AlterNation - magazyn o muzyce Electro, Industrial, EBM, Gothic, Darkwave i nie tylko
M'era Luna 2013


Czytano: 7442 razy


Katalog plików:

Wykonawca:

Galerie:

Ostatnie tematy na forum:

W piątkowe popołudnie dotarliśmy na teren byłej bazy lotniczej w niemieckim Hildesheim gdzie odbędzie się 13 już edycja festiwalu M’era Luna. Po zameldowaniu się w namiotach był czas na obkolędowanie festiwalowego miasteczka, w którym dla każdego coś dobrego. W ramach kołysanki na dobranoc poszliśmy na przedsmak nadchodzących wrażeń, czyli before show party.

Sobota

Lord of the Lost

Panowie z hamburskiego Lord of the Lost zagrali na początku sobotniego line – upu i nie mogli narzekać na niewdzięczną rolę rozgrzewacza, bo mimo dość wczesnej pory pod sceną zgromadził się spory tłum fanów.  Muzycy pod wodzą Chrisa Harmsa dali, pełne humoru i pozytywnej energii show. Poza świetnym kontaktem z publiką, zespół zwraca na siebie uwagę poprzez dopracowane stylizacje. Pomimo krótkiej set listy muzycy dali z siebie wszystko, zupełnie jakby to oni byli główną gwiazdą festiwalu. Publiczność doceniła ich wysiłki gromkimi brawami oraz wspólnym śpiewem. Fantastyczny występ w klimacie dark rock w specyficznym wydaniu Lord of the Lost. Jedynym minusem tego i każdego występu na głównej scenie, była jej wysokość, rozumiem wszystkie motywy za tym stojące, jednak mogłaby być na trochę niższym zawieszeniu ;)



Desdemona

Polski akcent na M’era Luna 2013! Tego, że to będzie fantastyczny koncert byłam pewna, jednak takiego przebiegu chyba sama Agnieszka z ekipą się nie spodziewała. Jeszcze przed pierwszym kawałkiem pod sceną w hangarze zebrała się reprezentacja polskich fanów zespołu, zagrzewając zespół do grania. Dwie może trzy piosenki później cała publiczność należała już do Desdemony, niesamowita atmosfera i energia. Byłam pod ogromnym wrażeniem, z jakim entuzjazmem niemiecka publiczność odebrała występ, zresztą nie ma się, co dziwić ;) Zespół zagrał bardzo dynamicznie, na setliście znalazły się takie utwory jak "Bring In All", "In Flames" czy "Poison" a charyzma i urok Agnieszki były kropką nad i. Kto się zdążył załapać, otrzymał po koncercie od zespołu promujący singiel "Bring In All", podkreślam słowo zdążył, bo rozeszły się jak świeże bułeczki.



End of Green

Nadal pozostajemy w rockowo gotyckim brzmieniu, tylko w cięższym wydaniu za sprawą End of Green.  To niemiecki zespół nawiązujący w tekstach do tematyki bólu, depresji, śmierci, co tłumaczy sama ich nazwa. Wcześniej znałam tylko jeden ich kawałek, wiec tym bardziej byłam zaintrygowana jak wypadną na żywo. Godzinny występ zaliczam do udanych, fajny wokal z chrypą, melodyjna gitara, tylko partie perkusyjne momentami jakby trochę wytłumione. Z pewnością wrócę do ich piosenek po festiwalu. Kapela ma jeszcze jedne plus u mnie za gitarzystę szalejącego na scenie swoimi długimi, pięknymi dredami! Moi współodbiorcy koncertu najwidoczniej także byli zadowoleni z dźwięków płynących ze sceny, bo poza śpiewaniem razem z Michelle’em (okej, głównie tych części wykrzykiwanych), były oczywiście oklaski oraz bańki mydlane! Czyjąś fantazja przyniosła sympatyczny efekt wizualny i rozrywkowy ;)



Znalazłam wolną chwile na obejście części handlowej, fakt chwila to za mało by obejrzeć wszystko, a oferta jest szeroka od gadżetów, książek, płyt po odzież, obuwie, kosmetyki, biżuterię i wszelkiej maści dodatki. To świetna okazja by nie tylko nacieszyć oczy mnóstwem skarbów, ale trafić na rzeczy unikatowe, których czasem wystawcy nie maja w ofercie internatowej plus przymierzysz wszystko na miejscu, czego by nie powiedzieć niemiecki standard rozmiarów nieco odbiega od ogólno europejskiego. Lecimy dalej na pokaz mody! Lekko podekscytowana wyczekiwałam pierwszych stylizacji, jednak mój zapał szybko zgasł. Nic szczególnie porywającego, zabrakło czegoś, czego jeszcze nie widziałam. Owszem wszystko w klimacie, ale ciekawsze kreacje "chodzą" po terenie festiwalu, dlatego nastąpiła szybka ewakuacja. Może to nawet lepiej, bo załapałam się na końcówkę koncertu Mesh’a i "Born to Lie".

Mono Inc.

Bardzo się ucieszyłam widząc ich w programie festiwalu, byłam pewna świetnego koncertu, zwłaszcza po tym, czego doświadczyłam na tegorocznym Castle Party. Czego by o tej ekipie nie powiedzieć ich występ na żywo zawsze warto zobaczyć ;) Mimo, że Martin do najwybitniejszych wokalistów nie należy to wszelkie braki nadrabia osobowością, uśmiechem i kontaktem z publiką, która odpłaca im niekończącymi się oklaskami oraz świetną wspólną zabawą! Tak było i tym razem, a nawet lepiej, gdyż grali na swoim terenie, gdzie ich twórczość jest bardziej rozpowszechniona. Setlista umiarkowana od utworów bardziej skocznych po spokojniejsze w tym dwa covery " The Passenger" Iggy Popa i "After the war" Gary’ego Moore’a. Świetny koncert, kto nie zna polecam, a zwłaszcza fanom perkusji, jak zobaczą perkusistkę, którą jest Katha Mia w akcji będą, co najmniej zauroczeni.



Gothminister

To norweska mieszanka metalu, industrialu z gotykiem podana w nietuzinkowej oprawie. Dopiero poznanie zespołu podczas występu na żywo w pełni oddaje ich twórczość. Można śmiało powiedzieć, że ich koncert to pełne show, oprawa sceny w diabły, gargulce i inne stwory, zadymienie, czerwone światła, krzyże, pochodnie, muzycy również w odpowiednich charakteryzacjach i można zaczynać przedstawienie. Celowo użyłam tego określenia, gdyż elementów typowo teatralnych też nie zabrakło, a do tego mocne gitary w towarzystwie wstawek pirotechnicznych dają piorunujące wrażenie. Na set liście nie zabrakło takich utworów jak "Devil", "Utopia" czy "Darkside".  Rewelacja! Jeśli komuś muzycznie nie przypasuje to dla samego show warto poświęcić im chwile uwagi.
Kolejny koncert, którym był występ zespołu Nachtmahr odpuściłam po pierwszych dwóch utworach, może jakby zaserwować to w wersji akustycznej to by się melodyjnie obroniło. Tak dość monotonne, wykrzykiwane teksty, budzące skojarzenia z rozkazami w wojsku. Kompletnie nie łapię, na czym polega popularność tego projektu.
Powoli zbliżamy się do końca dnia pierwszego, jednak zanim nadejdzie danie główne w postaci zespołu Him, na którego już nie mogę się doczekać, tymczasem idę obadać The Klinik.



The Klinik
 
Projekt z Belgii powstały trzydzieści dwa lata temu za sprawą Marca Verhaehgena, niedługo później dołączył Dirk Ivens (także Dive,Sonar, Absolute Body Control). Twórczość zespołu to głównie precyzyjne brzmienie, surowe dźwięki, sekwencyjne melodie przeplecione EBMowymi beatami w towarzystwie minimalistycznych tekstów. Wcześniej nie miałam okazji zobaczyć i usłyszeć ich na żywo, więc moje podekscytowanie narastało z każdą sekundą oczekiwania na występ. Nadejście ciemności absolutnej równało się z początkiem koncertu. Sceniczny wizerunek duetu to obandażowane twarze i skórzane stroje w tle psychodeliczne wizualizacje. Całym i jedynym oświetleniem były szalejące smugi białego światła, co tylko podkreślało efekt surowości. Na pierwszy ogień kawałek " Bite now Bite" dalej zagrali, "Walking with shadows", "Quiet In the room" i wele innych, razem ponad godzinny set. Bardzo dobre show, pełne wrażeń i niemogącego ustać w miejscu Ivensa ;) niestety byłam zmuszona do wcześniejszego wyjścia by zdążyć na jednego z headlinerów festiwalu.

Him
 
Przedstawianie tych panów uznam za zbędne, przechodzimy do konkretów. Miałam mieszane uczucia przed tym występem z jednej strony byłam bardzo ciekawa jak wypadną i po cichu liczyłam na swoje wybrane piosenki z ich repertuaru, a z drugiej po negatywnych recenzjach z warszawskich Ursynaliów byłam lekko zdystansowana, jednak, aby się przekonać nie ma innego sposobu jak udać się pod scenę. Tłum oczywiście ogromny, w tle sceny rozwieszony wielki heartagram, piski zwiastowały wyjście na scenę Ville Valo. Dopracowane nagłośnienie, na poprzednich kilku koncertach z głównej sceny zdarzały się małe niedociągnięcia w temacie. Wokal melodyjnie, czysto, nie odbiegał za bardzo od studyjnego brzmienia, choć przy kilku utworach trochę zmienili aranżację, co tylko wyszło na plus. Moje obawy na szczęście się nie potwierdziły, zespół miał świetny kontakt z publicznością, wszyscy poza perkusistą biegali po scenie, słynne "Join me In death" widownia odśpiewała z wokalistą, bardzo udany koncert. I doczekałam się " Right here In my arms" oraz "Soul on fire", z pełnią zadowolenia, podśpiewując ostatnie zagrane piosenki udałam się do namiotu.



Niedziela
 
Rześki poranek, lekko zachmurzone niebo – pogoda świetna, pod warunkiem, że nie zacznie padać ;) Akumulatory po wczorajszych atrakcjach naładowane, czas ruszać po kolejne. Genialnym wręcz rozrusznikiem na niedzielne przedpołudnie okazał się być krótki, ale bardzo żywiołowy występ zespołu Unzucht. Kapela pochodząca z Niemiec grająca rocka w gotyckim stylu, mają na koncie dwa albumy "Todsünde 8" i "Rosenkreuzer". To bardzo zgrana ekipa, co przekłada się na fantastyczne koncerty. Na czele stoi charyzmatyczny wokalista Daniel Schulz, który swoim niskim, mocnym głosem potrafi oczarować niejednego słuchacza. I taki był ich wkład w line-up Mera Luny, tylko szkoda, że jedynie na sześć utworów.


 
Mała zmiana aranżacji na głównej scenie i kolejni artyści przed nami, zespół Coppelius. Nazwa nic mi wcześniej nie mówiła, jednak zaintrygowana dekoracją oraz instrumentami wnoszonymi na scenę postanowiłam dać temu szansę. I bardzo dobrze zrobiłam! Takiego bandu dawno nie widziałam, muzycznie to rock, gotyk, ciężko to określić jednoznacznie, przez wzgląd na wykorzystanie klarnetu, wiolonczeli, kontrabasu oraz perkusji, tak brak tam gitary ;) Melodyjnie, ale z pazurem, czasem skocznie, tworzą indywidualną mieszankę klasycznych dźwięków zaserwowanych z trzema wokalistami jednocześnie. Niezwykle istotnym elementem koncertu jest aspekt wizualny, wszyscy członkowie zespołu są przebrani i umalowani tak, jakby się urwali z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Cylindry, fraki do tego spora dawka scenicznego humoru, w postaci odgrywanych scenek rodzajowych naprawdę warto uraczyć ich na żywo, szczególnie polecam dla fanów steampunkowe estetyki.



Nadal pozostaje pod główną sceną, za chwilę pojawią się weterani w swoim gatunku ;)
 
The 69 Eyes
 
Klasyczny poprawny koncert, bardzo przyjemny w odbiorze, choć przyznam, że trochę dziwnie było, bo…było to w świetle dziennym, tak jasno i normalnie:D Godzinny występ, w którym raczej nie było się, do czego przyczepić, Jyrki śmigał po scenie, można rzec wszystko po staremu i w najlepszym porządku. W set liście nie zabrakło oczywiście ulubionych przez publiczność, "Gothic Girl" i "Brandon Lee".



In the Nursery
 
Projekt z ponad trzydziestoletnim stażem prowadzony przez braci, Klive’a i Nigea Humberstone przeplata ze sobą nurty muzyki elektronicznej z neoklasyczną, dzięki czemu wprowadzają słuchaczy w klimatyczny, emocjonalny nastrój. Ich twórczość można usłyszeć w wielu filmowych i telewizyjnych produkcjach, przykładowo "Gran Torino", "Awiator" lub "Wywiad z Wampirem". Nic, więc dziwnego, że do hangaru zawitał całkiem spory tłum entuzjastów zespołu. Koncert bardzo przyjemny, wręcz relaksujący, zamknąć oczy i dać się ponieść dźwiękom.  Miła odmiana po poprzednich koncertach.



Kolejnymi artystami na hangarowej scenie był Clan of Xymox. Dobrze, że pozostałam na swoim miejscu podczas przerwy, gdyż ilość zgromadzonych osób z minuty na minutę rosła! Czemu się dziwić, w końcu Clan to klasyk. Występ poprawny, wszyscy zadowoleni, zatem zgodnie z planem. Mimo wszystkich plusów występu czułam mały niedosyt, może, dlatego, że sprawiał wrażenie standardowego, ramowego.
 


W niedzielne popołudnie czekały na mnie dwie niespodzianki, pierwsza z nich był fakt, że zamiast IAMX wystąpi Zeromancer! Nie mam nic do Chrisa Cornera, wręcz przeciwnie, jednak ta wiadomość niezmiernie mnie ucieszyła.
Oczywiście postanowiłam dopchać się pod same barierki ;) Koncert był genialny, jeszcze lepszy od występu na tegorocznym Castle Party. Alex z resztą zespołu chyba strasznie się przejęli, że grają, jako zespół zastępczy i dali z siebie absolutnie wszystko. Udało im się nawet porwać do wspólnego śpiewu, oklasków, skoków zazwyczaj drętwą niemiecką publiczność, a to już osiągnięcie. Jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów festiwalu.
 

 
Drugą niespodzianką było zwiedzanie wieży lotniczej. Po wdrapaniu się na szczyt naszym oczom ukazała się przepiękna panorama festiwalu. Dopiero z takiej perspektywy widać jego skale, gdzie okiem sięgnąć tam ludzie, namioty, samochody, jeszcze raz namioty i ludzie, scena główna a pod nią jeszcze więcej czarnych łebków ;) Całość spowita blaskiem powoli zachodzącego słońca, aż się romantycznie zrobiło…achhh. Czas wracać na ziemię.
 
Pędem udałam się do hangaru na Front Line Assembly, pierwszy raz miałam opcję zobaczyć ich na żywo, to grzechem byłoby nie skorzystać. Bill samym wejściem na scenę zebrał owacje ;) Na dobry początek zagrali "Resonance" i "Final Impact".  Świetna kondycja i kontakt z publicznością wyraźnie spragnionej muzyki FLA, wytworzyła się niesamowita energia i tyle z tego dla mnie. Chcąc zdążyć na ostatni koncert M’era Luny 2013 musiałam wyjść wcześniej.


  
Nightwish
 
Wielkie oczekiwania i rozczarowanie. Gdyby koncert był zagrany wyłącznie instrumentalnie, to jeszcze by się to obroniło. Niestety nowa wokalistka Floor Jansen nie uniknęła porównań do swojej poprzedniczki Tarji Turunen przy, której krótko mówiąc wypada słabo. Przy utworach takich jak "Nemo" słychać to wręcz okrutnie, mimo to publiczność sprawiała wrażenie usatysfakcjonowanej. Plus za efekty pirotechniczne. Następnym razem, jeśli takowy miałby miejsce zostanę na FLA.



Jutro długa droga przed nami, robi się chłodno, wiec uciekam do namiotu. Festiwal długo będę ciepło wspominała, pod każdym względem jest dobrze zorganizowany, każdy odnajdzie tutaj coś, co go zachwyci. Zdecydowanie wart zaznaczenia go na liście letnich imprez.

Strony:
Autor:
Tłumacz: morrigan
Data dodania: 2013-10-01 / Relacje


Inne artykuły:




Najnowsze komentarze: