AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
Castle Party 2007


Czytano: 59760 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

Kiedy kończę pisać tę relację w popielniczce dogasa żar z kadzidełka. Rozluźniam mięśnie rąk i opadam na fotel włączając sobie najnowszą płytę IAMX. Tegoroczna edycja była dla mnie naprawdę fajnym przeżyciem, aczkolwiek niezbyt ciekawym pod względem muzycznym.

W Bolkowie wylądowałam o 19 w czwartek. Co poniektórzy pamiętali nawet, że w pierwszy dzień Castle Party przypadają moje imieniny i w prezencie dostałam coś co lubię najbardziej na świecie, czyli loda;). Dlatego śmiem twierdzić, że festiwal rozpoczął się dla mnie niesamowicie przyjemnie, a moje przybycie na Zamek przywołało na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Czwartek był dniem słonecznym, parnym i dusznym. Zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo nienawidzę upałów i modliłam się w środku o choć odrobinkę ochłody. Ciche marzenia przerosły moje oczekiwania, gdyż skuteczniej niż posłowie, którzy wymodlili się o deszcz w Sejmie sprowadziłam taką ulewę na następne dni festiwalu, że cały Bolków pływał. Ale, jak to się mówi, do rzeczy.

Czwartkowy wieczór rozpoczął się od setów didżejskich w Hacjendzie. Prawdę mówiąc nie nastawiałam się w tym roku na imprezę klubową, więc ciężko mi ocenić czy tegoroczne Before Party było udane. Wiem na pewno, że tłumy jakie przewijały się przez cały lokal onieśmielały mnie przed dalszą zabawą, a brak wytrzymałości na duszność i zmęczenie sprawiły, że dość szybko zwinęłam się do kwaterki. Wiem jednak, że wiele osób bawiło się świetnie w czwartek, więc myślę, że mogłam stracić coś naprawdę fajnego:).

Piątek rozpoczął się od nieprzyjemnych rewelacji. Najpierw pojawiła się plotka, że w Sorrento nie odbędzie się impreza, potem, że jednak będzie przy parkingu, a później w rzeczywistości jednak jej nie było. Ale cóż, taka karma zwykłego uczestnika, zawsze dowiaduje się dziwnymi kanałami i do końca łudzi się, że potworne plotki to tylko mistyfikacja.

W rzeczywistości pierwszym wydarzeniem tego Castle Party był performance Exciting Body Piercing Show. Dla mnie spektakl był wstrząsający, jeśli nie dodać ohydny i przerażający. Z drugiej jednak strony stałam w tłumie gapiów nie mogąc odwrócić wzroku od latającego nade mną, przywieszonego za żywą skórę człowieka, który pękał z radości i zadowolenia w tym samym momencie, kiedy z jego pleców spływały strumyki krwi. W istocie pokaz był ekscytujący. Aktor, nazwijmy ofiarę kaźni tym mianem nie sprawiał wrażenia osoby niezadowolonej. Wręcz przeciwnie, chłopak (około dwudziestoletni) wił się i skakał na elastycznych linach i hakach. Tańczył nad głowami publiczności, a ta odpływała w kompletnym amoku. Najbardziej jednak w całej zabawie podobało mi się "znieczulenie" serwowane uczestnikom performance’u – szklanka do dwóch szklanek wódki. Tak na rozweselenie skołatanych nerwów (szkoda, wielka szkoda, że nie rozdawali obserwatorom). Po mężczyźnie, na hakach zawieszono kobietę, która również wisiała w powietrzu i bujała się, jednakże jej mina nie sugerowała takiego zadowolenia jakie reprezentował poprzedni "wisielec". Ponadto oprócz jednego, czy może dwóch przypadków zasłabnięć na widowni pokaz wypadł znakomicie. Spektaklowi towarzyszył także didżejski set, jednakże nie mogę powiedzieć, aby był on dobry. Najsmutniejsze było chyba to, że jedyną osobą, która wczuwała się w rytmy puszczanych utworów (notabene sztampowych i kiepsko przygotowanych) był sam DJ. Exciting Body Piercing Show było wydarzeniem szokującym, mam nadzieję, że na przyszłej edycji CP pojawi się coś równie "skandalicznego", coś co wywoła na wielu twarzach grymas obrzydzenia połączonego z ciekawością i wścibskością.



C.H.District zaprezentował się bardzo godnie. Wysłuchałam właściwie całego występu i byłam niesamowicie zadowolona. Zresztą, jest to kolejne Castle Party, które "kupiło mnie" już piątkowymi występami. Co mogę zarzucić? Bez wątpienia to, że każdego roku organizacja kuleje jeśli chodzi o "wyrabianie się na czas". Poślizgi miały miejsce w przypadku nie tylko koncertów głównych lecz także imprez w Hacjendzie. Opóźnienie i ogólny rozgardiasz jaki panował w Bolkowie wyprowadzało mnie z równowagi, dlatego też szybko zwinęłam się do swojej kwatery, by obudzić się w sobotę rano – najlepszy dzień Castle Party 2007.
28 lipca był dla mnie dniem łaskawym. W perspektywie miałam długo wyczekiwany koncert IAMX, a także szereg innych zespołów i muzyków. Znakomita pogoda sprawiła, że szybko zerwałam się na nogi, żeby podreptać po miasteczku i zobaczyć co się dzieje. Ciepły poranek, i wszechogarniająca pustka. Dopiero koło godziny 12 uczestnicy festiwalu wylęgli na brukowane uliczki Bolkowa, co było dla mnie znakiem, że impreza w Hacjendzie musiała się jednak udać. Wraz z chwilą, kiedy na ulicach pojawili się ludzie niebo poszarzało i… co niestety okazało się być największą tragedią tegorocznej edycji – pozostało takie już do końca trwania festiwalu. Przeplatane deszczami, wichurą, a nawet burzami wydarzenia traciły na atrakcyjności kosztem schowania się w jakieś suche i bezpieczne miejsce. No, ale czas przejść do rzeczy.

Pierwszym z oglądanych przeze mnie zespołów tego dnia był czeski projekt Tear. Słuchając sąsiadów zza południowej granicy w domu nie nastawiałam się raczej na grupę, która przypadnie mi do gustu. No i rzeczywiście – czesi zagrali fatalnie, bujali w obłokach, nie mogli złapać rytmu, ani kontaktu z publicznością. Musiała towarzyszyć im nieziemska trema co dało się odczuć na widowni. No i z całą pewnością odradzałabym wokaliście śpiewanie po angielsku, gdyż nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Właściwym stwierdzeniem byłby uznać, że wychodziło mu to fatalnie.



Po niezdecydowanych czechach na scenę wpadł japoński, visual kei’owy zespół The Royal Dead. Muzycy z TRD charakteryzowali się w przeciwieństwie do poprzedników zdecydowanie większą pewnością siebie, lecz na tle Tear nie wypadli wcale dużo lepiej. Moja ocena japończyków może wynikać z tego, że stawiam bardzo wysokie wymagania zespołom pochodzącym z Kraju Kwitnącej Wiśni. Energiczna i śliczna wokalistka – Haru robiła bardzo wiele by porwać tłumy spod sceny. Jednakże ludzie stali jak kołki patrząc na wygibasy japonki.

Po ekscentrycznych przybyszach ze wschodu na scenę niemalże wlecieli muzycy z The Catastrophe Balet, który natychmiast rozruszał tłumek pod sceną grając swoje największe hity. Osobiście fanką zespołu nie jestem, ale The Lovers Delight poruszył nawet moje zimne serduszko.

Niewątpliwie "spektaklem" tegorocznej edycji była kapela Miguel And The Living Dead. Mało kto wziął ich na poważnie (i choć byli i tacy) w związku z czym widać było, że ludzie bawią się świetnie w tej mieszance kiczu, koszmaru rodem z filmów gore. Muzycznie oczywiście katastrofa, ale ubaw po pachy…



No i w końcu na scenę wskoczyła genialna DIORAMA. Tak naprawdę dopiero ten koncert zapoczątkował dla mnie Castle Party 2007. Był znakomity pod każdym względem, w trakcie występu panowała jakaś niezwykła atmosfera i mimo tego, że dla mnie ich muzyka jest zdecydowanie za lekka, bardziej do kochania przed snem niż na imprezę, to muszę przyznać, że były takie momenty, które mnie wzruszyły. Artyści wykonali właściwie większość swoich "hitów" po czym publiczność wywołała ich na znakomity bis.



Po fenomenalnej Dioramie na scenie znaleźli się Norwedzy z Pride And Fall. Jako, że niezbyt tego typu muzykę lubię, zrezygnowałam z koczowania pod sceną i udałam się na "polowanie" z aparatem. A w tym roku było co fotografować.. Nie wiem więc kompletnie jak grali i nie zamierzam kłamać, że było cudownie, chociaż widziałam tłumy bawiące się pod sceną, więc chyba nie było aż tak źle.



Czekałam w znakomitym towarzystwie na występ Suicide Commando i niewiele więcej się dla mnie liczyło. Belgowie nie zawiedli mnie, mimo długiego poślizgu przed koncertem wybawiłam się znakomicie. Usłyszałam całe mnóstwo bitów, ostrą muzykę, miód dla moich uszu. Stojąc na wzniesieniu taksowałam wzrokiem publiczność, która od samej sceny aż po ścieżkę prowadzącą do zejścia w dół tańczyła, falowała w rytm muzyki. Niosła energię i siłę. I chociaż zdarzyli się malkontenci ja koncert uważam za całkiem udany, ale krótki. Jedyne co mnie irytowało to fakt, że muzycy grali jakby od niechcenia i chociaż dali się wywołać na bis to zupełnie "odbębnili" kultowego "Hellraisera" co sprawiło, że mimo poprawności całego występu wydał mi się on mdły, nudnawy i zagrany na siłę.



Zaraz po "susajdach" na scenie zainstalował się niemiecki projekt znany właściwie każdemu "Diary of Dreams". Szczerze mówiąc nie lubię takiej muzyki, czegoś co kojarzy mi się z tzw. graniem do kotleta i za taką muzykę uważałam twórczość "Diary of Dreams", aż do momentu kiedy na tegorocznej edycji Castle Party zobaczyłam ich na żywo. Nie lubię mrocznej i depresyjnej muzyki, ale na koncercie odkryłam, że dźwięki te niosą ze sobą także emocje - prawdziwe i nieskrywane. Koncert oceniam więc bardzo dobrze, wzruszył mnie i w jakiś sposób poruszył. Było to coś niesamowitego. I mimo, iż bawiły mnie rzesze nastolatek (i nastolatków!) kwiczące i piszczące po każdym nawet drgnięciu Adriana Hates’a to i tak było fantastycznie. Sama oczywiście też miałam problem z oderwaniem wzroku od charyzmatycznych muzyków, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsza była muzyka i ekspresja, która trafiała do mnie w każdej chwli. Ja zwykłam konsumować melodię na spokojnie, byli tacy, którzy dosłownie doznawali orgazmu słysząc ukochany zespół i nie dawali spokoju bliźnim, ale poznawszy nasycenie emocjonalne utworów prezentowanych przez DoD trudno się dziwić… Oczywiście był to prawie najlepszy koncert na CP 2007.



Prawie, gdyż fenomenem edycji był niesamowity, ekstrawertyczny, ekscentryczny i absolutnie inny, nie wpisany w klimat zespół IAMX. No i co na początek? Kolejny poślizg.. instalowanie na scenie zespołu trwało chyba pół wieku, zdążyłabym zapuścić korzenie. 50 minut to naprawdę długi czas. Ale dzięki temu udało mi się dotrzeć pod samą barierkę, by móc nasycić oczy bliskością wykonawców. Byłam zmarznięta i przemoczona, miałam wszystkiego dość i nagle, po tych cholernych 50 minutach na scenę wybiegł on – Chris Corner. Oczywiście koncert nie obył się bez klasycznego show, towarzyszącego każdemu występowi. Performance byłby naprawdę udany, gdyby nie to, że zespół i tak zaprezentował tylko maleńką namiastkę tego jakie przedstawienie potrafi zorganizować. Dla kogoś, kto widziałby muzyków pierwszy raz może było to coś niesamowitego, mi jednak pozostał niedosyt i poczucie, że znów ktoś chce mnie "ugłaskać drobnymi sztuczkami". Oczywiście muzycznie brzmieli znakomicie. Na żywo w ogóle nie odstawali od tego jak słychać ich na płycie. Profesjonalny, kompletny występ. Szkoda tylko, że wizualizacje były bardzo nudne, a Corner stara się jak najszybciej zakończyć spektakl i pójść spać. Należy jednak oddać chwałę muzykowi za nawiązanie świetnego kontaktu z publicznością, który w ramach tego "ugłaskiwania drobnymi sztuczkami" rzucił się nawet w tłumek fanek rozłączając tym samym cały sprzęt i wprowadzając ogólny rozgardiasz. Wizualnie zaś jak zwykle zrobił wrażenie. Kontrowersyjny strój w połączeniu z kontrowersyjnymi tekstami i znakomitą muzyką sprawiły, że występ zapadł mi w pamięć na zawsze i mimo wielu zarzutów jakie mam nadal uważam go za najlepszy występ CP 2007. Na po-koncertowe afterparty nie dotarłam. Dowiedziałam się, że występy DJ’ów z I:AM:BPM Night zostały odwołane, a w Hacjendzie odbywało się standardowe Vampire’s Night, które nieszczególnie mnie pociągało. Tak właśnie zakończyła się Sobota w Bolkowie. Pomimo fatalnej aury pogodowej bawiłam się świetnie no i z przykrością stwierdzam, że był to tak naprawdę jedyny udany dzień z czterodniowego cyklu Castle Party 2007.



Niedzielę rozpoczęła ładna pogoda, ale popsuła się dosłownie tuż przed występem Masskotek. Dziewczyny z zespołu wiedzą jak postrzegana jest ich muzyka, co więcej robią ją świadomie. I chyba dzięki temu bawiłam się tak świetnie na ich, nazwijmy to, przedstawieniu. Były dla większości uczestników festiwalu "ciekawym obiektem do obejrzenia", gdyż pod sceną jak i w okolicach sceny zebrało się sporo ludzi chcących zobaczyć z czym mają do czynienia. Jak zwykle wykonawczynie nie zawiodły wiernych i niewiernych fanów i ubrały się w ekstrawaganckie kostiumy, w których zresztą później paradowały po zamku. Koncert Masskotek oceniam dobrze, bo nie mogę ocenić źle czegoś co z założenia jest beznadziejne. To była taka pozytywna beznadzieja.



Tuż po nich na scenie pojawił się Cemetery of Scream, usłyszawszy wokalistę uciekłam spod sceny, by schować się w najdalszym zakamarku zamczyska. Żeby tylko nie słyszeć tego czegoś, co niektórzy nazywali śpiewem. Było strasznie i mam nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy.



Koncert Desdemony dosłownie "liznęłam" do tego stopnia by przekonać się, że wokalistka nie potrafi śpiewać (aczkolwiek nie wyje, tylko troszkę fałszuje) i upewnić się w przekonaniu, że nigdy nie polubię takiej muzyki. Trafiłam także na bis zespołu, gdzie wokalistka wyryczała do mikrofonu "Szła dzieweczka do laseczka" i było to rzeczywiście zabawne.



Liczyłam na to, że kiedy na scenę wejdzie australijski zespół Angelspit to, że coś się wydarzy. Ale niestety, przeliczyłam się. Oprócz fajnego opakowania zobaczyłam tylko dwoje skaczących ludzików w dziwacznych fatałaszkach. O ile wokalistka była ładna i przyjemnie się ją oglądało o tyle muzycznie była to kompletna klapa z dreadlokami w tle. W przeciwieństwie do Masskotek odniosłam wrażenie, że muzycy z Angelspit nie są świadomi tego jakim kiczem traktują publiczność.




Brytyjski NFD wszedł na scenę zaraz po kiczowym, australijskim duecie. Niestety z uwagi na to, że rozpadało się już na dobre nie byłam w stanie wytrwać pod sceną i umknęłam w górę zamku, gdzie postanowiłam odnaleźć jakiegoś zagubionego i samotnego szaszłyka. Po godzinie zawiesiłam swoje poszukiwania i odkryłam, że koncert kapeli się skończył. Jednakże z tego co udało mi się dowiedzieć z kompetentnych źródeł był to naprawdę profesjonalny i porywający występ. Nic, tylko żałować, że mnie nie było. Ach, no i szaszłyka nie zastałam. Podobno zasoby się skończyły. Zawsze mam pecha.



Występ Fading Colours mnie nie porwał. Był poprawny i nic więcej. Co roku to samo. Pogoda dawała się silnie we znaki, miałam absolutnie dosyć niesprzyjającej aury, więc głodna, przemoczona, zmarznięta udałam się do kwatery, żeby nieco się rozgrzać. Kiedy siły zaczęły mi powracać powróciłam na zamek.



Był już koniec koncertu The Legendarny Pink Dots. I chyba miałam dużo szczęścia, gdyż Edward – wokalista zespołu zawodził jakby opętały go duchy. Nastrój jaki panował na koncercie był iście fatalistyczny, kojarzył mi się nieco z pogrzebem. Odnosiłam wrażenie, że wokalista właśnie kogoś zamordował i obawiałam się, że były to moje bębenki. Ale obyło się bez ofiar śmiertelnych. Jakkolwiek do samej jakości wykonania nie mogę mieć żadnych zarzutów – muzycy byli ekspresyjni, żywiołowi i świetnie radzili sobie z publicznością. Fani byli zachwyceni, a ja… zarżnięta.

Na Mortiisa wyczekałam dzielnie pod sceną, tylko po to by po pierwszych dźwiękach pójść z powrotem do kwatery. Nie odczuwałam żadnej przyjemności ze słuchania, a tym bardziej oglądania występu. Sprzęt co chwile się wyłączał, coś się psuło, muzycy wyglądali jakby właśnie po 30 latach zbiegli z dżungli, a na mnie padał deszcz. Co za dużo to niezdrowo. Poszłam spać. Z relacji osób, które lubią Mortiisa dowiedziałam się, że koncert był fajny i udany. Cóż, ja mam chyba jednak inne wymagania muzyczne.



Obudziłam się na początku występu Front Line Assembly. Nie jestem wielką fanką tego zespołu, a sam koncert był po prostu przeciętny. Nie porwał mnie, a po połowie poszłam zobaczyć co dzieje się w lokalu. Niestety kiedy dotarłam do Hacjendy było tam zwyczajnie nudno, więc powróciłam do kwatery. Żałowałam, że opuszczam występy H_12 i poznańskiego DJ’a i producenta Sthilmanna.



Reasumując – tegoroczna edycja wypadła przeciętnie pod względem organizacyjnym. Mieliśmy do czynienia z fatalną pogodą, koncerty zapowiadał człowiek (konferansjer), który powinien zawisnąć na bramie bolkowskiego zamku, jedzenie było dobre, ale straszliwa drożyzna. Same występy w większości były przeciętne, ale poprawne. Poza Diary of Dreams, Dioramą, Suicide Commando i IAMX nic mnie nie poruszyło, wygląda więc na to, że festiwal mógłby trwać 1 dzień i równie dobrze skończyć się.. bo drugiego dnia było po prostu tragicznie. Szkoda trochę… Na plus oceniam sympatyczną atmosferę panującą na zamku oraz towarzystwo!

Kojarzycie może film z zeszłorocznej edycji? Jest tam taki tubylec. Łysy na głowie i pyta się reporterki czy chciałaby, aby jej mąż był gejem. Czasami mam wrażenie, że poprzez to, że na Zamku odbywa się Independent Festival rdzennym mieszkańcom tego miejsca zaczyna nieco odbijać. W tym roku Pan uraczył wiele osób werblem, z którym wędrował po mieście i bębnił. Chyba do końca życia tego nie zapomnę! Oby więcej takich wrażeń!

Z wyrazem jego twarzy w pamięci wyjechałam z Bolkowa w poniedziałek. Mam nadzieję, że przyszłoroczna edycja będzie lepiej zorganizowana, z drugiej strony wiąże się to chyba z wyższymi kosztami, które musielibyśmy ponosić my – uczestnicy..

Strony:
Autor:
Tłumacz: Dobermann
Data dodania: 2008-03-14 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze:


khocico

khocico
Napisano: 2007-08-03 08:17:56
i nasze foty już zlądowały, padliśmy, ale powstaliśmy rano:)

http://yesternight.pl/index.php?action=gallery&gid=106
Dobermann

Dobermann
Napisano: 2007-08-02 22:36:52
ja tam ataczku czekam na materiały do obróbki ;]


Dodano: 2007-08-02 22:36:52

oblukajcie to: http://www.homiki.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=1840 umarłem XD
Attack

Attack
Napisano: 2007-07-31 18:23:29
exterminated, annihilated, destroyed...

tak mniej wiecej sie czuję ale było zacnie :)
już od środy (a niektórzy już od poniedziałku) zaczeło się obleganie pola i miasta... było sporo niezapomnianych momentów o których opowiem ... ale później :P teraz jeszcze ręce mi telepie (i chyba nie tylko od zimna ostatniej nocy w Bolkowie)

pozdrowienia dla wszystkich spotkanych a w szczególności dla osób które zgodziły się pomóc w naszym projekcie video (niezależnie od preferencji muzycznych) :)
Vort

Vort
Napisano: 2007-07-31 17:20:45
Na polu byłem w piątek, popływać ^^ fajnie było, basen trochę za płytki ale lepszy rydz niż nic :). Tutaj wypada podziękować Bagiennikowi za pożyczenie mi gaci :P
tankgrrrl

tankgrrrl
Napisano: 2007-07-31 15:49:54
Kurna, ale pogoda to była genialna. Szczególnie na polu było wspaniale. Widziałam po minach ludzi że nie tylko ja miałam humor taki nie do końca. No i wszystkim Lejdis w krótkich majtkach tyłki pomarzły. A podłoże na zamku to było takie, że od razu wyobraziłam sobie sceny jak na Woodstock. Tzn, stado Gotów tarzających się radośnie w błotku.
Ale nie, nic takiego nie miało miejsca.
W dodatku zaspałam na FLA. To trzeba mieć pomyślunek, żeby sobie budzika nie nastawić...
No i co z tym "Sorento" w końcu było. Bo "Industrial Night" to wiem że pod Hacjendę był przeniesiony. Ale reszta imprez się chyba nie odbyła? Bałam się podchodzić pod "Sorento", bo tak jakoś z daleka było biało zamiast czarno i podejrzewałam, że to miejscowi, a oni w tym roku jacyś agresywni byli
Dobermann

Dobermann
Napisano: 2007-07-31 14:29:51
podobnie jak Vort chcę podziękować wspaniałym kompanom w deszczowej udręce z którymi opanowaluismy fotografowanie synchroniczne w stylu jeden trzyma parasol a trzech robi zdjęcia XD aki, azi, nomad, vort you're awesome ^^
rnd:hcs

rnd:hcs
Napisano: 2007-07-31 14:08:58
No to jak juz o fotkach mowa to tutaj tez cos mozna znalezc :)
Till

Till
Napisano: 2007-07-31 12:54:49
bylo minelo... za szybko... pozniej cos wiecej... teraz nie ejstem w stanie...
Vort

Vort
Napisano: 2007-07-31 12:11:47
Jak skończę dłubać przy fotach to napiszę coś w temacie wrażeń :)
Na razie wielkie pozdrowienia dla wszystkich znajomych z którymi się udało pogawędzić, i dla tych którzy pomogli w ten czy inny sposób. W szczególności Dobs za poratowanie baterią oraz Azi i Akinom za dzielenie się radami/parasolami/ciepłem w jakże chujowo zorganizowanym przejściu do fosy dla fotorobów. :***
Dobermann

Dobermann
Napisano: 2007-07-30 23:04:59
sorka za początkowy bajzel w fotkach ale mieliśmy trzech fotografów i mam łącznie około 2000 zdjęć do przebrania więc moga one byc nie-do-końca poukładane - poprawię to jak tylko ogarnę wszystkie zdjęcia XD

a tak pozatym jakie wrażenia po festiwalu?
Powodziło się powodziło, ale się nie przelewało :P