to znakomicie. Występ Spiritual Front to część trasy promującej nową płytę Włochów "Rotten Roma Cassino", więc, co zrozumiałe na set złożyłi się głównie kawałki z tej płyty, a także "Armageddon Gigolo" i jako wisienka na torcie niepublikowany, grany wyłącznie na żywo "Hey Boy!". Bardzo spójnie, bardzo profesjonalnie, bardzo poruszająco. Pop? Hmm, jeśli tak, to świetny.
Po niezwykle żywiołowym, choć jeśli chodzi o ruch sceniczny, nieco statycznym, występie Spiritual Front, niemalże szturmem na scenę i w organy słuchowe wdarł się swym ogromnym power-noise-indu-penisem CON-DOM (UK). Niezaprzeczalna legenda sceny, Mike Dando nie oszczędza się na żywo, czemu dał pełen wyraz we Wrocławiu. Zniekształcone, pełne wściekłości wrzaski, szum, harsch, noise. Rysa na gładkim obrazie kontrolowanego, ubezwłasnowolnionego społeczeństwa. Niestety im bardziej się starzeję, tym mniej przemawiają do mnie tego typu środki wyrazu.



Po straszliwej rzeźni w wykonaniu Con-Dom, po uszach wygłaskał nas na dobranoc KUNST ALS STRAFE z Niemiec, w składzie Gerrit Haasler, Goetz Kleinhaus, Nikolai Arnold, Rocio Rocha i Johanna Blackstone, grając jeden jedyny utwór - Invasive Reverse Surveyance. I znów w roli głównej melodeklamacje i quasi-operowe śpiewy oprawione w szumy, zgrzyty i szelesty. Ciekawe. I jak to mawia Król Julian, "w tom noc, Maurice, w tom noc" zakończył się dla mnie WIF, jak tylko DJ LUNATIC (POL) przestał grać.



Rano na śniadanie kieliszek chleba, pociąg i do domu, choć w polu pozostały niezbadane przeze mnie wydarzenia niedzieli, czyli:

DBMG/RAF (CAN)
[HAVEN] (POL)
INNER VISION LABORATORY (POL)
SYNAPSIS (POL)
DJ MNIAMOS /ACID TV (WRO)

Wyjeżdżałem ze słonecznego Wrocławia w pełni usatysfakcjonowany. Po kilku dniach od tego przeżycia naprawdę nie miało już dla mnie znaczenia to, że niektórym z wykonawców udało się udowodnić, że zdecydowanie lepiej brzmią na płytach, niż na żywo. Że strona wokalna niektórych ujawnień powinna być miłosiernie przemilczana, że o paru innych wpadkach nie wspomnę. Że oprócz industrialnej czerni było widać wiele odmian różu. Nieważne - ja byłem najzwyczajniej szczęśliwy, że mogłem znów zobaczyć i odsłuchać na żywo kawał świetnej muzy, porozmawiać ze znajomymi oraz wykonawcami i nawiązać nowe kontakty. Nie jesteśmy w Polsce rozpieszczani nadmiarem podobnych imprez, więc tym bardziej chylę czoła przed organizatorami w podziękowaniu, od dziś odliczam dni do kolejnej, dziesiątej odsłony festiwalu. Okulary słoneczne, gumowe kółko i płetwy mam. A organizatorzy zapowiadają Clock DVA i Zoviet France. Będę na pewno i Wam to samo radzę.

IX Wroclaw Industrial Festival full line-up:

10.XI
- BWA AWANGARDA GALLERY
18:30 doors

19:00
BIRDS BUILD NESTS UNDERGROUND
20:00 PIOTROWICZ / ZENIAL

11.XI - BWA AWANGARDA GALLERY
18:30 doors

19:00
SUTURE NAVIGATOR
20:00 FETISCH PARK

12. XI - GOTHIC HALL
18:30 doors

18:30 dj BAMBULE
19:30 THEME
20:30 BEEQUEEN
21:30 CLAIR OBSCUR
22:30 CINDYTALK
23:30 ESPLENDOR GEOMETRICO
01:00 KONSTRUKTIVISTS
02:00 CHRISTBLOOD
03:00 dj MNIAMOS / ACIDTV

13 XI - GOTHIC HALL
7.00pm

18:30 doors

18:30 dj DIRK IVENS
19:30 JOB KARMA
20:30 NON TOXIQUE LOST
21:30 CONTAGIOUS ORGASM
22:30 DERNIERE VOLONTE
23:30 SPIRITUAL FRONT
01:00 CON-DOM
02:00 KUNST ALS STRAFE
03:00 dj LUNATIC

14.XI - Lulu Belle Cafe
18:30 doors

19:00 INNER VISION LABORATORY
20:00 [HAVEN]
21:00 BENICEWICZ
22:00 VILGOC
23:00 dj: MNIAMOS /ACID TV

Strony:
Autor:
Tłumacz: Ankara
Data dodania: 2011-09-21 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: